Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Śmiech i strach

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

JOHN CLEESE nie żartuje - on naprawdę napisał autobiografię. "Tak czy inaczej..." to bardzo zabawna opowieść o lęku, wstydzie, kompleksie niższości i traumie bycia Anglikiem

Ta książka nie wzbudziła entuzjazmu w Wielkiej Brytanii. Przede wszystkim stała się obiektem wieloodcinkowego ataku tabloidu "Daily Mail", co skądinąd zrozumiałe, bo Cleese w "Tak czy inaczej..." nie zostawia na tej gazecie suchej nitki. Ale również reakcja poważniejszych mediów była, delikatnie mówiąc, wstrzemięźliwa. Niewykluczone, że recenzenci po prostu nie mogli wyjść ze zdumienia: oto profesjonalny komediant napisał całkiem poważną, sumienną autobiografię, w której w dodatku niemal całkowicie pominął najważniejszy punkt w swojej karierze - udział w grupie Monty Pythona. Narracja w "Tak czy inaczej..." urywa się bowiem w momencie, gdy Pythoni w 1969 roku nagrywają pierwszy odcinek programu. W konsekwencji nie znajdziecie w tej książce praktycznie żadnych smakowitych szczegółów, choćby na temat kulis powstawania "Hotelu Zacisze" czy "Rybki zwanej Wandą".

Cleese - rocznik 1939 - mógł sobie oczywiście pozwolić na taką ekstrawagancję, ale nie tylko o złośliwy żart z publiczności tu chodzi. Jego autobiografia jest pomyślana jako rodzaj niefikcyjnej opowieści o stawaniu się artystą, opowieści, którą sam autor chciałby pojąć. Cleese próbuje w ten sposób po pierwsze uciec od persony, w którą zwykł się wcielać na scenie albo przed kamerą, mistrza brutalnego surrealizmu, "sadystycznego bęcwała z klasy wyższej", a po drugie pokazać, że na jego zawodowe kompetencje komika składają się rozmaite, często sprzeczne, niejednokrotnie traumatyczne życiowe doświadczenia. W jakiejś mierze ta osobista historia jest też późnym owocem długich dekad terapii; tak, owszem, ludzie z wielkim poczuciem humoru mają przeważnie bardzo cienką skórę. Nie chcę naturalnie powiedzieć, że "Tak czy inaczej..." to pomnikowa bufonada - to bardzo zabawny tekst skrzący się sarkastycznymi puentami, ale warto go czytać nie tylko dla rozrywki.

Skąd zatem wzięło się wyczulenie Cleesea na absurd? Z paru ingrediencji: lęku, wstydu, zażenowania oraz brytyjskiej obsesji na punkcie stosownego zachowania i społecznej hierarchii. Wszystko to miało swój początek już w domu rodzinnym w prowincjonalnym Weston-super-Mare: w konflikcie między postacią dobrotliwego, łagodnego ojca a figurą nieprzewidywalnej, depresyjnej matki. "Żyła w ciągłym stanie najwyższego strachu, graniczącego z początkowym stadium paniki. (...) Jest zatem zrozumiałe, że cierpiała na wszystkie typowe fobie, plus kilka szczególnych (na przykład lęk przed albinosami i ludźmi noszącymi przepaski na oczach) (...) Krótko mówiąc, matka postrzegała wszechświat jako ogromną, bezkresną pułapkę". A kiedy się bała, wpadała w ślepą furię. "Tato i ja wiedzieliśmy, że lada drobiazg rozpęta burzę, obowiązywały więc zachowania uspokajające i pojednawcze, ponieważ wydawało się, że burzę może rozpętać prawie wszystko" - pisze Cleese. - "To nie zbieg okoliczności, że dużą część życia spędziłem na różnych formach terapii, a ogromna większość problemów, z którymi się borykałem, dotyczyła relacji z kobietami. Moje związki były przez wiele lat zdominowane przez głęboko zakorzeniony zwyczaj obchodzenia się z matką jak z jajkiem".

Uderzające jest to, jak Cleese charakteryzuje sam siebie w skórze młodego człowieka - z potężną dozą ironicznej autodeprecjacji. Dla nieśmiałego, patykowatego wyrostka, "wątłej, ciotowatej mimozy", kluczowym dla dalszej egzystencji odkryciem okazało to, że ludzie zaczynają cię lubić, kiedy dasz radę ich rozbawić.

Poza wszystkim - a są tu choćby kapitalne passusy o właściwych angielskiej klasie średniej paraliżujących obawach przed popełnieniem towarzyskiej niezręczności, popisywaniem się erudycją i kontaktami seksualnymi z płcią przeciwną - "Tak czy inaczej..." to parada rewelacyjnych portretów, z Grahamem Chapmanem, Martym Feldmanem i Peterem Sellersem na czele. To kawał historii kultury popularnej, jak również wnikliwa rzecz o trudnym satyrycznym rzemiośle: powinni się z książką zapoznać nasi rodzimi kabareciarze, może dowiedzieliby się przy okazji, dlaczego ich dowcipy nie są śmieszne.

@RY1@i02/2015/098/i02.2015.098.19600050a.804.jpg@RY2@

BLOOMBERG

@RY1@i02/2015/098/i02.2015.098.19600050a.805.jpg@RY2@

Analiza Pythona

Równolegle do premiery autobiografii Cleesea ukazuje się książka Briana Cogana i Jeffa Masseya "Wszystkiego, co ważne, dowiedziałem się od Monty Pythona". Amerykanie próbują w niej osadzić dokonania brytyjskiej trupy w historycznym, społecznym i kulturowym kontekście. Czasem robią to nawet skutecznie, kiedy indziej gubiąc się w rozkroku między akademickim dyskursem a skazaną na niepowodzenie próbą naśladowania Pythonowskiego humoru. Każda książka przybliżająca dokonania komików jest mile widziana, z tej jednak fanatycy nie dowiedzą się wiele nowego, zaś dla początkujących może być zbyt hermetyczna. Lepiej sięgnąć po - nietłumaczony niestety na polski - leksykon Darla Larsena ("Utterly Complete, Thoroughly Unillustrated, Absolutely Unauthorized Guide..."), do którego zresztą Cogan i Massey często się odwołują.

JD

@RY1@i02/2015/098/i02.2015.098.19600050a.806.jpg@RY2@

Piotr Kofta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.