Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Krwawy bój o losy Ziemi

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Połamane kręgosłupy, chlustająca na arenę krew i ostateczny tryumf. Przeciwnika nie wystarczy pokonać, trzeba go zdeptać i poniżyć. Oto świat "Mortal Kombat"

Który to już raz? Pytanie jest rzecz jasna retoryczne, ale premiera dziesiątej odsłony jednej z najsłynniejszych bijatyk w historii gier wideo prowokuje do refleksji na temat przynoszącej milionowe zyski serii. Mogłoby się wydawać, że uporczywe naparzanie w przyciski kontrolera powinno się po tych kilkunastu latach znudzić, ale nic bardziej mylnego. "Mortal Kombat X" schodzi jak świeże bułeczki. A może powinienem napisać: krwiste steki.

Gdy firma Midway w 1991 roku zleciła Edowi Boonowi i Johnowi Tobiasowi stworzenie bijatyki zdolnej rywalizować ze "Street Fighterem", hitem od konkurencyjnego Capcomu, twórcy chcieli zrobić grę z Jeanem-Claudeem Van Dammeem. Ostatecznie gwiazdor kina akcji podpisał umowę z inną firmą, jednak Boon i Tobias nie stracili rezonu. "Mortal Kombat" ukazał się w październiku 1992 roku. Z miejsca przypięto grze łatkę kontrowersyjnej: zamiast kreskówkowej przemocy i rysowanych ręcznie postaci gracze otrzymali istną masakrę o wysokim poziomie "umownego realizmu" podkreślonego zdigitalizowaną grafiką. Fakt, że całe to międzywymiarowe mordobicie toczyło się o losy Ziemi, był drugorzędny. Szczególne oburzenie wywołały ciosy kończące pojedynek, tak zwane fatality. Nie wystarczyło już powalić przeciwnika na matę, zbić jego pasek energii do zera i unieść w górę ręce w geście radości - należało z nim widowiskowo skończyć. Im brutalniej, tym lepiej. Smutni panowie z rozmaitych organizacji odsądzali "Mortal Kombat" od czci i wiary, i nawet udało im się coś swoim oburzeniem ugrać. Debata wokół gry - i paru innych tytułów, o których dzisiaj już chyba nikt nie pamięta - doprowadziła do uznania konieczności powołania rady przyznającej poszczególnym produkcjom określone kategorie wiekowe. Logo komisji ESRB na stałe zagościło na pudełkach.

Jednak niesława, jaką cieszyło się "Mortal Kombat", nie wystarczyłaby, żeby uciągnąć dziewięć sequeli i kilka gier pobocznych. Sama rozgrywka różniła się diametralnie od tej dopracowywanej przez ekipę "Street Fightera", chociaż rywalizacja między tymi tytułami - jak mówił jeden z szefów Capcomu - przypominała świętą wojnę między Pepsi a Coca-Colą. O ile Japończycy faworyzowali samą rywalizację na arenie, o tyle "Mortal Kombat" kładło nacisk na punkt kulminacyjny, czyli widowiskowe uśmiercenie przeciwnika. Z czasem dopracowywano kolejne spektakularne sposoby egzekucji, umożliwiono nawet rentgenowski podgląd, żeby móc się dobrze przyjrzeć łamanym kościom. Nic zatem dziwnego, że w dopieszczonym graficznie "Mortal Kombat X" znalazło się nawet miejsce dla psychopatycznego Jasona z "Piątku trzynastego".

Ze świecą szukać tego, kto by się połapał w fabularnych zawijasach serii, ale tak po prawdzie, komu to potrzebne, kiedy ma się do dyspozycji galerię zabójczych postaci. Dzisiaj "Mortal Kombat" ma już status klasyka, a szał lat 90., kiedy to na podstawie gier kręcono filmy (dzięki pierwszemu z dwóch rozpoczęła się hollywoodzka kariera Paula W.S. Andersona), pisano książki i wydawano komiksy, dawno minął. Jednak gracze nie zapominają. Szczególnie kiedy "Mortal Kombat X" okazuje się nie cynicznym skokiem na kasę, lecz spektakularną bijatyką godną nowej generacji konsol. Kontrowersje przez lata co prawda przygasły, lecz Boon przechwalał się niejednokrotnie, że jeszcze nam pokaże. I, jak się okazuje, słowa dotrzymał.

@RY1@i02/2015/093/i02.2015.093.19600050a.802.jpg@RY2@

MAT. PRAS.

Bartosz Czartoryski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.