Muzykanci z Wysp pozbyli się nadwagi
Na swojej trzeciej płycie "Wilder Mind" brytyjski folkowo-rockowy zespół Mumford & Sons przeszedł przemianę brzmienia i image’u. Czy ponownie zachwycą fanów?
Jesteśmy tylko kiepskimi angielskimi muzykantami z nadwagą, ale bardzo się staramy" - mówili członkowie Mumford & Sons cztery lata temu magazynowi "Rolling Stone", dodając: "Mamy wrażenie, że nie do końca zasłużyliśmy na to, co się wokół nas dzieje". A działo się wtedy bardzo dużo. Zespół, którego członkowie wyglądali wtedy, jakby założyli niewyprasowane i za duże ciuchy swoich ojców, miał już na koncie nagrody Brit oraz Billboard, nominacje do Grammy, Mercury Prize i sprzedaż ponad kilku milionów sztuk swojego debiutu "Sigh No More". Wydany w 2012 roku drugi krążek "Babel" też osiągnął oszałamiający sukces w postaci wielokrotnej platyny oraz nagrody Grammy za album roku. Przy okazji wydanego właśnie nowego albumu "Wilder Mind" zmienili nie tylko styl, ale też wygląd. Magazynowi "Q" powiedzieli: "Fakt, porzuciliśmy bandżo. Zawsze jednak myśleliśmy o sobie jako o zespole rockowym, który tylko gra na folkowych instrumentach". A swój nowy wizerunek skomentowali tak: "Od początku podchodziliśmy do muzyki na poważnie, ale wyglądaliśmy jak klauni. Czas to zmienić".
Ten wygląd miał swój urok i działał przez dobrych parę lat. Zalążki Mumford & Sons sięgają początku XXI wieku, kiedy to w zlokalizowanej w południowym Londynie prestiżowej King’s College School (skończyło ją wielu polityków i ważnych postaci świata kultury) poznali się Ben Lovett oraz Marcus Mumford. Bardziej ukierunkowany muzycznie był grający na pianinie członek wielu tymczasowych kapel Lovett. Mumford realizował się, m.in. grając w musicalach. Wspólne muzykowanie zaczęli od występów z jazzującym składem Detente. Jeszcze w szkole odkryli szczególne popularny w Stanach w latach 50. bluegrass. Grając m.in. na bandżo i mandolinie wraz z Winstonem Marshallem (synem brytyjskiego milionera) i Tedem Dwane’em (grał wcześniej w punkowej formacji Sex Face) w 2007 roku założyli Mumford & Sons. Wraz z wykonawcami pokroju Noah and the Whale czy Laurą Marling (była przed laty dziewczyną Mumforda, teraz jej miejsce zajęła aktorka Carey Mulligan, z którą Mumford pracował przy filmie "Co jest grane, Davis?") tworzyli folkową scenę Londynu. Jeszcze zanim wypuścili pierwszy debiutancki krążek, zagrali trasę po Wielkiej Brytanii, wystąpili też na jednej ze scen festiwalu Glastonbury. Kiedy powrócili na festiwal w 2011 roku, byli już gwiazdą. Do fanów ich folkowego wariactwa należeli chociażby Taylor Swift i Wiz Khalifa.
Mumford & Sons byli wtedy już po wydaniu krążka "Sigh No More" z przebojami "The Cave" i "Little Lion Man". Zaskoczeni sukcesem członkowie zespołu we wspomnianym wywiadzie dla "Rolling Stone" z 2011 roku zdradzili, że wciąż nie bardzo wierzą w to, co się dzieje. W to, że na przykład podczas gali Grammy 2011 dali wspólny minikoncert z Bobem Dylanem. Mówili: "Dziwne, że ludziom spodobała się nasza prostolinijna muzyka, przecież podobnie gra wiele innych zespołów". To prawda, że swoim folkrockiem Mumford & Sons nie odkryli prochu, ale w tym, co robili, byli niezwykle szczerzy i zarażali swoją radością grania. Od początku podobali się w Stanach. Grali przecież muzykę bliską Amerykanom, poza tym dbali o ten rynek, biorąc udział w takich akcjach jak trasa Railroad Revival Tour. Wraz z folkowymi zespołami Edward Sharpe and the Magnetic Zeros oraz Old Crow Medicine Show odbyli w 2011 roku minitrasę po USA zabytkową koleją, nawiązując tym samym do podobnego wydarzenia, które w latach 70. było udziałem m.in. Buddy’ego Guya i Janis Joplin.
W 2012 roku zespół wydał swój drugi, utrzymany w podobnym klimacie co poprzednik, krążek "Babel". Była to najszybciej sprzedająca się płyta tamtego roku zarówno na Wyspach, jak i w Stanach. Pewnie też dlatego zaproszono ich na koncert do Białego Domu i zagrali przed Barackiem Obamą. W 2012 roku wystąpili też w Polsce, grając na gdyńskim Open’erze. Z nowym albumem "Wilder Mind" powrócą na Open’er w tym roku. Wystąpią 3 lipca na głównej scenie.
Na "Wilder Mind" zmienili producenta (został nim James Ford pracujący wcześniej m.in. z Arctic Monkeys, Jessie Ware i Florence and the Machine), zaprosili też m.in. członka The National Aarona Dessnera. Członkowie zespołu podkreślają, że nagrywany bez tak charakterystycznego wcześniej dla nich bandżo oraz z większą niż dotychczas liczbą gości album sprawił im najwięcej frajdy w studio. Pracowali też w demokratyczny sposób, jak nigdy dotąd, bo jak mówią, bycie w zespole polega na kompromisach. Wyszedł z tego bardzo przyzwoity, ale już nie folkrockowy, a raczej poprockowy materiał, który otrzymał mieszane recenzje. Jedni mówią o nim rozczarowujący, inni (jak na przykład recenzent "The Telegraph") nazywają znakomitym rockowym krążkiem. Pewne jest, że Mumford & Sons zmienili nim kierunek, jaki obrali wcześniej. To dobrze, bo trudno, żeby nagrywali cały czas identyczne płyty. Zdaje się jednak, że w rockowej odsłonie nie jest im tak dobrze jak w bluegrassowej. Tak jak lepiej pasowały im znoszone ciuchy niż dopasowane, eleganckie płaszcze. Może powinni szukać dalej.
@RY1@i02/2015/088/i02.2015.088.19600070c.803.jpg@RY2@
UNIVERSAL MUSIC
@RY1@i02/2015/088/i02.2015.088.19600070c.804.jpg@RY2@
Na trzecim albumie "Wilder Mind" Mumford & Sons porzucili bandżo na rzecz elektrycznych gitar
Wojciech Przylipiak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu