Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Zbrodnie narcyzmu

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

LITERATURA KRYMINALNA Fascynują mnie efekty takich zjawisk jak egoizm, samotność, chciwość. Detale ludzkiej natury, które prowadzą do zła - mówi brytyjska autorka kryminałów Alex Marwood. Po świetnych "Dziewczynach, które zabiły Chloe" ukazała się jej kolejna powieść - "Zabójca z sąsiedztwa"

@RY1@i02/2016/252/i02.2016.252.196000600.802.jpg@RY2@

fot. mat. prasowe

Dzwoniąc do pani, miałam spory dylemat, czy pytać o Alex Marwood, czy Serenę Mackesy. Jak pani woli?

Obie wersje są w porządku, ale imię, którego od 2012 roku używam w pracy pisarskiej, to Alex. Wcześniej pisałam pod prawdziwym nazwiskiem, więc wielu ludzi ze świata literackiego i tak zawsze będzie znać mnie jako Serenę Mackesy. Kiedy zaczęłam pisać pod pseudonimem Alex Marwood, w środowisku literackim ciągle słyszałam zdumione: "Serena, ach to ty!". Moja tożsamość nie jest zatem żadnym sekretem.

Do czego więc właściwie potrzebny był pani pseudonim literacki?

To dość długa historia. Moja pierwsza powieść odniosła spory sukces. Traf chciał, że ukazała się niedługo po publikacji "Dziennika Bridget Jones". Skutkiem tego było to, że każda literatura popularna pisana przez kobiety była wówczas automatycznie klasyfikowana jako chick lit.

A pani nie podobał się ten termin?

Brytyjscy wydawcy są bardzo podatni na mody. Termin chick lit był wówczas ogromnie modny, więc i mnie szybko upakowano do tej kategorii.

Pani debiutancka powieść "The Temp" opowiadała o frustracji młodej kobiety, wkraczającej na nieprzyjazny rynek pracy w Wielkiej Brytanii...

Tamta książka była też dość mroczna. A z biegiem lat moje książki stawały się coraz mroczniejsze. Okazało się, że to wymaga zmiany całej marketingowej oprawy. Kiedy zaczęłam publikować pod pseudonimem, mój pierwszy wydawca odmówił umieszczenia mojego zdjęcia na okładce.

Jak to?

Jego zdaniem mój wizerunek był nieodpowiedni. Wpadli na pomysł, by wykreować mnie na 25-letnią, szczupłą i ładną dziewczynę. Nie byłam ani młoda, ani szczupła, ani ładna, w związku z czym postanowiono ukryć to, jak wyglądam. Kiedy z książki na książkę moje pisanie stawało się coraz mroczniejsze, wykreowany przy okazji debiutu wizerunek autorki popularnych chick litów stawał się coraz mniej adekwatny. Zmieniłam nazwisko po części po to, żeby pozbyć się tych problemów. Zrobiłam to także po to, by zacząć od nowa jako autorka kryminałów. Trzy z moich ostatnich książek opowiadały o morderstwach.

Wyczytałam, że Marwood to nazwisko pani prababci...

Tak, więc wszystko pozostało w rodzinie. To bardzo stare nazwisko wywodzące się z Yorkshire. Podobało mi się, bo brzmi trochę posępnie.

Pochodzi pani z niezwykłej rodziny, biorąc pod uwagę, że obie pani babcie były pisarkami. Pierwsza, ze strony ojca, nazywała się Leonora Mackesy i pisała romanse. Babcia ze strony matki, Margaret Kennedy, była z kolei uznaną powieściopisarką, autorką dramatów i biografką Jane Austin. Korzenie rodzinne miały wpływ na wybór pani drogi życiowej?

Żadna z moich babć osobiście nie wywarła na mnie wielkiego wpływu, bo obie zmarły, zanim skończyłam dziesięć lat. Nie zdążyłam ich dobrze poznać, a już na pewno żadna z nich nie zdążyła mi przekazać porad dotyczących pisania. Kiedy dorastałam, przeczytałam wszystkie ich książki i je uwielbiałam. Ale prawdziwy wpływ ich profesji był taki, że kiedy oświadczyłam, iż chcę zostać pisarką, nikt w rodzinie nie próbował wybić mi tego z głowy. Uważali po prostu, że to zawód jak każdy inny.

Nikt nie wymagał od pani pracy od ósmej do szesnastej, a jednak jako młoda osoba zatrudniła się pani w redakcji "Independent". Praca dziennikarska pomogła w późniejszym pisarstwie?

Na dziennikarstwo trafiłam przez przypadek i niespodziewanie okazało się, że to coś, co kocham. Pomimo że moja powieść "Dziewczyny, które zabiły Chloe" nie pokazuje może dziennikarstwa od dobrej strony...

Nie. Pokazuje pazerność i bezduszność tabloidów. Ale jedna z głównych bohaterek, Kirsty, nie narodziłaby się chyba, gdyby nie pani doświadczenie w pracy dziennikarskiej.

Podobnie jak ona zaczynałam jako wolny strzelec. Początkowo odpowiadałam za strony telewizyjne w "Independent", ale okazało się, że to coś dla mnie. Możliwość bycia w redakcji pozwoliła mi poznać tych wszystkich mądrych i błyskotliwych ludzi, którzy zdawali się mieć wiedzę na każdy temat. Zobaczyłam, jak bardzo ta praca ich pochłania i jest ich życiem. To mnie zachwyciło i postanowiłam, że też chcę taka być. Wtedy łatwiej było się przebić, choć oczywiście długo musiałam wspinać się po szczeblach redakcyjnej hierarchii. Praca w gazecie to coś, co poleciłabym początkującym pisarzom jako świetną formę nauki warsztatu i nauki życia. Ludzie w "Independent" nauczyli mnie, bym nigdy nie pławiła się w samozadowoleniu, że muszę być gotowa na krytykę, ciągłe poprawki, dążenie do doskonałości. Bardzo mi się to przydało w kontaktach z redaktorami moich książek, którzy okazali się o wiele łagodniejsi w porównaniu z redaktorami gazet.

Skoro wspomniałyśmy o "Dziewczynach, które zabiły Chloe", pokazuje w nich pani, że dobre dziennikarstwo jest w kryzysie nie dlatego, że brakuje dobrych dziennikarzy, tylko dlatego że ludzie coraz częściej zadowalają się dziennikarstwem poślednim. Żyjemy u schyłku epoki profesjonalnego dziennikarstwa?

Mam nadzieję, że to się w końcu odwróci. Dla mnie staje się to coraz bardziej oczywiste, szczególnie w ostatnim roku, kiedy stanęliśmy twarzą w twarz z politycznym kryzysem na skalę światową. Z jednej strony głosowanie za brexitem w Wielkiej Brytanii, które jest kompletną katastrofą. Z drugiej strony wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA. To prawda, że do głosu coraz częściej dochodzą niewykwalifikowani ludzie, a profesjonalne dziennikarstwo przestaje być cenione. Uważam jednak, że to przelotny trend, bo w tak skomplikowanym świecie nie możemy sobie pozwolić na bycie niedoinformowanymi.

Pani najnowsza powieść "Zabójca z sąsiedztwa" też stawia kilka bolesnych diagnoz na temat współczesności. Między innymi tę, że o ile kiedyś słowo "sąsiad" niosło pozytywne skojarzenia, o tyle dzisiaj już niekoniecznie...

Ta książka jest o Londynie. Każdy, kto kiedykolwiek znalazł się w tym mieście, musiał zauważyć, że ludzie niemal żyją tu sobie na głowach. Może nie aż tak jak w Nowym Jorku, ale i tak panuje tu niewyobrażalny tłok. Paradoksalnie tkwi w tym wielki potencjał dla samotności. Większy niż wtedy, kiedy ludzie mają choćby odrobinę prywatnej przestrzeni dla siebie. Życie na prowincji w Wielkiej Brytanii również ma swoje minusy. Nie przepadam za tym, kiedy wszyscy w sąsiedztwie wtrącają się w moje sprawy...

...ale w dużych miastach sąsiedzi często nawet się nie znają.

Znam w zasadzie wszystkich swoich londyńskich sąsiadów i jestem z nimi w dobrych relacjach, ale latem, kiedy wszyscy otwierają okna, przesiadują w swoich miniaturowych ogródkach i na balkonach, zachowujemy się, jakbyśmy siebie nie zauważali. Nie jest to separowanie się, ale raczej rodzaj kurtuazji wobec sąsiadów. Dla ich komfortu udajemy, że nie jesteśmy świadomi ich obecności.

Pomysł na powieść narodził się podczas jednego z takich upalnych dni?

Główną inspiracją była historia seryjnego mordercy grasującego w latach 80. w Londynie. Nazywał się Dennis Nilsen i został aresztowany w 1984 roku. Był jednym z tych morderców, wokół których londyńczycy stworzyli całą mitologię.

Jak wokół Kuby Rozpruwacza?

Może nie aż tak, ale co ciekawe, mieszkał w domu bardzo podobnym do tego, który opisałam w książce. Zamordował czternastu młodych mężczyzn w swoim mieszkaniu na strychu, a żaden z jego sąsiadów kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tego, co się działo. To wyjątkowo zszokowało londyńczyków, bo nikt nie mógł uwierzyć w to, że tak straszliwe rzeczy mogą się dziać tuż pod ich bokiem. Ta książka opowiada może nie tyle o tym, że nie możemy ufać sąsiadom, ile o tym, jak przetrwać, mieszkając w warunkach takiego przeludnienia, jakie panuje w Londynie.

Tytuły dwóch pani książek, które ukazały się w Polsce: "Dziewczyny, które zabiły Chloe" i "Zabójca z sąsiedztwa", dość jasno dają do zrozumienia, że w pani powieściach utrzymanie w tajemnicy tożsamości tego, kto zabił, nie jest sprawą najważniejszą. Co zatem najbardziej pociąga panią w historiach kryminalnych?

Tym, co mnie interesuje, jest ludzka natura. A także złe decyzje, które ludzie podejmują, myśląc, że robią dobrze. To, jak łatwo złe decyzje mogą doprowadzić do katastrofy. Fascynują mnie efekty takich zjawisk jak egoizm, samotność, chciwość. Detale ludzkiej natury, które prowadzą do zła.

Nawet jeśli współcześnie jako mistrzowie kryminałów na czołówkę wysforowali się Szwedzi, nie ma kraju o bogatszej tradycji literatury kryminalnej niż Wielka Brytania. Moda na kryminały nie tylko nie przemija, ale wciąż się umacnia. Dlaczego?

Jest wiele powodów, dla których ludzie uwielbiają opowieści o morderstwach. Rzeczywiście, jeśli przyjrzeć się większości książek, które weszły do kanonu literatury brytyjskiej, w większości są to historie zbrodni i sprzeniewierzania się prawu. Jane Austen jest pod tym względem jednym z nielicznych wyjątków, bo jakoś tak się złożyło, że do dziś przetrwało niewiele książek opowiadających o miłych rzeczach przydarzających się miłym ludziom. Jest w tym coś bardzo pierwotnego. Kiedy się czegoś boisz, odczuwasz przypływ endorfin. Ten dreszczyk w gruncie rzeczy jest przyjemny. Z tego samego powodu ludzie uprawiają niebezpieczne sporty i podejmują różnego rodzaju ryzyko. Kryminały, horrory, thrillery są bezpiecznym sposobem na doznanie ekscytacji. Poza tym ludzi po wieki będzie fascynować zła strona człowieczeństwa. Zawsze będą chcieli ją badać. To dlatego tak bardzo interesują ich historie kryminalne.

Współcześnie inaczej czytamy kryminały niż sto lat temu. Kiedyś zło uważano za coś demonicznego, przeciwnego naturze. Dziś wiemy, że jest wypadkową wielu czynników - osobowościowych, społecznych, zbiegów okoliczności... Pisząc, stara się pani diagnozować to, co dzieje się we współczesnym społeczeństwie?

Absolutnie. Moja pierwsza książka poruszała wiele tematów. Opowiadała o spadku dochodów w Wielkiej Brytanii, o tym, że media w przerażający sposób wymknęły się spod kontroli, wykazując tendencję do urządzania polowań na czarownice. To nadal bardzo mnie fascynuje. Ale najmroczniejszy sekret człowieka naszych czasów dotyczy narcyzmu i coraz częściej występującego zespołu narcystycznej osobowości.

Ma pani na myśli epidemię selfie i internetowego ekshibicjonizmu?

Nie wiem, czy internet to pogłębia, czy tylko staje się narzędziem do ujawniania się tkwiącego w nas narcyzmu. Dziś spotyka się tyle narcystycznych reakcji na sytuacje, które raczej wymagałyby racjonalnego podejścia. To naprawdę destrukcyjne.

Kiedy na przykład?

Jeśli przyjrzeć się tym wielu młodym mężczyznom, którzy stają się islamskimi radykałami i przechodzą na stronę ISIS, łatwo zauważyć, że u podstaw ich zachowań leży element narcyzmu. Odcinają ludziom głowy, napędzani pragnieniem zdobycia kliknięć na YouTubie.

W "Zabójcy z sąsiedztwa" u podstaw zbrodni też leży narcyzm?

Tak, choć jest to także powieść o samotności i bolesnych relacjach rodzinnych. Stawia też pytanie, dlaczego tak wielu ludzi fantazjuje o tym, żeby zniknąć, zmienić tożsamość, stać się kimś innym, co w pewnym sensie jest i moim doświadczeniem (śmiech).

@RY1@i02/2016/252/i02.2016.252.196000600.801.jpg@RY2@

fot. Daniel Berehulak/Getty Images

Akcja "Zabójcy z sąsiedztwa" toczy się w Croydon, południowej dzielnicy Londynu

Rozmawiała Malwina Wapińska

@RY1@i02/2016/252/i02.2016.252.196000600.803.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.