Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Spojrzenie z oddali

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 17 minut

PREMIERA Wychodzę z - być może niemodnego - założenia, że nawet drobne gesty między ludźmi mają znaczenie. Czasem, żeby komuś pomóc, wystarczy go po prostu przytulić - mówi Grzegorz Zariczny, reżyser filmu "Fale"

@RY1@i02/2016/238/i02.2016.238.196000200.801.jpg@RY2@

O "Falach" pisze się czasem, że to "kino społecznie zaangażowane". Jak reagujesz na tego rodzaju etykietki?

Neutralnie. Nie wiem, czy określiłbym swoje kino akurat jako "społecznie zaangażowane", ale mam poczucie, że w Polsce brakuje trochę filmów, które brałyby obywateli naszego kraju w obronę, pokazywały ich problemy, wspierały zmagania z rzeczywistością. Jeśli ktoś dostrzeże takie wartości w "Falach", sprawi mi w ten sposób ogromną przyjemność.

Jakie jeszcze emocje chciałbyś wywołać w swoich widzach?

Marzę o tym, że "Fale" okażą się jednym z tych filmów, które "wychodzą" z kina razem z widzami. Chodzi mi o sytuacje, w których mijasz na ulicy jakiegoś człowieka, przyglądasz mu się i myślisz: "Hm, wygląda podobnie do bohatera, którego widziałem wczoraj na ekranie, może ma te same problemy. Ciekawe, czy mógłbym mu się na coś przydać". Wychodzę z - być może niemodnego - założenia, że nawet drobne gesty między ludźmi mają znaczenie. Czasem, żeby komuś pomóc, wystarczy go po prostu przytulić.

Zdarza ci się reagować w ten sposób w codziennym życiu?

Pamiętam, że jakiś czas temu przechodziłem ruchliwą ulicą i spostrzegłem dziewczynę, która przysiadła z boku i strasznie płakała. Choć obok przechodziło mnóstwo ludzi, nikt nie zwracał na nią uwagi. Gdy już chciałem podejść, okazało się, że ktoś właśnie mnie uprzedził. Z jednej strony fajnie, że znalazła się choć jedna osoba, ale z drugiej czułbym się lepiej, gdyby proporcje osób zaangażowanych i obojętnych wyglądały zupełnie odwrotnie.

Nie można odmówić ci współczucia także wobec mocno zagubionych w życiu bohaterów "Fal".

Głęboko wierzę, że o środowiskach "trudnych" należy opowiadać w sposób ciepły. Jako reżyser nie mógłbym czerpać satysfakcji z filmu krytykującego albo wyśmiewającego bohaterów. Oczywiście, czasem taka strategia ma rację bytu, jak w kinie Ulricha Seidla, który obnaża hipokryzję austriackiego społeczeństwa. Mnie samemu temperament twórczy podpowiada jednak inne rozwiązania.

Dlaczego empatia odgrywa w twoich filmach tak ważną rolę?

Wychodzę z założenia, że na co dzień znacznie trudniej powiedzieć nam "kocham cię" niż "spierdalaj". Tymczasem wiem po sobie, jak bardzo potrzebne są bodźce, które wywołują na twarzy delikatny uśmiech.

Co sprawia ci w życiu taką radość?

Telefon od kilkuletniej córki, która - gdy jestem na przykład gdzieś na festiwalu - pyta: "Tatuś, a kiedy wrócisz do domu?". Takie sytuacje przywracają życiu właściwe proporcje i przypominają, że filmy są w porządku, ale świat bynajmniej się na nich nie kończy.

Jednocześnie jednak twoja kariera nabiera rozpędu. "Fale" stanowią fabularną wariację na temat zrealizowanego przez ciebie niedługo wcześniej dokumentu "Love, Love". Na czym konkretnie polega związek między tymi dwoma filmami?

"Love, Love" stanowił portret pewnego, dalekiego od doskonałości świata. Gdy nad nim pracowałem, zacząłem zadawać sobie pytanie: "Czy dałoby się zrobić coś, by zmienić go na lepsze?". Miałem pewne intuicje, ale nie mogłem eksperymentować na prawdziwej rzeczywistości, więc sięgnąłem po formę fabularną, by wrzucić moje bohaterki w pewne - zaplanowane z góry - sytuacje i zobaczyć, czy może wyniknąć z tego coś wartościowego.

Czy po nakręceniu "Fal" dostrzegasz jakieś podobieństwa między realizacją fabuł a pracą nad dokumentami?

Jest ich chyba całkiem sporo. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku punkt wyjścia stanowi dla mnie czuła obserwacja rzeczywistości. Tę "czułość" każdorazowo osiągam za pomocą nieśpiesznego rytmu opowieści i skupienia przede wszystkim na długich ujęciach. Gdy spoglądasz na rzeczywistość z oddali, nie szafujesz zbliżeniami ani kontrplanami, powstrzymujesz pokusę, by oceniać bohaterów.

Bohaterki "Fal" odbywają praktyki w zakładzie fryzjerskim, który wygląda na ekranie jak rządzący się swoimi prawami mikrokosmos. Co szczególnie cię w nim zaintrygowało?

Byłem zaskoczony, że w miejscu, które przecież formalnie jest zwykłym zakładem pracy, rodzą się tak silne więzi międzyludzkie. Mowa nie tylko o relacjach między praktykantkami, ale też o ich stosunkach z szefową, która często przejmuje funkcję mentorki, autorytetu. Oczywiście nie mówię tu o luksusowych salonach, lecz o małych, staroświeckich zakładach, takich jak ten pokazany w filmie. Podobne miejsca często obywają się bez paraliżującego, służbowego dystansu, a atmosfera między ludźmi bywa w nich bardzo rodzinna. Wiele osób, zwłaszcza tych z niższych warstw społecznych, czuje się w zakładzie nawet lepiej niż w domu.

Choć ekranowy świat ma swoją wyrazistą specyfikę, w "Falach" starasz się jednocześnie opowiadać o rzeczach uniwersalnych.

To dlatego, że bardzo liczy się dla mnie możliwość dotarcia do jak najszerszego grona odbiorców. Gdy omawiam z aktorem jakiś dialog, często mówię mu: "Słuchaj, powiedz to tak, żeby zrozumiał cię Eskimos". Chcę przez to powiedzieć: nie kombinuj, dąż do sedna. W sztuce najskuteczniejsza jest prostota.

W jaki sposób udało ci się wykształcić tak wyrazisty styl reżyserski w relatywnie krótkim czasie?

Trzeba słuchać swojego serca i opowiadać o tym, na czym się znasz. To, że jakiś temat na film wydaje mi się interesujący, nie oznacza jeszcze automatycznie, że wiem, jak się do niego zabrać. Chętnie obejrzałbym na przykład filmową biografię Baczyńskiego, ale mam świadomość, że najpewniej sam wyreżyserowałbym ją źle.

Jakie filmy fascynują cię jako widza?

Ostatnio podoba mi się kino latynoamerykańskie, na przykład "Heli" Amata Escalante. Naprawdę ogromne wrażenie zrobiła na mnie jednak, przed kilku laty, "Rosetta" braci Dardenne, mikrofilm o makrosprawach. Był to jeden z niewielu seansów, po których pomyślałem sobie, że wiem, po co reżyserzy uruchomili kamerę. Trudno o takie poczucie, gdy oglądasz na przykład "Iron Mana".

Jesteś przeciwnikiem kina rozrywkowego?

Zdaję sobie, oczywiście, sprawę, że jest ono potrzebne, ale kiepsko czuję się w multipleksach. Jest coś symbolicznego w tym, że gdy kupujesz bilet, znajdujesz się w przytulnej strefie z wygodnymi kanapami i migającymi wokół światełkami, a po seansie nie jesteś już potrzebny, więc obsługa kieruje cię do bocznego wyjścia, które prowadzi na obskurny korytarz. Nie są to warunki, w których chciałbym obcować z jakimikolwiek filmami.

Jak, jako młody reżyser, zapatrujesz się na swoją dalszą karierę?

Bardzo życzyłbym sobie, żeby decydenci polskiego kina obdarzyli twórców większym zaufaniem. Osobiście nie sądzę na przykład, że każdy dobry film musi posiłkować się maksymalnie precyzyjnym, schematycznym scenariuszem. Do zrealizowania kolejnej fabuły wystarczyłoby mi 60 stron luźnych notatek, ale wiem, że na taki projekt nikt nie dałby mi pieniędzy. Wobec tego na siłę kombinuję z formą i dopisuję kolejne 30 stron, choć mam poczucie, że mógłbym przeznaczyć ten czas na coś bardziej pożytecznego. Liczę na to, że w przyszłości nie będziemy musieli już postępować w ten sposób i uwolnimy naszą kreatywność.

@RY1@i02/2016/238/i02.2016.238.196000200.101(c).gif@RY2@

fot. Mirosław Sosnowski/Studio Munka/Kino Świat

Katarzyna Kopeć i Anna Kęsek w "Falach"

Rozmawiał Piotr Czerkawski

TRWAŁA ONDULACJA

"Fale" Grzegorza Zaricznego udały się zaledwie połowicznie. Być może zbyt wiele spodziewałem się po twórcy znakomitych dokumentów - "Gwizdka" i "Naszej zimy złej". Paradoksalnie jednak to właśnie niespełnione "Fale" utwierdzają mnie tylko w przekonaniu, że Zariczny jest dzisiaj jednym z ciekawszych nazwisk w młodym polskim kinie. Kimś, kto nie tylko wymyśla historie i potrafi je opowiadać, lecz jest także artystą kreującym określony świat filmowy, w zasadzie bez odniesień do twórczości innych twórców.

Zdecydowanie najsłabiej wypada sama historia. "Fale", nawet przy najlepszych intencjach, wyglądają trochę jak spóźniona odpowiedź na "Cześć, Tereska" Roberta Glińskiego i całą serię podobnych filmów i dokumentów o mniejszych lub większych patologiach wśród nastolatków, którymi ekscytowało się polskie kino w poprzedniej dekadzie. Ta opowieść to w zasadzie kontynuacja "Love, Love" z 2015 roku, nagradzanego dokumentu Zaricznego, którego bohaterką była Kasia Kopeć, filmowa Kaśka z "Fal". Dwie dziewczyny grane przez krakowskie amatorki - poza Kopeć również Annę Kęsek - mierzą się z rzeczywistością: prywatną, domową i ogólną, tyczącą ich marzeń, przyszłości, ambicji. Na razie centrum świata Kaśki i Anki jest salon fryzjerski prowadzony przez almodovarowską szefową (kolejna w ostatnim czasie znakomita rola Edyty Torhan - ta świetna aktorka wciąż czeka na prawdziwe odkrycie na pierwszym planie). Kreowanie fryzur, stare hity, suszarki, bieda w domu, konflikt z ojcem, spór z samą sobą. Nic wielkiego, nic ważnego, samo życie. Ale w tym życiu jest miejsce na wszystko. Dziewczyńskie problemy, kompleksy, próbę ich neutralizowania. Kasia i Ania są jak tytułowe fale - chodzi zarówno o technikę ondulowania włosów na mokro polegającą na wyciskaniu fal, jak i metaforę akwenu wodnego, spiętrzenia, zanikania fal. Na tym polu Zariczny, wspomagany przez utalentowaną operatorkę Weronikę Bilską, odnosi największy sukces. Udaje mu się złapać tę falę: zarejestrować w kadrze coś nieuchwytnego, niejednorodnego, przeciekającego przez palce. Płynną młodość, przejście do dojrzałości.

Zariczny w swojej metodzie twórczej, polegającej na zderzaniu naturszczyków z zawodowymi aktorami, mieszaniu planów dokumentalnych, niemal reporterskich z silnie wykreowanymi, stara się być jak najbliżej życia. Żadnej poetyckiej ściemy. Film nie jest rzeczywistością, ale twórca "Gwizdka" w debiucie fabularnym korzysta z sekwencji rzeczywistych przekładanych na ekran. Czyni to w zaskakującym stylu, jakby poza ingerencją montażysty - jego rolę sklasyfikowałbym jako kapitana porządkującego realne chwile, organizującego własną przestrzeń dokumentalno-fabularną. Krytycy na festiwalu w Karlowych Warach, gdzie "Fale" zostały zaprezentowane w konkursie głównym, porównywali film Zaricznego do społecznego kina Loacha lub empatycznych filmów braci Dardenne. Oba skojarzenia są jak najbardziej uzasadnione, ale w moim przekonaniu najbliżej "Falom" jednak do kina Cristiana Mungiu. Podobnie jak twórca "4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni" Zariczny korzysta z rzeczywistości po to, żeby na hiperrealistycznym tle przedstawić zwartą metaforę, odseparować kino od życia. To, co tak świetnie udało mu się w błyskotliwych dokumentach, tym razem nie wybrzmiało jednak z należytą siłą.

Łukasz Maciejewski

@RY1@i02/2016/238/i02.2016.238.196000200.803.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.