Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Agresywni rodzice

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

METAL Nowa płyta Metalliki jest jak 24-godzinna walka bokserska. Są ciosy nokautujące, ale też zastoje, no i wszystko trwa trochę za długo

Najdłuższa przerwa między albumami w karierze, kompozytorska absencja Kirka Hammetta, mocny heavy metal i hard rock, sporo autoplagiatu - tak w skrócie można scharakteryzować dziesiąty krążek w karierze amerykańskiej kapeli. Od ich ostatniej płyty, "Death Magnetic" (nie licząc wydanej w 2011 r. wraz z Lou Reedem "Lulu"), minęło osiem lat. To najdłuższa przerwa płytowa w historii Metalliki. Nie znaczy to jednak, że zespół był w tym czasie na wakacjach. Grali masę koncertów (także w Polsce), wydali wspomniany krążek z Reedem, zrealizowali film "Metallica Through the Never". Do tego doszło życie rodzinne, czemu, jak sami przyznają, z przyjemnością oddają się wszyscy członkowie zespołu. W studiu spotykali się zazwyczaj na kilka dni, potem wracali do swoich domów, żon i dzieci, by po naładowaniu baterii ponownie w nim się spotkać.

Nowy album zaczął kiełkować już w 2011 r. Pracę rozpoczęli z legendarnym producentem Rickiem Rubinem. W końcu producentem został jednak Greg Fidelman. Co roku dokładali nowe newsy o nadchodzącej płycie, ale jej premiera się odsuwała. Z jednej strony przeszkadzał im nadmiar pomysłów. Setki pomysłów na riffy mieli James Hetfield, a na solówki Kirk Hammett. Problem polegał na tym, że Kirk... zgubił telefon z nagranymi dziesiątkami gitarowych konceptów. Być może to wpłynęło na decyzję o oddaniu całkowitej twórczej części w ręce duetu Hetfield-Ulrich. Po raz pierwszy w historii wspólnego grania Hammetta z Metalliką (czyli od roku 1983) Kirk nie partycypował w kreacji numerów. Dokładał tylko później swoje solówki. W jednym z wywiadów Kirk powiedział: "Od początku jednym z naszych założeń było nawiązanie do naszego debiutu, słuchaliśmy go, pracując nad nową płytą. Tamten album James i Lars stworzyli wspólnie, z małą pomocą Davea Mustainea (późniejszego założyciela Megadeth). Teraz założenie było podobne i się jemu poddałem". "KillEm All" wydane w 1983 r., o którym mówi Hammett, nagrane z Cliffem Burtonem na basie, jest uważane za jedną z płyt, która naznaczyła thrash metal. Kilka solówek Kirka z "Hardwired... To Self-Destruct" faktycznie przypomina jego grę na "KillEm All". Już w otwierającym album "Hardwired" mamy nawiązanie do tamtej płyty. Mocne, energiczne wejście gitar i perkusji, do tego wspomniana solówka Kirka (choć niespotykanie krótka) i agresywny wokal Jamesa, a wszystko zamknięte w nieco ponad trzech minutach. Pierwszy numer jest odejściem od rozbudowanych i przydługich aranżacji, które królowały na poprzedniej płycie "Death Magnetic". Mniej skomplikowanie jest tu do końca, niestety kompozycje rozrastają się nawet do ponad ośmiu minut. Nużące jest "Atlas, Rise!" w duchu Iron Maiden czy zlepione z różnych gitarowych pomysłów, ponownie zbyt długie "Here Comes Revenge". W hardrockowym stylu zagrane jest "Murder One", nagrane w hołdzie zmarłemu w grudniu 2015 r. Lemmyemu Kilmisterowi. Lider Motorhead był dla członków Metalliki, jak sami mówią, niemal jak ojciec. Dużo większe wrażenie robi następny kawałek, finalne "Spit Out The Bone" z gitarami brzmiącymi jak karabin szybkostrzelny. Podobnie śpiewa Hetfield, do tego dochodzi agresja Larsa na perkusji i mocny nas Roberta Trujillo. Wiele razy Metallica kopiuje się na "Hardwired... To Self-Destruct", to z czasów "KillEm All", to z "...And Justice for All" czy późniejszego "Load". Nawet numer ze spokojnymi momentami "Halo On Fire" mógłby być kontynuacją "Unforgiven". Spokojne wejście ma też "ManUNkind". Warto się zatrzymać przy tym numerze ze względu na wyjątkowy teledysk. Zespół wykazał się tu poczuciem humoru. Koncertowy klip świetnie parodiuje blackmetalowe kapele w stylu Mayhem. Zrealizował go doskonały reżyser wideoklipów (pracował wcześniej z Metalliką, ale też Madonną, Beyonce i Rolling Stonesami) Jonas Akerlund, który zresztą realizuje teraz film o zespole... Mayhem. Poza "ManUNkind" zespół opublikował w ciągu ostatnich dwóch dni klipy do wszystkich piosenek z płyty! Metallica równie dobrze bawiła się promując "Hardwired... To Self-Destruct" w show Jimmego Fallona, w którym na zabawkowych instrumentach wykonała swój klasyk "Enter Sandman".

Po opiniach na forach dotyczących Metalliki widać, że wielu fanów bawiło się przy "Hardwired... To Self-Destruct" nie tak dobrze jak Lars, James i koledzy. Ale prawdę mówiąc, od lat grupa fanów narzeka na wszystko, co wypuści Metallica, komentując nieśmiertelnym stwierdzeniem, że "skończyli się na KillEm All". To prawda, że na "Hardwired... To Self-Destruct" nie grają niespotykanych w ich wcześniejszych numerach dźwięków i że czas oczekiwania na album był mocno za długi. Płyta zapewne nie wejdzie też do kanonu ich najwybitniejszych dokonań, kilka numerów jest nieudanych, całość zbyt rozwlekła. Ale pojedynczymi perełkami Metallica wciąż zachwyca i na pewno powali jeszcze bardziej na żywo. Czekamy na ogłoszenie europejskiej trasy. Oby ponownie Polska znalazła się na liście.

@RY1@i02/2016/223/i02.2016.223.196000600.801.jpg@RY2@

fot. Universal Music

Piosenki na nową płytę Metalliki napisali Lars Ulrich (w czapce) i James Hetfield (po prawej)

@RY1@i02/2016/223/i02.2016.223.196000600.802.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.