Dzisiaj wszystko podszyte jest lękiem
NOWA PŁYTA T.LOVE Bardzo osobiste teksty przeplatane troską o współczesną Polskę. Na nowej płycie "T.Love" zespół Muńka Staszczyka do jego poważnych tekstów dokłada muzykę osadzoną m.in. w retro soulowym klimacie
Na dodatkowej płycie dołączonej do premierowego materiału "T.Love" znajduje się kawałek "Preria (Tribute to Bob Dylan)". Wstrzeliliście się w moment przyznania bardowi Nagrody Nobla.
Nie jest tajemnicą, że Bob Dylan od dawna jest w orbicie mojej i zespołu. Dla mnie to jedna z najważniejszych postaci w historii muzyki. Wielokrotnie inspirowaliśmy się jego twórczością, pisząc chociażby słynnego "Kinga" niemal ćwierć wieku temu czy "Lucy Phere" z naszej przedostatniej płyty "Old is Gold". Graliśmy też jego covery, chociażby "All Along the Watchtower". "Preria" powstała kilka miesięcy temu, oczywiście nie mogliśmy wiedzieć, że Dylan dostanie Nobla. Pierwsza wersja, nagrana z całym zespołem, bębnami, klawiszami, niespecjalnie dobrze brzmiała. Przypominała raczej pretensjonalne country z Mrągowa. W końcu wpadliśmy na to, żeby nagrać ten numer tylko z gitarą, harmonijką ustną i moim lekko przesterowanym wokalem. Efekt finalny skojarzył się nam z jego muzyką, stał się dylanowskim numerem, dlatego pojawił się przy nim ten dopisek.
Dla ciebie, znanego wielkiego fana Dylana, jego wyróżnienie musiało być wyjątkową wiadomością. Usłyszałeś od znajomych, taty, mamy: no wreszcie docenili twojego Dylana?
Tata jest odwiecznym fanem Elvisa Presleya, więc raczej z jego ust nie padłyby takie słowa (śmiech). Nie ma jednak wątpliwości, przynajmniej ja ich nie mam, że Dylan na Nobla zasłużył. Nie widzę nikogo innego w muzyce popularnej, kto zasłużyłby na niego bardziej. Jako poeta i pisarz bije wszystkich na głowę.
Na "T.Love" dedykujesz też utwór Davidowi Bowiemu.
Tak się złożyło, że zaczęliśmy pracę nad płytą w czasie, kiedy Bowie odszedł. Nagraliśmy dla niego "Warszawę Gdańską". Byłem też jednym z ambasadorów świetnej akcji namalowania muralu poświęconego artyście na Żoliborzu. Nie dość, że ten rejon Warszawy od lat jest mi bliski, to jeszcze akcja związana była z Bowiem. To dla mnie kolejny bardzo ważny artysta.
Na płycie nie brakuje gości. Nie dziwi obecność związanego od lat z rockową sceną Johna Portera, ale pojawił się także genialny klawiszowiec, założyciel Kombi Sławomir Łosowski.
Portera znam od lat, kilka razy graliśmy wspólnie na scenie. Jego pierwszą płytę "Helicopters" z 1980 roku uważam za jedną z najlepszych w polskim rocku. Nasz wspólny kawałek "Pack Me In Your Suitcase", nagrany w klimacie przypominającym country, znalazł się na dodatkowej płycie. Tak jak "Nie ma takiego numeru" z Łosowskim. Nagrywając ten numer, ktoś z nas powiedział: ale fajnie by tu zabrzmiał "Łosoś". Okazało się, że mieszka niedaleko studia nagraniowego w Gdańsku, w którym realizowaliśmy "T.Love". Co prawda najpierw Sławomir zdziwił się trochę zaproszeniem, ale wytłumaczyłem, że to na poważnie, że nie żaden pastisz, i się zgodził. Jest dziś nieco wycofany, wydaje mi się, że trochę pomijany przez środowisko. A to przemiły człowiek i super, że udało się nam go namówić na zagranie dla nas kilku motywów.
Kawałki z udziałem Łosowskiego przypominają klimat elektroniki z lat 80., ale słychać na nowej płycie także sporo inspiracji wcześniejszą dekadą.
Po mentalnym odpoczynku po poprzedniej, wyczerpującej dla nas płycie "Old is Gold" postanowiłem poszukać dla nas nowej ścieżki. Pomyślałem, że warto przetransponować po naszemu czarną muzykę lat 60., z wytwórni Motown czy Stax z Memphis. Oprzeć płytę na kompozycjach, których bazę stanowi rytm, sekcja rytmiczna, nie tylko gitary. Oczywiście T.Love jest wciąż zespołem gitarowym i one odgrywają ważną rolę, ale tutaj doszedł klimat soulowy. Całość złożyła się na coś, co nazwałbym soul & punk. Pracując nad materiałem i myśląc o nim, słuchaliśmy nagrań Otisa Reddinga, zespołów typu The Temptations, muzyki tanecznej z lat 70., w stylu Kool and the Gang czy Bee Gees. Do tego brytyjskich zespołów, jak Depeche Mode, które transponowały soul na swój sposób. Dzięki temu powstała płyta, bardzo rytmiczna i z największą rolą klawiszy w naszej historii. Do tego doszła jeszcze okładka stworzona przez genialnego twórcę cover artów takich gigantów jak Judas Priest czy Elton John, czyli Rosława Szaybo.
Nie było żadnych kryzysowych momentów podczas pracy nad płytą?
Album powstał w rekordowym dla nas czasie, w zasadzie w ciągu czterech miesięcy. Na poprzedni krążek poświęciliśmy niemal cztery lata. Trochę się bałem nagrywania "T.Love", bo kilka tygodni w Trójmieście, rozrywkowym Sopocie mogło nas pochłonąć (śmiech). Wszystko jednak poszło gładko, udało się złapać dobry klimat już od pierwszej nagranej piosenki "Pielgrzym", która stała się też pierwszym singlem. Zresztą ten numer, podobnie jak "Marsz" czy "Marta Joanna od Aniołów" zostały zbudowane na bazie numerów sprzed lat. Oczywiście teksty zostały napisane teraz. Ważne było zresztą, żeby były trochę w kontrapunkcie do muzyki. Ta bombarduje pulsem i momentami tanecznym klimatem, ale już teksty są poważne.
Ta poważna liryka jest mocno osadzona w teraźniejszości.
Tak, jest pocztówką z 2016 roku. Teksty powstawały w pierwszej części roku i są nakarmione aktualnymi wydarzeniami. Poprzednia płyta była introwertyczna, metafizyczna. Na nowej jest dużo niepokoju, nerwowej rzeczywistości, która króluje w Europie. Jako obserwator relacjonuję tę rzeczywistość w piosenkach typu "Marsz" czy "Ostatni gasi światło". Odcisnęły na nich piętno problemy związane z tym, czym żyje dzisiaj świat: migracjami, aktami terroru, skrętem na prawo, radykalizacją, naszymi fobiami. Czuję, że Europa dzisiaj nie jest tak otwarta jak ta w latach 90., że trochę się pogubiliśmy, także na polskim podwórku. Po upadku komunizmu czy wejściu do Unii był widoczny entuzjazm. Dzisiaj wszystko jest podszyte lękiem. Punktowanie tych problemów wynika z mojej troski o Polskę, niepokoju związanego z podziałem naszego kraju. Zresztą nie tylko naszego. "Bum Kassandra" mówi o realnym zagrożeniu wojennym. I jak już wspominałem, kontrastuje to z muzyką, taneczną, funkową. Robi się trochę apokaliptyczny parkiet. Taką kontrastowość zawsze lubiłem, na przykład u Boba Marleya, który w tekstach do bujającej muzyki punktował świat. W T.Love używamy tego zabiegu nie po raz pierwszy.
Nie brakuje tu również tekstów bardzo osobistych, o twojej rodzinie.
"Moi rodzice" skierowany do mojej mamy i taty wyniknął z prostej potrzeby napisania czegoś bezpośrednio dla nich i o nich. Ciekawe, że po tym, jak zagraliśmy go na kilku koncertach, dostałem e-maile od młodych ludzi, którzy byli zdziwieni, że taką rzecz powiedziałem. Dla mnie mówienie o miłości do rodziców w prostych słowach, prawdziwie, jest normalne. Okazało się jednak, że młodszym brakuje takiej bezpośredniości. Ważne było, że rodzice wzruszyli się po tym, jak usłyszeli ten numer. Nie mniej ważny jest tekst "Marta Joanna od Aniołów", poświęcony mojej żonie. Oczywiście była już inspiracją dla piosenek pisanych wcześniej, ale ten jest wyjątkowo bezpośredni. Napisałem go na korytarzu szpitalnym, w czasie kiedy przechodziła operację. Niegroźną dla zdrowia, ale jednak przeżywaliśmy ją całą rodziną. Podczas tego, bardzo scalającego nas pobytu zacząłem się zastanawiać: co by było, jakby coś się stało? To pozwoliło inaczej spojrzeć na wiele aspektów naprawdę dla nas ważnych.
Niedawno przeczytałem o tym, że od lat jesteś wielkim miłośnikiem Szekspira. Widzę, że w swoich tekstach penetrujesz podobne rejony, w których on poruszał się w wielu swoich utworach. Związane z ludzką naturą, naszymi słabościami.
Absolutnie nie mogę nazwać siebie specjalistą od Szekspira, nim był Barańczak. Jednak to prawda, że od lat jestem jego miłośnikiem. Miałem doskonałych polonistów w podstawówce i liceum. Potem sam przecież studiowałem polonistykę, więc ta styczność była cały czas. Jest mi bliski, podobnie jak Dylan, bo pisał historie o nas, ludziach na krawędzi, naszej skomplikowanej naturze. Trochę o tym jest "T.Love".
@RY1@i02/2016/218/i02.2016.218.19600050b.801.jpg@RY2@
fot. Robert Baka/Warner Music Poland
Rozmawiał Wojciech Przylipiak
T.LOVE Z KLAWISZAMI
Teksty Muńka Staszczyka na najnowszej płycie T.Love są porażająco aktualne. Kompozycje "Marsz" czy "Bum Kassandra" mają apokaliptyczny charakter i nie pozostawiają wątpliwości, że współczesny świat poszedł w niebezpieczną wojenno-ekstremistyczną stronę. Jednak muzycznie obok stałej dawki rockowego grania, nastąpił lekki zwrot w stronę elektroniki i dźwięków charakterystycznych dla parkietów cztery dekady temu. "Ostatni gasi światło" czy "Nie ma takiego numeru" z gościnnymi zagrywkami klawiszowymi Sławomira Łosowskiego spodobają się tym, którzy wychowali się na new romantic i synthpopie. Warto kupić wersję "T.Love" poszerzoną o drugi krążek. To właśnie na dodatkowej płycie znajdują się wspomniane doskonałe "Nie ma takiego numeru" czy "Pack Me In Your Suitcase" z Johnem Porterem.
W listopadzie zespół można zobaczyć na koncertach w całej Polsce. Zagrają m.in. w Gdyni, Poznaniu, Łodzi i Warszawie.
WP
@RY1@i02/2016/218/i02.2016.218.19600050b.802.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu