Wyraźna linia podziału
KOMIKS Bernard Dumont, znany jako Bédu, to autor kultowej serii "Hugo", której wydanie zbiorcze właśnie ukazało się w Polsce
Na pańskiej serii "Hugo" wychowało się w Polsce całe pokolenie czytelników. Do dziś ma pan u nas oddanych fanów.
Byłem zaskoczony, że tylu ludzi w Polsce zna moje komiksy i przyszło się ze mną spotkać. To niezwykła sprawa, że mój komiks po tak długim czasie ktoś jeszcze chce czytać. Jako autor mogę czuć jedynie wzruszenie i zachwyt.
Mógłby pan pokrótce przybliżyć genezę tej serii?
Zawsze chciałem zrobić coś swojego, bo wcześniej pracowałem tylko jako współautor. W momencie, w którym taka szansa się pojawiła, "Hugo" szybko zawitał do mojej głowy. Ta seria jest połączeniem mojej fascynacji średniowieczem z fantastyką i kiedy naniosłem na to tło postacie, które zna pan z komiksu, cała reszta narodziła się samoczynnie.
Coś pana wtedy szczególnie zainspirowało?
Nie było wtedy aż takich możliwości, tylu bodźców, które mają dzisiejsi autorzy, ale uwielbiałem czytać. Przerabiałem lekturę za lekturą i czerpałem głównie z literatury, z książek, z których próbowałem wyciągnąć różne opowieści.
Jak w ogóle zainteresował się pan komiksem?
Stało się to dość późno. Miałem chyba 15 czy 16 lat, kiedy uznałem, że powinienem iść w tym akurat kierunku. Zawsze miałem dryg do rysowania, pisania dialogów, wymyślania historii, a jako że lubiłem czytać, przychodziło mi to łatwo. Zacząłem kombinować, jak połączyć te moje zainteresowania, i okazało się, że komiks jest medium, jakiego szukałem.
Przez kilka lat pracował pan także nad serią "Clifton", której bohater jest agentem brytyjskiego wywiadu. Trudniej pracuje się z postacią stworzoną przez kogoś innego?
Trudność polegała na konieczności dopasowania się do pewnej estetyki, do korzystania z odgórnie narzuconego szablonu, a ten nie był przesadnie elastyczny. Zresztą nigdy nie uważałem Cliftona za zbyt zabawną postać, na pewno nie bawiłem się z nim tak dobrze jak z Hugo. Niech mnie pan źle nie zrozumie, nie miałem problemu z tym, że kontynuowałem czyjąś pracę, lecz po prostu nie sprawiało mi to tyle radości, co obcowanie ze swoim autorskim dziełem.
Różnice kulturowe między panem a pańskim bohaterem były jakąś przeszkodą?
Absolutnie wszystko, co wiedziałem o kulturze brytyjskiej, czerpałem albo z opowieści znajomych, albo ze zdjęć, bo sam nigdy nie byłem w Anglii. I powiem panu, że to, czego się o tamtejszej kulturze uczyłem, było dla mnie cokolwiek zaskakujące. Ale z jednej strony stworzenie świata utkanego z zasłyszanych historii to też ciekawe przeżycie.
Czy globalna popularność komiksu amerykańskiego ma pańskim zdaniem wpływ na rynek europejski?
Nie jestem za bardzo zaznajomiony z seriami amerykańskimi, nie mam z nimi styczności, ale nie sądzę, aby ich popularność miała wpływ na europejskich twórców komiksów. Wydaje mi się, że te dwa rynki mało kiedy się przecinały. Nawet jak zaczynałem, docierały do nas tylko tamtejsze paski komiksowe i nie kształtowały nas jako autorów. I chyba dzisiaj niewiele się zmieniło. Sam nigdy nie traktowałem lansowanego tam rysunku jako punktu odniesienia. Dzisiaj również przebiega dość wyraźna granica pomiędzy seriami amerykańskimi i europejskimi. Niestety, coraz częściej ludzie w mojej rodzinnej Belgii sięgają po te pierwsze kosztem drugich.
Nad czym pan obecnie pracuje? Podejrzewam, że jednak nie nad nowym "Hugo".
Ma pan rację, nowego "Hugo" raczej już nie zobaczymy. A pracuję nad nową serią, której nadałem tytuł "Krew smoka". Mogę obiecać, że będzie mroczniej niż do tej pory.
@RY1@i02/2016/205/i02.2016.205.19600110b.801.jpg@RY2@
EGMONT
@RY1@i02/2016/205/i02.2016.205.19600110b.802.jpg@RY2@
Rozmawiał Bartosz Czartoryski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu