Przyjemność hałasu
WYWIAD Nie znoszę, kiedy ktoś mi mówi, jak mam się zachowywać, dlatego nie mam zamiaru pouczać innych - mówi Justin Sullivan, lider zespołu New Model Army, przed koncertami w Polsce
O nowej płycie "Winter" powiedziałeś, że jest dużo bardziej zespołowa niż poprzednia. Skąd ta zmiana i co to oznacza dla fanów New Model Army?
Poprzedni krążek "Between Dog and Wolf" to chyba jedyna nasza płyta, którą ja i współkompozytor, perkusista zespołu Michael Dean, wcześniej zaplanowaliśmy. To była mozolna, wielowątkowa i przygotowana konstrukcja złożona z wielu dźwięków. Jedna piosenka miała nawet 127 ścieżek. Pozostali członkowie zespołu przez większą część nagrywania nie wiedzieli, w jaką kierujemy ich stronę i co z tego będzie. Na koniec zostali zaskoczeni materiałem. Było trochę jak z "Quadrophenią" (album The Who z 1973 roku, później musical i film - przyp. red.) - nikt poza Pete’em Townshendem nie wiedział, dokąd zmierzają nagrania i jak będzie ostatecznie brzmiała płyta. Niewielu też ją później zrozumiało. W przypadku "Between Dog and Wolf" to się sprawdziło i jesteśmy z tych piosenek dumni. Teraz postanowiliśmy zrobić dokładnie odwrotnie. Chcieliśmy nagrać płytę mniej rozbudowaną, nie tak bardzo wymyśloną, za to surową. Odkryliśmy małe studio w Leeds, prowadzone przez trzech młodych gości. Studio wygląda punkrockowo jak na dzisiejsze czasy. Jest pełne analogowego sprzętu sprzed lat, nagrywa się tam na taśmach, a nie komputerach. Choć może nie do końca jest punkrockowe to, że w nim wszystko działa (śmiech). Właściciele nie byli wielkimi fanami New Model Army, choć nas kojarzyli. Mieli wyobrażenie bardzo emocjonalnej muzyki i surowości naszego przekazu. I takie też chcieliśmy uzyskać brzmienie na "Winter", jakby cały zespół dał upust swoim emocjom w małym pomieszczeniu. Wyszła nam płyta, która zapewne nie jest dla każdego, a raczej nie na każdy nastrój. Już po pierwszych dźwiękach rzężącego basu w otwierającym album numerze "Beginning" wiesz, czy masz na nią ochotę i nastrój, czy to nie ta pora i lepszy będzie inny dzień.
"Beginning", podobnie jak kilka innych numerów na płycie, bazuje na zmianach tempa, napięcia. Słychać, że składa się z kilku muzycznych pomysłów.
Staraliśmy się na płycie "polecieć". To nie było proste, bo Brytyjczycy niechętnie dają się ponieść emocjom w studiu. Jakby nie potrafili pójść w mniej oczywistych kierunkach i bali się improwizacji. My się nie baliśmy, ten numer naznaczył w pewien sposób cały album. Pracę nad nowymi kompozycjami można porównać z zestawianiem zawartości dwóch szafek. W jednej były nasze muzyczne pomysły, w drugiej - teksty. Czekaliśmy, aż te szafki się wypełnią, a potem już mogliśmy się tymi ideami bawić. To komfortowa sytuacja, gdy masz do dyspozycji aż nadmiar pomysłów.
W numerze "After Something" padają słowa: "Lee Marvin on the jukebox", które nawiązują do wielkiego przeboju tego aktora sprzed lat "Wand’rin’ Star". Skąd to odwołanie?
To kompozycja z westernu "Pomaluj swój wóz" z 1969 roku. Słowa tego numeru doskonale oddają moją osobowość. Uwielbiam ruch, nie znoszę stać w miejscu. Kiedy byłem dzieckiem, wskakiwałem do samochodu rodziców, nieważne, gdzie jechali, byleby się przemieszczać. "Wand’rin’ Star" to taki mój hymn, stąd to nawiązanie. Ruch zapewniają mi także koncerty, dlatego bardzo je cenię. To dla mnie jedna z najważniejszych radości w byciu muzykiem. Pracując w studiu, myślisz o piosence, ale nie o ludziach, którzy będą jej słuchali. Na scenie zderzasz się z nimi, dochodzi do komunikacji. Traktuję to bardzo personalnie. Nie mówię "publiczność" na tych, którzy nas oglądają i słuchają na żywo, bo to ogólne, grupowe określenie. Dla mnie publika jest zbiorem indywidualności i każdy odbiera muzykę po swojemu. Dlatego unikam nawoływania w stylu "wszyscy razem śpiewamy" albo "wszyscy klaszczemy". Nie, niech każdy reaguje, jak ma ochotę, albo nie reaguje w ogóle. Jego wybór. Nie znoszę, kiedy ktoś mi mówi, jak mam się zachowywać, i dlatego też sam tego nie robię. Pewnie to jeden z powodów, przez który nie przekroczyliśmy pewnego progu popularności. Nie chcieliśmy zabawiać stadionów. Wolę klubowe koncerty, chcę widzieć ludzi. Na stadionie czy wielkim festiwalu nie ma takiej szansy.
Mówiłeś o ruchu, radości przemieszczania się. Dlatego obserwujesz przez okno przejeżdżające samochody? W wywiadach mówisz, że uwielbiasz to robić. Widzisz w tym głębszy sens?
Tu nie chodzi o radość patrzenia na samochody. Bardziej o patrzenie w przestrzeń, na horyzont i poruszające się na nim pojazdy. Mam taką teorię: to, co za oknem, przekłada się na to, co w nas. Zewnętrze działa na wnętrze. Kiedy jesteś w mieście, widzisz wszędzie ściany, tak jak w lesie drzewa. To cię ogranicza, nie widzisz szerszej perspektywy. Jednak kiedy stajesz na pustyni - albo na plaży czy dachu budynku - perspektywa się zmienia. Inaczej oceniasz rzeczywistość i to przekłada się na to, co czujesz wewnątrz. To bardzo pomaga spojrzeć w siebie, wtedy odczuwam pewien rodzaj ulgi, spokoju. Uświadamiam sobie, że tak naprawdę jesteśmy nikim wobec otoczenia, małym punkcikiem.
To trochę przerażająca myśl.
Wcale nie, to komfortowe uczucie. Dobrze mi z nim, ale rozumiem, że może budzić dyskomfort. Pewnie z tego wynikają fascynacje przeróżnymi religiami. One dają poczucie, że jest coś więcej niż nasz świat. Ktoś wyżej. Jest tam coś, czego nie do końca rozumiemy, ale religia przynajmniej to nazywa. Dodatkowo przecież bóg - jakikolwiek bóg - interesuje się właśnie akurat tobą, patrzy na ciebie. To uspokaja ludzi. Jest to oczywiście wyraz pewnej próżności, której zdaje się nie mają zwierzęta. Choć z drugiej strony, widziałem program, w którym pokazano, jak w specjalnym basenie dla delfinów zamontowano lustro. One bardzo szybko zrozumiały, że widzą w nim siebie, i zaczęły się przed nim popisywać. Może więc nie chodzi tylko o ludzi. Podobnie można chyba obalić teorię o tym, że tylko my pasjonujemy się muzyką i ją tworzymy. W pewnym rezerwacie podejrzano szympansy, które zbierały się pod jednym drzewem, z jakiegoś powodu dla nich ważnym. Waliły przy nim w kawałki drewna i klaskały. Czyż to nie muzyka? Nie miały w zasadzie powodu, by tak robić, poza tym, że to dawało im przyjemność. Przyjemność hałasu. To określenie dobrze pasuje do New Model Army.
Przy okazji wydania płyty "Winter" ukazuje się specjalnie do niej napisana powieść graficzna. Skąd ten pomysł?
Od dawna myśleliśmy nad takim wykorzystaniem piosenek New Model Army. Problemem było, że wielu rysowników ma zbyt oczywistą kreskę, zbyt dokładnie podchodzi do rysunku, nie bawią się nią, nie pobudzają wyobraźni. W mrocznych opowieściach, dramatach kładą nacisk na przemoc, celebrują ją i się w niej pławią, jak w filmach gore, które zresztą uwielbiam. W podobnie przesadny, seksualny sposób pokazują kobiety. Na szczęście znalazłem autora, który tego nie robi. To Matt Huynh, z pochodzenia Wietnamczyk. Jego rysunki wyglądają, jakby były wykonane bardzo szybko i włożono w nie dużo pasji i energii. Postaci w jego historyjkach są bardzo ludzkie, pełne uczuć. Choć rysuje dramatyczne historie, niespecjalnie interesuje go przemoc dla samej przemocy. Zobaczyłem jego pracę "The Boat" o emigrantach uciekających z Wietnamu do Australii. Tak uciekli jego rodzice. Przesłałem mu trzy piosenki z "Winter" poruszające podobną tematykę: "Die Trying", "Devil" oraz tytułową. Zgodził się przygotować dla nas graficzną opowieść. Będzie można ją kupić na naszych koncertach.
W latach 80. byliście uważani za czołowych wyspiarskich buntowników. Nie masz wrażenia, że dzisiejsza młodzież niespecjalnie ma się przeciw czemu buntować i nie ciągnie jej do brania spraw w swoje ręce?
Z jednej strony są może trochę zepsuci, ale z drugiej ich przyszłość jest zablokowana, zdeterminowana. Młodzi w Londynie, już idąc na studia, zadłużają się po uszy i wiedzą, że będą spłacać studia czy mieszkanie przez całe życie. Do końca będą komuś coś winni, tym samym zamykają się w systemie. Daje się odczuć oznaki niezadowolenia, może jeszcze nie gniew, ale niezadowolenie, czego dobrym przykładem jest Brexit. Śpiewam o tym w numerze "Burning the Castle". Ciekawe, że nie nauczyliśmy się niczego po kryzysie 2007-08. Mieliśmy szansę poznać system i go zmienić. Dowiedzieliśmy się, że jest przesiąknięty korupcją i daje korzyści wąskiej garstce najbogatszych. A my zdecydowaliśmy się, albo za nas zdecydowano, de facto nic nie zmieniać. Mam przyjaciela, który urodził się w Niemczech Wschodnich i o tamtym systemie, czasie mówił coś, co pasuje i dzisiaj: każdy wiedział, że ten system nie działał i był do dupy, ale nikt nie wiedział, jak go naprawić. W piosence "Winter" śpiewam: "I fear the age of consequence and I wish that it was over / Bring me the snowfall, bring me the cold wind, bring me the winter". Te słowa wynikają z tego, że cieszę się, iż jestem stary i pewnych rzeczy już nie zobaczę. Nie muszę się już bezpośrednio obawiać przyszłości, a ona raczej nie będzie różowa. Ten cały system kiedyś się rozleci i czeka nas rewolucja, a to nie będą miłe chwile.
Jeśli chcielibyśmy jednak skończyć rozmowę pozytywnym akcentem, to co byś powiedział o teraźniejszości?
Za oknem świeci piękne słońce.
New Model Army wystąpią w Poznaniu (8.10), Warszawie (11.10), Gdyni (12.10), Białymstoku (13.10), Katowicach (15.10) i we Wrocławiu (16.10)
Unikam nawoływania w stylu "wszyscy klaszczemy". Niech każdy reaguje, jak ma ochotę, albo nie reaguje w ogóle. Nie chcieliśmy zabawiać stadionów. Wolę klubowe koncerty, chcę widzieć ludzi
@RY1@i02/2016/195/i02.2016.195.196000600.801.jpg@RY2@
ROBERT ROBASZEWSKI/AGENCJA GAZETA
Justin Sullivan przyjedzie do Polski na sześć koncertów
Rozmawiał Wojciech Przylipiak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu