Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

W wolnej chwili

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Czwarta płyta rap-raveowych szaleńców z RPA może budzić kontrowersje i skrajne emocje, jak zresztą niemal wszystko, co ukazało się do tej pory z logo Die Antwoord. "Mount Ninji and da Nice Time Kid" przepełnione jest tym, do czego Yolandi Visser i Ninja przyzwyczaili nas na swoich poprzednich płytach. Jest gęsty rap i krzykliwe przekleństwa. Agresywne dźwięki z raveowej imprezy ("Banana Brain") oraz zabawy elektroniką i samplami ("Peanutbutter + Jelly"). A do tego złowieszcze, które pasowałyby na ścieżkę dźwiękową filmu Tima Burtona ("Alien"). Są także goście: Sen Dog z Cypress Hill, Jack Black, gwiazda burleski Dita Von Teese i klnący jak szewc tajemniczy sześciolatek o pseudonimie Lil Tommy Terror. Niestety brakuje solidnych singlowych hitów, jak "Enter the Ninja" czy "Pitbull Terrier" z poprzednich płyt. Agresywny muzyczny styl Die Antwoord na "Mount Ninji and da Nice Time Kid" szybko się nudzi. To danie wyłącznie dla ich wyznawców. Czyżby wyczerpywała się formuła tego szalonego duetu?

@RY1@i02/2016/190/i02.2016.190.196000800.801.jpg@RY2@

Nowy album legendarnego kanadyjskiego producenta Daniela Lanoisa (współautora chociażby płyt U2 czy Briana Eno) może być dla niektórych podobnie trudną przeprawą co opisywana obok płyta Die Antwoord. Lanois wraz z amerykańskim gitarzystą Rocco DeLucą przygotowali płytę, do której trzeba mieć cierpliwość. Artyście usypiają ambientową monotonią. Nagrana przy użyciu gitar hawajskich "Goodbye to Language" zawiera co prawda melodie, ale te skupiają uwagę tylko momentami, bo szybko zmieniają się w niełatwo przyswajalne ciągi spowolnionych dźwięków. W zasadzie trudno mówić tu o piosenkach. To są raczej zapisy emocjonalne, jakby muzyczne tło do wycieczki przez oceaniczne głębiny, gdzie w ciemnym nurcie raz na jakiś czas pojawia się dziwny stwór. Wibrujące, z wolna lejące się odgłosy odbierane na słuchawkach w nocnym, spokojnym entourageu mogą uwieść. Ale dla tych, którzy nie czują ambientu i wolą piosenki zwrotka-refren, będą trudne do przebrnięcia.

@RY1@i02/2016/190/i02.2016.190.196000800.802.jpg@RY2@

"Zdzisław używał muzyki głównie do wyzwalania fantastycznych światów w sobie i »zapisywania« ich na płycie pilśniowej. Tomkowi służyła jako emocjonalna encyklopedia i kontakt z rzeczywistością" - pisze w książeczce dołączonej do płyty z muzyką z filmu "Ostatnia rodzina" jego scenarzysta Robert Bolesto. Dwupłytowy album łączy te dwa światy. Z jednej strony jest muzyka, która towarzyszyła Beksińskiemu malarzowi podczas pracy, dzieła jego ulubionych kompozytorów, Liszta czy Mahlera. Z drugiej muzyka, która wypełniała ogromne zasoby płytowe Tomasza i którą dzielił się z fanami w radiu. Od rocka progresywnego (Moody Blues) przez kiczowaty synthpop (Yazoo) i postpunk (Joy Division) po Petera Gabriela czy Roxy Music. Pięknym zwieńczeniem tego dwupłytowego albumu jest premierowa kompozycja Atanasa Valkova "The Last Family". Całość na pewno bardziej przypadnie do gustu tym, którzy poznali twórczość obu Beksińskich i widzieli film "Ostatnia rodzina". To zestaw przede wszystkim dla nich.

@RY1@i02/2016/190/i02.2016.190.196000800.803.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.