W wolnej chwili
Australijczyk Alex Cameron to dla mnie jedno z najciekawszych muzycznych odkryć ostatnich miesięcy. Właśnie wydał debiutancki album "Jumping The Shark". Im bardziej interesuję się tym muzykiem, tym większe odkrywam cuda. Najpierw jego strona internetowa wyglądająca jak strony z końca lat 90. Na YouTube odkryłem z kolei fragment jego występu sprzed dwóch lat, na którym stoi na chodniku i śpiewa do pokazu ulicznego magika. Do tego wygląda jak połączenie Davida Bowiego z Nickiem Cave’em. Tych artystów przypomina też muzycznie. Melancholia, minimalizm oparty głównie na klawiszach, niski wokal, wreszcie poważne teksty pisane z punktu widzenia życiowego outsidera. Trudno nazwać to, co gra Alex, ale widać, że w pełni panuje nad swoim wizerunkiem jakby wyjętym z filmu Davida Lyncha. Na pierwszy rzut oka Cameron może wydawać się prześmiewcą, puszczającym oko i nabijającym się z show-biznesu. Kiedy już wsłuchamy się w niego, śmiech ustępuje nostalgicznej refleksji i niepokojowi. Cameron mocno wciągnął mnie w swój dziwaczny świat odmieńców.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.