Literackie nowości
Co chwila słyszę, że na podstawie kolejnej powieści o życiu współczesnych nowojorczyków ma powstać serial telewizyjny. Co jakiś czas o tych planach w recenzjach wspominam i je pochwalam. Dobrze napisane historie o mieszkańcach Wielkiego Jabłka - zwłaszcza jeśli mają choćby ślad błyskotliwości i ironicznego humoru Woody’ego Allena - na mały ekran doskonale się nadają. Ważne, by bohaterowie byli rozbrajająco pokręceni, w swoim życiu pociesznie nieporadni i w krzepiący dla widza sposób zaprzeczali wszystkiemu, czego się od nich oczekuje. Problem w tym, że jak dotąd żadnego z tych hucznie zapowiadanych seriali nie widziałam na oczy. Ale być może to mea culpa. Prawa do ekranizacji "Gniazda", czyli wychwalanego przez amerykańskich krytyków debiutu Cynthii D’Aprix Sweeney, wykupił już Amazon wraz z Jill Soloway, współtwórczynią takich serialowych hitów jak "Sześć stóp pod ziemią". Czytam o tym z zainteresowaniem, ale też myślę sobie, że jeśli szybsi okażą się twórcy serialowej ekranizacji "Wyjątkowych" Meg Wolitzer, Jill Soloway znajdzie się w kropce, bo dwie sąsiadujące obecnie na naszych księgarnianych półkach z nowościami powieści zdają się niemal identyczne. Identyczność tkwi oczywiście w pewnej manierze i sposobie opowiadania, diabeł tkwi w szczegółach. Wolitzer pisała o doświadczeniu pokoleniowym i bolesnej weryfikacji młodzieńczych marzeń, Sweeney sprawnie bierze na widelec kryzys ekonomiczny i problem jego konsekwencji w życiu grupy rozwydrzonych latami prosperity bohaterów. "Gniazdo" to powieść doskonale sformatowana pod gust czytelników oczekujących bestsellera z górnej półki. Czyta się świetnie, nawet jeśli miewa się wrażenie, że już kiedyś to samo się czytało.
Malwina Wapińska
@RY1@i02/2016/165/i02.2016.165.19600070a.801.jpg@RY2@
Roger Hobbs wie, czym jest thriller. To tylko pozornie banał - thriller bowiem utracił w ostatnich latach gatunkową wyrazistość, wymieszał się z kryminałem, horrorem, powieścią szpiegowską. Natomiast książki Hobbsa, trzy lata temu świetny "Ghostman", a teraz jego luźna kontynuacja "Złodziejska gra", to thrillery w zasadzie wzorcowe - bazujące na szaleńczym tempie i umiejętnych zawieszeniach akcji, relacjonujące wyścig po fortunę po trupach złych (a nawet bardzo złych) ludzi, bawiące się nowoczesną technologią i egzotyczną scenerią. Tym, co je dodatkowo wyróżnia, jest postać głównego bohatera i zarazem narratora: amoralnego cynika, zimnego zawodowca, a w dodatku pracoholika. To oczywiście nic dziwnego w epoce późnego kapitalizmu. Ale Jack nie jest menedżerem średniego szczebla, Jack jest złodziejem. Czy może, mówiąc ściślej: ghostmanem. Człowiekiem, który umie żonglować tożsamościami i znikać bez śladu.
Tacy ludzie często wpadają w kłopoty, bo kłopoty to ich specjalność. Kłopoty Jacka zaczynają się w Makau, dalekowschodniej jaskini hazardu, dokąd przybywa, by pomóc swojej dawnej mentorce i przyjaciółce Angeli. Angela, wyrafinowana ghostmanka, zaplanowała skok na transport nieoszlifowanych szafirów - na tratwie przemytników jej ludzie znaleźli jednak coś całkiem innego. Dlatego wszyscy zginęli. I dlatego zginąć ma także Angela.
Brzmi to idiotycznie, ale tak właśnie ma brzmieć: thriller to rozrywka. Hobbs zresztą dobrze przygotował się do pracy - jego powieść opiera się na twardym fundamencie wiedzy o broni, hotelarstwie, zorganizowanej przestępczości, metodach walki wręcz, regionalnych obyczajach. Czytajcie "Złodziejską grę", a połączycie przyjemne z pożytecznym. Dowiecie się na przykład, jak równiutko obciąć komuś głowę bez sięgania po samurajski miecz. Ja nie wiedziałem.
Piotr Kofta
@RY1@i02/2016/165/i02.2016.165.19600070a.802.jpg@RY2@
Austriak Wolf Haas miał przed dwudziestoma laty rewelacyjny pomysł na powieść kryminalną - narratorem swoich książek uczynił człowieka, który tobie, drogi czytelniku, w knajpie, przy piwie, opowiada niezobowiązującą historię z życia niejakiego Simona Brennera. Brenner, były policyjny detektyw podejmujący się z musu rozmaitych dziwnych zleceń, to osobna sprawa. Bo Brenner jest ospałym, biernym socjopatą, który w pracy zawsze chodzi okrężną drogą. Haas w swoich satyrycznych powieściach po części dokonuje dekonstrukcji kryminalnej intrygi, wybierając na głównego bohatera właśnie Brennera - ów (a wraz z nim i ty, czytelniku) o wszystkim dowiaduje się ostatni, zaś o jego odkryciach i olśnieniach często decyduje przypadek. Poza tym Brenner ma miękkie serce i jest dziecinnie ufny. Aż głupio byłoby nie skorzystać.
Po latach ten leniwy naiwniak - teraz jako stateczny pan koło sześćdziesiątki - powraca w dziewiątej już powieści cyklu. Tytułowa "Brennerova" ma na imię Nadieżda i jest Rosjanką z Niżnego Nowgorodu, z którą Brenner zawiera białe małżeństwo. A wszystko dlatego, że nie mógł się powstrzymać przed przeglądaniem w internecie stron z rosyjskimi ogłoszeniami matrymonialnymi i wypełnieniem własnego formularza na jednym z tych serwisów. Może po prostu czuł się samotny? Trudno orzec. Tak czy owak Nadieżda wcale nie szuka męża - szuka siostry, która podobno została uprowadzona w Wiedniu. Brenner ma jej pomóc. I pomoże. Chociaż wszystko (jak zwykle) potoczy się całkiem inaczej, niż się spodziewał.
Haas czuje się w literackim towarzystwie Brennera jak ryba w wodzie - "Brennerova" to zabawna, melancholijna, dość ekscentryczna powieść o zderzeniu młodości z dojrzałością. Trudno, nawiasem mówiąc, uznać ją za kryminał, ale to w sumie żaden problem.
Piotr Kofta
@RY1@i02/2016/165/i02.2016.165.19600070a.803.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu