Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

W wolnej chwili

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Najpierw grał na pianinie, potem była gitara, perkusja, kilka szkolnych kapel. Wreszcie Marius Lauber przyjął dość oryginalny pseudonim Roosevelt - tak, to po amerykańskim prezydencie - i zajął się elektroniką. Zainteresował się nią, kiedy wylądował w Kolonii. Tam grał w kapeli, był didżejem. Po kilku singlach i epce udało mu się nagrać długogrający debiut. Już ponad dwa lata temu wypatrzyły go brytyjskie media, polecając fanom elektroniki z retronaleciałościami. Sam Marius wśród swoich inspiracji wymienia takich artystów, jak: LCD Soundsystem, Caribou czy Talking Heads. Jego "Roosevelt" to jednym słowem album taneczny. Polubią go miłośnicy bujania się w klimacie synthpopowym, retrosoulowym, indierockowym czy minimalu. To bardzo pozytywny album, idealny na letnie rozruszanie. Sprawdzi się w samochodzie, na rowerze, podczas biegania i na wielogodzinnej balandze. "Roosevelt" nie jest w żadnym stopniu płytą przełomową; raczej miłą, pobudzającą mieszanką łatwo przyswajalnej elektroniki i ciepłego głosu Mariusa.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2016/160/i02.2016.160.19600080b.801.jpg@RY2@

Niespecjalnie jest to mój klimat muzyczny, a jednak przyssałem się do tej płyty na niemal godzinę i nie był to stracony czas. Do przesłuchania albumu "Dla domu i ogrodu" zachęciła mnie okładka. Zdjęcie zajadającej smakołyki pary jest tak niepasujące do muzycznego albumu, że paradoksalnie przyciąga. Wygląda trochę jak z katalogu, nomen omen, "Dla domu i ogrodu". A nazwa kapeli Niskie Ciśnienie intryguje nie mniej. To ich długogrający debiut, na który zebrali pieniądze na stronie crowdfundingowej. Za wokal odpowiada Alicja Peszkowska, muzykę przygotował Michał Przerwa-Tetmajer (udzielający się m.in. w Jazzpospolitej), teksty Aleksandra Janus. Wspólnie stworzyli płytę, która nie ma szans na szersze zaistnieje w rozgłośniach radiowych, nie da im koncertów podczas trasy "Lata z radiem" ani złotych płyt. To oparta na akustycznej gitarze, momentami z dodatkiem kontrabasu, wiolonczeli i perkusji zabawa folkiem. Niepowalająca i niespecjalnie nowatorska. Za to idealna do odpoczynku w ogrodzie i idealna na zbicie wysokiego ciśnienia. Świetna muzyka relaksacyjna.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2016/160/i02.2016.160.19600080b.802.jpg@RY2@

Nie wiem, jakim cudem ominąłem premierę tak bezceremonialnej płyty, ale szybko nadrabiam ten błąd. "Freetown Sound" ukazało się kilka tygodni temu i zebrało bardzo dobre recenzje. Zasłużenie. Dev Hynes jako Blood Orange wymyka się jakimkolwiek klasyfikacjom. Muzyk bezsprzecznie potrafi pisać przeboje (z jego możliwości kompozytorskich korzystały chociażby Kylie Minogue i Florence Welch), wydaje przy okazji komiksy. Dotychczasowe płyty jako Blood Orange pokazały też, że dobrze sprawdza się, jak tworzy dla siebie. "Freetown Sound" to kolejny dowód. Gatunkowy miszmasz - to zbyt prosty opis tego albumu. Wciąga już genialnym zdjęciem na okładce. Dźwięki, które tutaj zebrał, a także dołączone przemówienia aktywistów czy sample powstałe z odgłosów miasta układają się w piękną, oldskulową opowieść poruszającą niełatwe społeczne problemy. To złożony album w stylu doskonałego "To Pimp a Butterfly" Kendricka Lamara. Słychać, że Dev uwielbia klasyczny soul, taneczne retrozabawy i przy okazji chce mówić o rzeczach ważnych. Szkoda, że mało dziś powstaje takich płyt. Do wielokrotnego kosztowania.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2016/160/i02.2016.160.19600080b.803.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.