Za dużo cięć, za dużo słów
POWIEŚĆ W "Małym życiu" Hanyi Yanagihary piękny portret męskiej przyjaźni - również erotycznej - zderza się z absurdalnym i sztucznym nagromadzeniem nieszczęść i traum
Ciekawymi ścieżkami chodzi współczesna powieść. Jude, główny bohater "Małego życia" Hanyi Yanagihary, jest wzorowym przykładem mściciela znanego z XXI-wiecznych kryminałów, mściciela, który bierze rewanż za krzywdy, głównie natury seksualnej, doznane w dzieciństwie. Różnica polega na tym, że mściciele z kryminałów okrutnie mordują swoich prześladowców albo ludzi, którzy w jakiś sposób owych prześladowców przypominają - Jude natomiast powoli i konsekwentnie morduje sam siebie.
"Małe życie", drugą powieść pisarki pochodzącej z Hawajów, potężną, 800-stronicową prozę, przyjęto rok temu w świecie anglojęzycznym z niesłychanym entuzjazmem. Książka znalazła się w finałach najważniejszych nagród literackich (Man Booker Prize, National Book Award, Kirkus Prize - tę ostatnią przyznano właśnie jej), zyskała też miano bestsellera, chociaż nie jest to, mówiąc oględnie, lektura ani łatwa, ani przyjemna. Mam również poważne wątpliwości, czy mamy do czynienia z pozycją tak wybitną, jak zdają się sugerować amerykańskie media.
Przejdźmy do konkretów. "Małe życie" to, przynajmniej z początku, historia przyjaźni czterech kumpli z college’u: ciemnoskórego (i homoseksualnego) JB, Malcolma pochodzącego z mieszanej, afroamerykańsko-białej rodziny (i heteroseksualnego), białego (i początkowo heteroseksualnego) Willema oraz Jude’a (o nieokreślonej tożsamości seksualnej i etnicznej). Podkreślam kwestie erotycznych preferencji, bo są one w tej książce istotne - ostatecznie to także historia o różnych wymiarach męskiej przyjaźni i miłości - a ich różnorodność i płynność to szczególny znak czasów.
Kumple robią typowo nowojorskie kariery - JB zostaje malarzem, Willem aktorem, Malcolm architektem, Jude wziętym prawnikiem. Te kwestie szybko schodzą jednak w cień, na pierwszy plan wysuwa się zaś zagadka, jaką nosi w sobie Jude - trauma, która jest odpowiedzialna za jego kłopoty z poruszaniem się, która każe mu odczuwać wstręt względem swego ciała i ustawicznie zadawać sobie ból. Bo Jude się tnie, regularnie i nałogowo, obudowując tę krwawą praktykę całym systemem kłamstewek i niedomówień. Tytułowe "małe życie" to zaś rodzaj egzystencjalnego schronu, odseparowania się od zła, które niesie świat, w skromnej, przewidywalnej przestrzeni - tyleż materialnej, ile społecznej.
W tym założeniu tkwi pierwsza słabość powieści Yanagihary - jest ona, mimo monstrualnych rozmiarów, bardzo uboga w literackie, epickie mięso, ponieważ rozgrywa się w monotonnej sekwencji laboratoryjnie wykreowanych sytuacji. Chociaż fabuła "Małego życia" obejmuje blisko półwiecze, nie ma to żadnych realnych skutków w książce. Jasne, to część artystycznej koncepcji, ale skoro tak, można było trochę oszczędniej gospodarować słowem.
Oszczędniej można było także szafować okrucieństwem. Nie dlatego, że jesteśmy tacy wrażliwi - bo nie jesteśmy - ale dlatego, że nadmiar szkodzi. Jude, niczym komiksowo przerysowana krzyżówka Hioba z piorunochronem, ściąga na siebie wszystkie możliwe i niemożliwe nieszczęścia, a czytelnicza empatia w pewnym momencie ustępuje miejsca rozbawieniu. Nie przypuszczam, by za tym humorystycznym efektem stał jakiś autorski zamysł.
Dzisiejsze powieści - zwłaszcza na rynku anglosaskim - muszą konkurować nie tylko ze sobą wzajemnie, lecz także z serialami. "Małe życie" jest zbudowane jak serial, dałoby się z niego wykroić z grubsza sześć odcinków. Problem w tym, że serialowa konwencja narzuca pewną powtarzalność scen i motywów. Nie wiem, ile razy w "Małym życiu" pada słowo "przepraszam", ale doliczyłbym się pewnie do tysiąca. Przy pięćsetnym "przepraszam" zaczynasz się niecierpliwić. Przy sześćsetnym rechoczesz. Przy "przepraszam" nr 800 wołasz do głównego bohatera: "Zabijże się wreszcie!".
Gdzieś w tym całym zamieszaniu (powiększonym jeszcze o wyciosaną z subtelnością sentymentalnego drwala egzegezę cierpień Jude’a - Yanagihara powinna była jednak poczytać choćby "Millennium" Stiega Larssona) niknie to, co się autorce udało: piękny portret wiernego przyjaciela. Willem to najlepiej wymyślona i opisana postać w tej powieści - jego naturalność, wdzięk, lojalność i upór zasługiwały na znacznie lepszą książkę.
@RY1@i02/2016/101/i02.2016.101.19600070c.802.jpg@RY2@
GETTY IMAGES
@RY1@i02/2016/101/i02.2016.101.19600070c.103.gif@RY2@
Piotr Kofta
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu