Muzyka jako religia
WYWIAD Film, podobnie jak muzyka, jest rodzajem opowiadania historii, w której emocje odgrywają kluczową rolę - mówi Morgan Neville. Jego nowy dokument "Muzyka obcych" będzie miał premierę na Krakowskim Festiwalu Filmowym
W ubiegłym roku zrealizowałeś dwa dokumenty poświęcone wielkim muzykom. Bohaterem pierwszego z nich był gitarzysta The Rolling Stones Keith Richards, drugiego wybitny wiolonczelista Yo-Yo Ma. Widzisz wiele wspólnego w ich podejściu do muzyki?
Dla Keitha muzyka jest religią. To jedyna rzecz, w którą wierzy i która nigdy go nie zawiodła. Wydaje mi się, że w przypadku Yo-Yo jest podobnie. To ona doprowadziła go do miejsca, w jakim się obecnie znajduje, a w trudnych chwilach była dla niego pocieszeniem. Mam wrażenie, że wielcy muzycy podchodzą do muzyki w zbliżony, duchowy sposób. To rodzaj spotkania. Jeżeli grasz z kimś, kogo wcześniej nie znałeś, to od tego momentu ta osoba już nie jest ci obca. Musisz znaleźć z nią jakąś harmonię, zbudować dialog. Muzyka bazuje także na empatii, która zwłaszcza w dzisiejszych czasach jest niesłychanie ważna. Tego cały czas szuka w niej Yo-Yo.
Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie?
Wszystko zaczęło się dość niespodziewanie. Początkowo Yo-Yo chciał porozmawiać o sfilmowaniu jego koncertu. Spotkaliśmy się i spędziliśmy fantastyczny wieczór. Piliśmy wino, żartowaliśmy, opowiadaliśmy sobie nawzajem różne historie. Nie tylko związane z muzyką, ale też z życiem, filozofią. Zdałem sobie wtedy sprawę, że to chyba najbardziej czarująca osoba, jaką kiedykolwiek poznałem. Ale jednocześnie wiele rzeczy, jakimi się ze mną podzielił, było dla mnie zaskakujących. Zrozumiałem szybko, że w jego zawodowej podróży chodzi o coś więcej niż tylko muzykę. Podobnie staram się podchodzić do swoich filmów. Obaj dążymy do tego, by zrobić coś wartościowego, odnaleźć jakieś znaczenia. Może dlatego tak dobrze się zrozumieliśmy.
Portretujesz jednak nie tylko Yo-Yo Ma, ale i jego zespół złożony z muzyków z różnych zakątków świata. To dowód na to, że muzyka posługuje się uniwersalnym językiem?
Finalnie pokazujemy tylko niektórych muzyków, rozmowy z częścią z nich ostatecznie nie weszły do filmu. Żałuję, bo to niesamowici ludzie, ale dokument rządzi się swoimi prawami. To prawda, muzyka jest rodzajem uniwersalnego języka, a to interesujące zarówno od strony intelektualnej, jak i politycznej. Można by pewnie napisać o tym książkę, ale wydaje mi się, że takie teoretyzowanie tylko osłabia jej moc. Zrozumiałem, że wszelkie informacje i przesłania przekazywane są tutaj na płaszczyźnie emocjonalnej. To po prostu trzeba poczuć. Nie ma lepszej drogi.
Wydaje się, że i w przypadku filmu poziom emocjonalny jest najważniejszy.
Przez te wszystkie lata bycia reżyserem nauczyłem się, że film, podobnie jak muzyka, jest rodzajem opowiadania historii, w której emocje odgrywają kluczową rolę. Dzięki nim ludzie będą mogli z nim sympatyzować. Film w końcu też składa się z kawałków łączących się w większą całość. Oczywiście są dokumenty podporządkowane na przykład kwestiom politycznym, ale chyba najlepszym wyjściem, by zaangażować widza, jest pokazanie mu bohaterów, z którymi łatwo będzie mógł się utożsamić, a przez to wejść w pełni w historię.
Taki był klucz doboru poszczególnych muzyków? Pokazujesz m.in. klarnecistę z Syrii Kinana Azmeha, wirtuoza kamancheh Kayhana Kalhora z Iranu czy grającą na galicyjskich dudach Cristinę Pato z Hiszpanii.
Zależało mi na pewnym zróżnicowaniu - geograficznym, płciowym, ale też związanym z doświadczeniem, bo nie ma co ukrywać, że w tej materii moich bohaterów wiele dzieli. Ważne w tym wszystkim jest to, czego uczy sztuka. Są to rzeczy niezbędne do funkcjonowania w społeczeństwie - improwizacja, kreacja, współpraca, empatia. W moim dokumencie widzimy muzyków, którzy musieli zapłacić wysoką cenę za bycie artystą. Ale jednocześnie widać, jaka siła drzemie w kulturze, która w niesamowity sposób potrafi jednoczyć ludzi. Choć wielu ją deprecjonuje tylko dlatego, że nie można jej objąć konkretną miarą, jak ekonomię czy politykę.
Co najbardziej zaimponowało ci w Yo-Yo Ma? Osobie, która z jednej strony jest muzykiem, ale widać też, że organizując ten zespół, ma do spełnienia pewną misję.
Z pewnością nie mam takiej energii jak on (śmiech). Każdego dnia schodził ze sceny ostatni, a jednocześnie był niesamowicie zaangażowany w zupełnie prozaiczne sprawy. Pamiętam na przykład, jak ucinał sobie zaangażowane pogawędki z boyem hotelowym, za każdym razem, kiedy szliśmy do autobusu. Na każdym kroku widać, że czerpie ogromną radość z pracy, a jednocześnie jest w nim wciąż chęć dzielenia się nią z innymi. I kiedy pod koniec dnia siedzieliśmy totalnie zmęczeni w autobusie, on cały czas miał siłę do rozmowy. Trzeba pamiętać, że to człowiek, który ma swoje lata, a w drodze jest od ponad 40 lat. Nie ma w nim żadnej złości, pretensji do świata, a jest za to świetne poczucie humoru. To mistrz budowania atmosfery, zawsze stara się, żeby wszyscy czuli się komfortowo. Słucha, co inni mają do powiedzenia. To niesamowity dar. Wydaje mi się, że właśnie dlatego ludzie chcą za nim podążać. Nigdy nie mówi ci, co masz robić. Otwiera przed tobą szeroko drzwi i pozwala ci znaleźć własną drogę.
Widać w filmie, że cechują go duża pokora i niesamowity wręcz zapał do nauki.
Dokładnie, to zabawne, jest przecież prawdziwym wirtuozem, a cały czas chce się uczyć. To inspirujące także dla mnie jako reżysera. On jest wszystkiego ciekawy, podobnie zresztą jak ja. Wydaje mi się, że permanentna ciekawość to jeden z powodów, dla których chce się robić dokumenty. Sięganie po nowe rzeczy, ciągła potrzeba pogłębiania wiedzy. Przez sporą część swojej kariery Yo-Yo zajmował się rzeczami, których muzycy klasyczni zazwyczaj nie robią. Nagrywał między innymi z Astorem Piazzolą czy Ennio Morricone. Nierzadko bywał za to krytykowany. Ale najwyraźniej mu to nie przeszkadza, cały czas stara się iść do przodu.
Jak postrzegasz muzykę klasyczną? Patrząc na twoją dotychczasową twórczość, wydaje się, że zapleczem jest jednak popkultura i muzyka popularna.
Pomiędzy muzyką klasyczną a popularną jest wiele podobieństw, ale i różnic. Świat muzyki klasycznej to część tej branży, o której do tej pory zbyt wiele nie wiedziałem. To z jednej strony zbawienie dla przemysłu muzycznego, a z drugiej chyba najbardziej represyjny jej obszar. Nikt nie wchodzi w niego z innego powodu niż pasja, ale jednocześnie jest dość hermetyczny i zamknięty, jeżeli chodzi o emocje. To właśnie uderzyło mnie w Yo-Yo. On jest tego zupełnym przeciwieństwem. Obserwując jego reakcje, emocje, to taka otwarta księga.
Twój film jest niezwykle aktualny, patrząc na problemy, jakim czoła stawić musi współczesny świat. Mówisz o jego obywatelach, ale też o ludziach, z których każdy ma inne korzenie, dziedzictwo kulturowe. Choć na drugim planie aspekt społeczny też jest nie do przecenienia.
To bardzo ważne patrzeć na rzeczywistość oczami kogoś takiego jak Kinan czy Kayhan. Uderzyło mnie to, jak bardzo niektóre rzeczy zmieniły się od momentu, kiedy kręciliśmy. W większości niestety na gorsze. Tak było z obozem dla uchodźców w Jordanii czy sytuacją w Syrii. U podstaw tego dokumentu leżała i była ważna idea domu, tożsamości, tradycji, z której pochodzą poszczególni muzycy. Każdy z nich zna swoją doskonale, ale też w jakimś sensie od niej odszedł na pewien czas, by w końcu powrócić do korzeni. Wydaje mi się, że w obliczu coraz bardziej niepewnej sytuacji na świecie i kolejnych złych wiadomości, jakimi jesteśmy bombardowani, ten wymiar nabiera jeszcze większego znaczenia.
Każdy z bohaterów ma do opowiedzenia własną, często niezwykle bolesną historię. Trudno było ich do tego namówić?
Dla każdego z nich było to coś specjalnego. Najbardziej uderzyła mnie chyba historia Keyhana. Opowiadał o Iranie i o tym, co przechodził, gdy jego rodzina zginęła, a on zmuszony był do ucieczki. Inne osoby z zespołu przekonywały, że nigdy wcześniej im o tym nie mówił. Podczas realizacji filmu rozmawiałem z nim wiele razy, pracując na jego zaufanie i to, by poczuł się komfortowo. Wiem, że nie było to dla niego łatwe, także ze względu na tamtejszą kulturę, gdzie po prostu o takich rzeczach się nie mówi. Zupełnie inne podejście reprezentowała Cristina. To typowa Hiszpanka, bardzo otwarta, była kontaktowa od samego początku. To wszystko okazało się naprawdę ciekawą mieszanką charakterów i osobowości. Zdobywanie zaufania moich bohaterów traktuję jako ważną część mojej pracy.
@RY1@i02/2016/101/i02.2016.101.196000200.802.jpg@RY2@
MATERIAŁY PRASOWE
@RY1@i02/2016/101/i02.2016.101.196000200.804.jpg@RY2@
SHUTTERSTOCK
@RY1@i02/2016/101/i02.2016.101.196000200.105.gif@RY2@
Rozmawiali Kuba Armata i Marta Bałaga
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu