Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Kpina z mistrza

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Zamierzony przez Abla Ferrarę filmowy hołd dla Piera Paola Pasoliniego, mimo niezłej roli Willema Dafoe, zamienił się w niedźwiedzią przysługę

Pasolini, jeden z najbardziej wyrazistych twórców światowego kina, nie zasłużył na tak mierny film. Ferrara nie chciał wprawdzie zrealizować konwencjonalnej biografii włoskiego mistrza, ale w zamian nie umiał zaoferować widzom niczego interesującego. Wbrew intencjom reżysera zawarte w "Pasolinim" połączenie paradokumentalnego minimalizmu i barokowej przesady nie stanowi świadectwa ożywczej różnorodności. Zamiast tego znamionuje raczej bezradność wobec niejednoznacznej i wymykającej się schematom postaci tytułowego bohatera. Klęska "Pasoliniego" to także dowód pogłębiającego się kryzysu twórczego Ferrary. Nie pomogło ani odstawienie używek, ani przeprowadzka do Rzymu - reżyser "Pogrzebu" wciąż nie potrafi wrócić do artystycznej dyspozycji, którą imponował na początku lat 90.

W rozmaitych wywiadach Ferrara powtarza, że uwielbia Pasoliniego, a seans "Dekameronu" ukształtował go jako reżysera. Niestety, w gotowym filmie trudno dopatrzeć się pogłębionej refleksji nad fenomenem włoskiego mistrza. Ekranowy Pasolini zajmuje się głównie braniem udziału w salonowych dysputach i powtarzaniem natchnionych komunałów. Obraz życia intymnego reżysera sprowadza się natomiast do kilku migawek z pospiesznego aktu fellatio dokonanego gdzieś na tyłach rzymskiego dworca. W czasie seansu trudno oprzeć się wrażeniu, że film Ferrary więcej niż o samym Pasolinim mówi nam o wizji europejskiej bohemy zrodzonej w umyśle twardziela z Bronksu.

Porażka amerykańskiego reżysera boli tym bardziej, że pod pewnymi względami faktycznie wydawał się on idealnym kandydatem do realizacji filmu o włoskim mistrzu. Największe dokonania Ferrary - ze "Złym porucznikiem" na czele - miały w sobie właściwą dziełom Pasoliniego ambiwalencję i w podobny sposób zacierały granicę pomiędzy grzechem a świętością. Być może twórcę "Króla Nowego Jorku" zgubiła tym razem własna pycha. Choć Ferrara wypowiada się o swoim bohaterze w sposób pełen pokory, trudno oprzeć się wrażeniu, że na ekranie nachalnie stara się dorównać jego talentowi. Trudno inaczej wytłumaczyć decyzję, by częścią filmu uczynić - zainscenizowane przez Ferrarę - fragmenty niedokończonego scenariusza Pasoliniego "Porno Teo Kolossal".

Sceny te, przedstawiające dwóch neapolitańczyków udających się na poszukiwanie Mesjasza, a ostatecznie trafiających na wielką orgię, stanowią zdecydowanie najsłabszy element filmu. Zamiast - obecnej w twórczości Pasoliniego - refleksji nad seksem, który coraz częściej nie stanowi już strefy wolności, lecz przestrzeń przymusu, na ekranie otrzymujemy pełną przepychu, kiczowatą farsę. Przykro stwierdzić, że jedną z największych wad tej części filmu stanowi niemiłosiernie przeszarżowana kreacja dawno niewidzianego Ninetta Davoliego. Ekranowa obecność ulubionego aktora i kochanka Pasoliniego miała stanowić najważniejszy łącznik pomiędzy wizją Ferrary a światem włoskiego mistrza. W rzeczywistości jego ekranowe zagubienie służy raczej za mimowolną metaforę nieprzystawalności tych dwóch porządków.

Piotr Czerkawski

@RY1@i02/2016/063/i02.2016.063.19600030a.802.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.