Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

W wolnej chwili

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Podczas mojej rozmowy z australijską wokalistką Sarah Blasko przy okazji promocji jej poprzedniej płyty "I Awake" trzy lata temu bohaterka najchętniej opowiadała o swojej miłości do stylu, muzyki i designu retro. Swoim najnowszym albumem "Eternal Return" też daje dowód fascynacji światem sprzed kilku dekad. Piąty krążek Blasko wypełniła w dużej mierze dźwiękami charakterystycznego dla lat 80., popularnego wtedy syntezatorowego popu. Bywa tu dynamiczna i przebojowa jak rzadko kiedy. Numery "Better with You" czy " Id Be Lost" mogłyby spokojnie powstać w czasie szaleństwa dokonaniami Human Leauge albo Spandau Ballet. Jednak Blasko czaruje swoim głosem najmocniej w stonowanych balladach, w których można usłyszeć chociażby pianino, ukulele i saksofon. Jej piąty album słusznie otrzymuje na świecie pozytywne recenzje. Nie jest to zestaw stadionowych hitów, ale umiejętności stworzenia wzruszającego klimatu Sarah nie można odmówić. To jedna z jej najlepszych płyt. Oby udało się jej przyjechać z "Eternal Return" do Polski.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2016/049/i02.2016.049.19600080b.804.jpg@RY2@

Za tą formacją o trudnej do wymówienia i zapamiętania nazwie stoją ważne postaci współczesnej muzyki. Ben Lanz, znany z projektu Beirut oraz współpracy z Sufjanem Stevensem, Sharon Van Etten i The National, a także bracia Scott i Bryan Devendorf z The National. Materiał został zarejestrowany w kościele w zaledwie niecałe trzy dni i składają się na niego skrócone wersje w dużej mierze improwizowanych kompozycji. Jest numer trwający tylko 75 sekund, ale też taki, który trwa ponad siedem minut. Równie co długość zróżnicowana jest jakość, a raczej ilość psychodeli na płycie. Najbardziej przyswajalny jest chyba "Beneath the Black Sea" w klimacie Joy Division. Postpunkowe reminiscencje pojawiają się też w innych kompozycjach. Jest poza tym noise, synthpop, mrok i nutka melancholii. Wydaje się jednak, że niektóre numery brzmiałyby lepiej w krótszych wersjach niż na płycie. Być może też live ten projekt wciągnąłby mnie od razu. Jak na razie, po paru przesłuchaniach, w stu procentach jeszcze nie przekonał. Na pewno warto jednak dać mu szansę.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2016/049/i02.2016.049.19600080b.805.jpg@RY2@

Kolejny interesujący debiut na naszej scenie. Kamil Zawiślak jako Milky Wishlake wydaje pierwszą płytę długogrającą. Sam ją napisał (muzyka i teksty), sam zaśpiewał. Wsparli go perkusista Łukasz Moskal (pracował m.in. z Kasią Nosowską) oraz wokaliści Oly. i Dawid Podsiadło. Mieszający pop w klimacie lat 80., elektronikę i neo-soul materiał na "Wait for Us" został doskonale wyprodukowany, a wokal Zawiślaka dobrze sprawdza się wśród tych przestrzennych dźwięków. Szczególnie w dynamicznych numerach "Enough" i "Future for Me". Muzyk, który już ma za sobą koncerty na Spring Break Festival w Poznaniu i gdyńskim Openerze, świadomie i pewnie używa swojego głosu i dobiera dźwięki. W zasadzie trudno się na płycie "Wait for Us" do czegoś przyczepić. I trochę szkoda. Bo przez to materiał wydaje się bezpieczny, bez fajerwerków i mało zapadający w pamięć. To bardzo przyzwoita płyta, ale takich na naszym rynku jest ostatnio sporo. Może dwa lata temu wywołałaby większe poruszenie. Milky Wishlake nie musi się jej jednak absolutnie wstydzić.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2016/049/i02.2016.049.19600080b.806.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.