Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Literackie nowości

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

Sopranistki są złe jeśli nie z natury, to przynajmniej z przyzwyczajenia, zawsze gotowe zaszkodzić konkurentce, kapryśne i ogólnie nieznośne - ironizuje Renée Fleming, znakomita sopranistka, w ostatnich latach największa gwiazda światowej opery. I bez ustanku myślą o swoim głosie, o którym - jak zauważa - ludzie mówią tak, jakby był osobą, czymś (kimś) całkowicie oddzielonym od "nosicielki", czyli artystki.

Autobiografia Fleming - wbrew nieco egzaltowanemu tytułowi - jest inna, niż można by się spodziewać. To nie cukierkowa historia pożądanej na całym świecie już od lat diwy. To po pierwsze biografia głosu, przez co rozumiem, że fakty z życia autorki podawane są nie po to, by ta mogła się wygadać, lecz by wyjaśnić ich wpływ na jej głos i sztukę wokalną (bo to nie to samo). A ten jest ogromny i nie ogranicza się do banału, że talent wespół z pięknym głosem to tylko podstawa, a i ciężka praca na nic się nie zda bez łutu szczęścia, choćby spotkania na swojej drodze odpowiednich na każdy etap nauczycieli, a nawet - o zgrozo - impresariów czy menedżerów w wytwórniach płytowych. Renée Fleming mówi o swojej drodze życiowo-artystycznej szczerze, nie unikając tematów trudnych, jak depresja, albo praktycznych, jak planowanie budżetu i podpisywanie kontraktów. Przyznaje się też do tego, że zbyt skupiała się na pięknie brzmienia i dopiero krytycy zwrócili jej uwagę na konieczność większej pracy nad wyrazem (krytykom się też dostaje, bo podobno potem zaczęli twierdzić wręcz odwrotnie).

Książka Fleming powinna być obowiązkową lekturą na wszystkich wydziałach uczelni artystycznych. Nie tylko na wokalnym. Dla miłośników śpiewu może być znakomitą lekturą uzupełniającą - dodatkiem do muzyki, który pokaże podziwianą gwiazdę z zupełnie innej strony.

@RY1@i02/2016/009/i02.2016.009.196000600.804.jpg@RY2@

Maciej Weryński

W idealnym świecie, zanim internet dopuściłby do publikacji wypowiedź na temat Państwa Islamskiego, uchodźców czy sytuacji w Syrii, najpierw zweryfikowałby u użytkownika znajomość książki Benjamina Halla. Nie, nie dlatego, że prezentuje ona na ten temat "jedyną słuszną prawdę". Nie o to chodzi. Autor, choć dysponuje wiedzą i doświadczeniem, nie próbuje narzucać swoich sądów ani opinii. Rzetelnie analizuje to, co dzieje się aktualnie na Bliskim Wschodzie, tłumacząc wieloletnie, skomplikowane procesy, które wpłynęły na dzisiejszy kształt zdarzeń. Wskazuje na błędy zarówno Zachodu, jak i Wschodu. Zamiast straszyć konsekwencjami działania i rekrutowania bojowników przez Państwo Islamskie wskazuje na tych, którzy mają w jego istnieniu i działaniu swoje interesy. Próbuje pokazać, co się stanie, jeśli dalej będziemy myśleć stereotypami i wrzucać wszystkich muzułmanów do jednego worka. Tłumaczy, kto jest kim na szachownicy, a poszczególne ruchy figur opisuje z werwą charakterystyczną dla twórcy najlepszych powieści fabularnych. Oczywiście, Hall nie ma możliwości przewidywania konsekwencji długoterminowych. Jego "Państwo Islamskie" pisane jest na gorąco. Tak naprawdę próbuje ująć w ramy książki proces, który właśnie się dzieje. Niektóre podane przez dziennikarza fakty mają już dziś inny skutek i inną ocenę. Mimo to jego praca jest na razie najlepszym kompendium wiedzy na temat ISIS, które ukazało się w Polsce. Nawet kiedy cierpi na za bardzo emocjonalny - czemu trudno się w gruncie rzeczy dziwić - stosunek autora do opisywanych wydarzeń (sporą część książki zajmują opisy losów dziennikarzy straconych przez ISIS), nie ucieka się do emocjonalnego szantażu ani próby podburzania czytelnika. Hall daje wiedzę, dzięki której sami możemy dodać dwa do dwóch.

@RY1@i02/2016/009/i02.2016.009.196000600.805.jpg@RY2@

Artur Zaborski

"W każdym tekście starał się nas nieco obrazić" - pisze o Brodskim Irena Grudzińska-Gross w przedmowie do ostatniego tomu esejów wznowionego z okazji 20. rocznicy śmierci poety. Istotnie, w swoich tekstach Brodski okazuje się daleki od schlebiania czytelnikom. Chętniej stawia nas w niewygodnym położeniu - z przekorą skłania do rewidowania poglądów, rozbraja schematy i komunały, które tak łatwo przyjmuje się za pewnik. Bywa prowokacyjny, a nawet arogancki, choć zawsze z niejakim wdziękiem. W esejach zgromadzonych w tomie "Pochwała nudy" odnajdziemy m.in. garść powojennych wspomnień, wykłady dla studentów i absolwentów uniwersytetu w Ann Arbor, polemikę z Václavem Havlem, list do Horacego i szkic o Marku Aureliuszu. Ma rację Grudzińska-Gross, zauważając, że Brodski jak ognia bał się przewidywalności, a wieczne pragnienie jej unikania można uznać za jedyną regułę, jaką rządzą się szkice noblisty. Prawdą jest i to, że często szedł na przekór stawianym mu oczekiwaniom. Czy młodym ludziom mającym opuścić uniwersyteckie mury warto opowiadać o nudzie? Czy należy bezlitośnie pozbawiać ich złudzeń, dowodząc, że upływ czasu niesie ze sobą powtarzalność, ta zaś musi wieść do melancholii? Czy list otwarty do Václava Havla, rozpoczynający się zapewnieniem o wspólnocie dwóch ludzi pióra, którzy większą część życia spędzili w krajach objętych reżimem, musi zakończyć się tyradą przeciwko zbyt łatwowiernemu stawianiu się mieszkańców krajów postkomunistycznych w pozycji ofiar? W przypadku Brodskiego na wszystkie pytania należy odpowiedzieć twierdząco. Noblista zaciekle broni się przed banałem, sentymentalizmem i uładzonymi formułami, które znaczą niewiele.

@RY1@i02/2016/009/i02.2016.009.196000600.806.jpg@RY2@

Malwina Wapińska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.