Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Fryzjer Eltona Johna będzie zachwycony

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Mniej więcej 15-20 lat temu producenci luksusowych, bardzo drogich rzeczy dostrzegli pewien problem - sprzedaż zatrzymała się w miejscu. Nigdy nie była duża, a jeszcze przestała rosnąć. A w pewnych przypadkach nawet spadała. Po prostu grupa najzamożniejszych mieszkańców Ziemi miała już szuflady wypchane ręcznie robionymi zegarkami po kilkadziesiąt i kilkaset tysięcy dolarów, garaże pełne ultradrogich samochodów w limitowanych seriach i sejfy pękające w szwach od biżuterii Cartiera.

Koncerny doszły do wniosku, że - aby się rozwijać - muszą stworzyć nową grupę produktów. Również luksusowych, ale tańszych - skierowanych do nieco biedniejszych klientów. "Biedniejszych" nie znaczy, że biednych. Pochodzili z klasy aspirującej - mieli już dużo pieniędzy, ale nie na tyle dużo, żeby kupić sobie np. porsche 911 cabrio, więc Niemcy wymyślili dla nich boxstera, a później caymana. Nagle okazało się, że mniej więcej za połowę ceny prawdziwego porsche można było stać się właścicielem... prawdziwego porsche. Taki sam mechanizm można było podpatrzyć w innych segmentach branży zajmującej się dobrami luksusowymi. Na przykład producenci zegarków zaczęli wypuszczać na rynek modele wycenione tak, aby mógł sobie na nie pozwolić bankowiec najniższego szczebla z londyńskiego City. W ten sposób podkreślał, że jest "aspirującym" młodym Berniem Madoffem.

Jednak najwyraźniej tendencja potaniania drogich rzeczy widoczna jest w świecie motoryzacji. Nie oparł się jej nawet Rolls-Royce, który ma w ofercie model Wraith, czyli małego Phantoma. Tak, dobrze słyszeliście: legendarny Rolls zbudował samochód dla trochę biedniejszych milionerów. A Audi postanowiło stworzyć supersportowy model R8 dla klientów, których nie stać na R8. Mówię tu o TT RS, którym jeździłem w ubiegłym tygodniu. Wielokrotnie słyszałem, że to "małe R8". Szybkie, zwrotne, zadziorne, doskonale trzymające się drogi etc. Spotkałem się nawet z opinią, że to tak dobry samochód, że kupując droższe o prawie 500 tys. zł R8, popełnia się najgłupszy błąd w życiu. Zerknąłem do danych fabrycznych i okazało się, że TT RS przyspiesza do setki w 3,7 sekundy - tylko o 0,2 sekundy wolniej od R8! Ma za to znacznie większy niż ono bagażnik, mieści cztery, a nie tylko dwie osoby i zużywa znacznie mniej paliwa. Prędkość maksymalna została co prawda ograniczona do 250 km/h, ale jestem pewien, że w pierwszym lepszym serwisie zdejmą wam tę elektroniczną smycz, a wówczas wasz ogar zbliży się bez większego trudu do 280, 290, a może i 300 km/h. Wszystko to sprawia, że o TT RS faktycznie możecie myśleć jak o Baby R8.

Przykro mi bardzo, ale to jedna wielka bzdura. To jak stwierdzenie, że kuter rybacki "Halina" z Ustki to mniejszy i tańszy odpowiednik lotniskowca USS Nimitz. R8 jest obezwładniające w każdym calu - rewelacyjnie wygląda, przepięknie brzmi, jeździ jak opętane, ma doskonale zestrojone zawieszenie, wspaniale zaprojektowane wnętrze i dziesięciocylindrowy wolnossący silnik w ułamku sekundy wkręcający się powyżej 7 tys. obrotów na minutę. Mniej więcej rok temu jeździłem tym samochodem przez tydzień i byłem nim zachwycony - nawet nie tyle jego osiągami, co uniwersalnością. Potrafiło jeździć cicho, spokojnie i komfortowo, a w jednej chwili zamieniało się w potwora wylewającego na was wiadra endorfin i adrenaliny. Tymczasem TT RS jest... Cóż, szczerze mówiąc, jest beznadziejne. Głośne, twarde, małe, męczące jak głodne i cierpiące na kolkę niemowlę. Owszem, na torze potrafi dać mnóstwo frajdy, ale przyznajcie sami - ile razy zabierzecie je na ten tor? Raz w roku? Dwa razy? To jak kupowanie całego kina, żeby dwa razy w roku obejrzeć sobie jakiś film. Zupełnie bez sensu.

Wierzcie mi - w codziennym użytkowaniu już po 50 km w TT RS będziecie po prostu wyczerpani. Jakby każdy z 400 koni okładał was kopytami. Wcześniej wspomniałem, że mieści cztery osoby, ale w gruncie rzeczy na pokład zabrać możecie dwójkę dorosłych i dwójkę bardzo małych dzieci. I to bez fotelików. Oraz bez nóżek i rączek. Tak mało miejsca jest z tyłu tego coupe. Poza tym okropnie niewygodnie się do niego wsiada i z niego wysiada. Pewnego dnia musiałem udać się do Poznania i wierzcie mi - gdy tylko wyobraziłem sobie, co to auto zrobi z moją psychiką i ciałem na dystansie 600 km, wybrałem pociąg.

Jeżeli korci was, by kupić sobie jakiś mały sportowy samochód, wybierzcie... audi. Ale RS3. Również ma 400 koni, jest niemal tak samo szybkie i dużo, dużo, naprawdę dużo praktyczniejsze. Bardziej komfortowe, cichsze, ma przyjaźniej zestrojone zawieszenie, solidny bagażnik, cztery pełnowartościowe miejsca w kabinie (plus piąte awaryjne po środku tylnej kanapy). Przesiadłem się do niego prosto z TT i naprawdę bardzo mi się spodobało. Przy normalnej jeździe autostradą pali raptem 8-9 l paliwa, a prowadzi się wręcz relaksująco. I kosztuje aż 60 tys. zł mniej niż TT z identycznym wyposażeniem.

Przede wszystkim jednak w RS3 nie będziecie wyglądali jak fryzjer Eltona Johna. Bo jest po prostu bardzo dobrym, szybkim kompaktowym audi, a nie pretensjonalną zabawką dla pracowników londyńskiego City, którzy mają tego samego stylistę co Johnny Bravo. Kupując RS3, pokazujecie, że umiecie jeździć, jesteście dojrzali i macie jaja. Wybierając TT RS, dowodzicie, że bardzo chcielibyście je mieć, ale nigdy wam nie wyrosły. Że chcielibyście mieć R8, ale w gruncie rzeczy nigdy do niego nie dorośniecie.

@RY1@i02/2017/204/i02.2017.204.00000330a.801.jpg@RY2@

@RY1@i02/2017/204/i02.2017.204.00000330a.802.jpg@RY2@

fot. mat. prasowe

Audi TT RS i RS3

@RY1@i02/2017/204/i02.2017.204.00000330a.803.jpg@RY2@

Łukasz Bąk

szef sekretariatu redakcji

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.