Szaman blues
BLUES ROCK John Porter i Adam Nergal Darski połączyli siły w projekcie Me And That Man. Jak doszło do tego niezwykłego muzycznego spotkania?
Jest 2012 rok, spotykacie się na płycie Macieja Maleńczuka "Psychocountry". Jednak tylko wirtualnie, bo mijacie się w studiu. Kto potem pierwszy podnosi słuchawkę, dzwoni i mówi: "Cześć, może coś nagramy razem"?
Adam zadzwonił do mnie z propozycją spotkania absolutnie luźnego, na wspólny obiad, pogadania, poznania się. A że jestem raczej leniwy, to umówiliśmy się w restauracji obok mojego domu, żebym nie musiał daleko jeździć. Miałem wymówkę, bo tam jest naprawdę dobre jedzenie (śmiech).
Mamy tego samego wydawcę naszych płyt, solowych Johna i moich z Behemoth, dlatego dla mnie naturalne było poznanie się. Tak jak bym chciał poznać wszystkich mieszkańców wspólnego domu. Po prostu wypada zadzwonić, pogadać, a może coś się wydarzy. John przyniósł mi wówczas swoją nową płytę "Honey Trap". Pogadaliśmy, chociaż głównym tematem nie była muzyka. To ciekawe, ale jak spotkało się dwóch muzyków, to gadali głównie o książkach.
Co was najbardziej zbliżyło, a co różniło?
Mówiąc delikatnie, nie przepadam za muzyką metalową. Także bez bicia przyznałem Adamowi, że przebrnięcie przez nawet jedną płytę Behemoth jest dla mnie nie do zrobienia. Ale na szczęście Adam okazał się niezwykle inteligentnym partnerem, a to wcale nie zdarza się często u muzyków. Z mojego wieloletniego doświadczenia wynika, że doskonałość i bystrość w muzyce nie przekłada się na bystrość po koncertach czy nagrywaniu płyty. Rzadko można z muzykami porozmawiać na szerokie kulturowe tematy. Po moich koncertach bywało, że uciekałem od muzyków, bo zwyczajnie nie było szans na ciekawe rozmowy. Pewnie dlatego sporo osób myśli, że często bywam zmęczony i jestem gburem (śmiech).
Tak naprawdę naszą pierwszą wspólną fascynacją okazał się Charles Bukowski.
Uwielbiam jego literaturę, do tego bitników w stylu Jacka Kerouaca czy Williama S. Burroughsa.
John, na dzień dobry, przyniósł mi biografię Bukowskiego, którego czytam od lat. I co się szybko okazało. Nasza wspólna przyjaciółka, była menedżerka Johna, zdradziła, że mieli pomysł, by nagrać koncept album, tribute poświęcony Bukowskiemu właśnie.
Tytuły piosenek miały być zaczerpnięte z jego książek. Nawet na początku miałem śpiewać jego wiersze. Zaczęły się jednak komplikacje z prawami autorskimi i pomysł upadł.
Podchwyciłem ten pomysł i chciałem wcielić go w życie na wspólnej płycie z Johnem. Miała nawet nosić tytuł "Love is a dog from hell", tak jak nazwa zbioru wierszy Bukowskiego. Na okładce płyty miał być jego portret. Niestety wytwórnia nie zaakceptowała ani tytułu, ani okładki. Jego portret namalował świetny brytyjski artysta, muzyk i dziennikarz BBC Daniel P. Carter. Kiedy okazało się, że nie możemy mieć Bukowskiego na okładce, artysta przemalował go na portret swojego ojca. Po tym, jak opublikowaliśmy okładkę, i tak niektórzy zobaczyli na niej Bukowskiego, co nam oczywiście nie przeszkadza...
Kiedy zaczęliście wspólnie grać?
Zaprosiłem Adama do siebie i zaczęliśmy bawić się gitarami. "Shaman Blues" był pierwszym motywem, który zagraliśmy.
John spytał wtedy, czy mam jakieś teksty. Nie miałem.
Stąd pojawił się uniwersalny w takich przypadkach tekst "łuuuu". Tak nam się spodobało, że to "łuuuu" zostało momentami użyte w końcowej wersji "Shaman Blues" już na płycie.
Dlaczego nie miałeś swoich tekstów? Jesteś ich autorem w Behemocie.
W ogóle nie sądziłem, że będę na naszej płycie śpiewał. O czym na początku jeszcze Johnowi nie mówiłem, żeby się nie zniechęcił. Zasugerowałem: ty śpiewaj. Kiedy zaskoczył mnie tym piłkarskim zaśpiewem "łuuu", dołożyłem jednak swoje chórki. Zacząłem się otwierać, akcentować swoją obecność głosem. Ale kiedy przyniosłem do studia piosenkę "My Church Is Black", poprosiłem grzecznie Johna, żeby wyszedł na chwilę. Wolałem zostać sam, wstydziłem się zaśpiewać przy Johnie, któremu przecież muzyka w tym stylu jest bliska od kilku dekad. Kiedy odsłuchałem siebie po nagraniu, stwierdziłem, że efekt jest akceptowalny, a jestem bardzo krytyczny wobec swojego gardła. Skoro pierwszą reakcją było "fajnie, może mogę to robić", to znaczyło, że mogę Johna z powrotem zaprosić do studia (śmiech).
Wróciłem i już zostałem. Od tej pory nie musiałem wychodzić (śmiech).
Potem wychodziliście już razem i raz podobno doszło do małego pożaru?
Staram się dbać o szczegóły. Na przykład drukuję teksty, także dla Adama, i przynoszę na próby. Sporo poszło na nie papieru, bo na początku Adam pisał po 50 zwrotek na piosenkę. Rozłożyliśmy ładnie teksty w studiu i wtedy on wszedł ze swoimi świeczkami.
Starałem się zrobić atmosferę odpowiednią do tej muzyki. Studio, w którym nagrywaliśmy, ma jaskrawe kolory, żartobliwie nazywam je pizzerią. Starałem się to zmienić, bo dla mnie otoczka, klimat nagrywania są ważne. Zgasiliśmy światło i zapaliliśmy świecie. To też nie do końca działało, bo John nie widział tekstów (śmiech).
Kiedy w końcu poszliśmy na przerwę, zapomnieliśmy zgasić te świeczki. Po powrocie przywitał nas dym, prawie pożar. Trzeba było drukować teksty jeszcze raz.
Mówicie o wyjątkowej atmosferze w studiu, ale John, rozmawiając przy okazji premiery twojej ostatniej solowej płyty "Honey Trap", powiedziałeś: "w studiu nie ma demokracji". Jak wobec tego poradziliście sobie z tym w Me And That Man?
Po prostu pod wszystkim podpisujemy się razem. Choć oczywiście jak ja przychodziłem ze swoją piosenką, to miałem więcej do powiedzenia, i na odwrót.
John miał więcej "ale" w kwestiach produkcyjnych niż ja. Ja bardziej zająłem się stroną artystyczną i logistyczną. A praca w studiu, o której opowiadamy, to nie była jakaś wielka balanga. To mity, że tak wyglądają rockowe sesje. One wymagają przede wszystkim skupienia i obecności. Jak wymyślam piosenki, to też nie siedzę z kolegami przy piwie, tylko zazwyczaj na łóżku, prawie nagi, z gitarą. Sam. To intymne sytuacje. Zdarzały się jednak momenty, kiedy przez miasto przelatywała horda przyjaciół i ci wpadali do nas coś nagrać. Tak było na przykład z Kevem Foxem, Damianem Ukeje, Luną Bystrzanowską z zespołu Tranqulizer czy Czesławem Mozilem. Genialną solówkę na hammondzie, taką w doorsowskim stylu, w numerze "Better The Devil I Know" nagrał dla nas Michał Łapaj z Riverside. We wszystkich numerach zagrali z kolei Wojtek Mazolewski na basie i Łukasz Kumański na perkusji, którzy będą grali też z nami na koncertach. Także de facto powstał z tego kolektyw osobowości. Mówimy też o charakterze tej płyty, że jest łobuzerski, kolesiowski, niczym gang.
Jeśli chodzi o trudny moment naszej współpracy, to taki też nadszedł. Doszło do impasu, ale czysto ludzkiego. Zamiast jednak się obrażać albo lać po mordach, postanowiliśmy sobie wyjaśnić pewne rzeczy i go przejść. To też ważne, że go przeszliśmy, bo najgorsze jest zamiatać problemy pod dywan. Albo się żegnasz, albo chcesz to rozwiązać.
Przerobiliśmy problemy i poszliśmy dalej.
Ty, John, penetrowałeś znane dla siebie rejony mrocznego bluesa, grania spod znaku Leonarda Cohena, Nicka Cave’a, Madrugady. Nergal, takiej muzyki słuchasz od lat, ale jednak wejście w takie granie było dla ciebie nowością. Kto kogo bał się tu bardziej?
Fakt, że ja śpiewam tu o tym, o czym cały czas śpiewałem. Jemu było na pewno trudniej. Dla mnie to po prostu kolejny bardzo ciekawy eksperyment. One zawsze mnie cieszą, nie boję się ich.
To nie był strach, tylko zupełnie inna poetyka, także jeśli chodzi o pisanie tekstów. Dla mnie takie pisanie w stylu Johna było iluminacją totalną. Nagle okazało się, że piosenka może być prosta i mieć historię, ciąg przyczynowo-skutkowy. W życiu tak nie pisałem. W Behemocie teksty wypływały ze mnie, ale to nie były konkrety, zapisy historii. Tam teksty były bardziej zaawansowane, nad jedną linijką potrafiłem siedzieć godzinami, przeczytać wiele książek, żeby zrozumieć temat. A tu nagle mam pisać proste piosenki. Musiałem się odetkać. Takim pomostem między Behemothem a Me And That Man jest numer "My Church Is Black", który operuje metaforami bliskimi estetyce Behemotha.
Gdy na początku Adam wysyłał mi teksty, to wyglądały jak opowiadania. Musiał nauczyć się skracać.
Przez większość piosenek przewija się motyw przemieszczania się, drogi, co zresztą dla bluesa nie jest niczym nadzwyczajnym.
To może zabrzmi jak banał, ale życie jest drogą, od narodzin do śmierci. Plus to, co nas otacza, też żyje, nie stoi w miejscu. Droga równa się życie, jest jego metaforą. To poważny temat, tak jak miłość. Śpiewam o tym chociażby w "Ain’t Much Loving Anymore". To swoiste rozliczenie, zwrot do rodziców. Nadchodzi czas, kiedy trzeba podziękować im za miłość. Ale trzeba też postawić granicę: to jest teraz moja droga, dziękuję wam za cały bagaż emocji i doświadczeń, ale od tej pory idę sam. Niełatwo jest mówić takie rzeczy. Podobnej analizy nie zrobiłbym w piosence Behemotha. Tam nie ma linearnych historii. Czas jest wywrócony do góry nogami, razem z krzyżami. A tu te historie są sprowadzone do istoty życia, emocji z tym związanych, miłości, śmierci. Trochę jak u Bukowskiego: "znajdź coś, co kochasz, i niech cię to zabije".
Grając mrocznego bluesa w starym stylu, przeszukaliście też antykwariaty z gitarami z brzmieniem sprzed lat?
Wystarczyło rozejrzeć się po mieszkaniu (śmiech). Mam przecież klasyka Gretscha Tennessee Rose. Słychać go na płycie. Gram też na banjo, fenderze.
Z moją gitarą wiąże się, że tak powiem, droga historia. Mojej byłej dziewczynie piosenkarce puszczałem kiedyś jeden z moich ulubionych zespołów The Cult. Gra w nim genialny gitarzysta, Billy Duffy. Najczęściej ma w ręku White Falcona Gretscha. To mercedes wśród gitar. Pewnego dnia dostałem go od dziewczyny w prezencie. Żeby jednak było śmieszniej, częściej na płycie słychać drugiego White Falcona, którego przywiozłem ze Stanów. Kręciłem tam klip do numeru "Cross My Heart". W obłędnych rejonach Death Valley i parku Joshua Tree. Wymarzyła mi się na planie gitara Gretscha. Producenci zadzwonili do firmy i powiedzieli: jest taki i taki artysta, no i czy pożyczycie. I pożyczyli. Po ujęciach ruszyliśmy naszym wielkim pikapem i wtedy usłyszeliśmy zgrzyt. Przypomniałem sobie, że futerał z gitarą zostawiłem przed frontowymi kołami samochodu. Pikap rozjechał ją na części.
Rozumiem, że musiałeś kupić ją po zdjęciach.
Wróciła ze mną do Polski. Oddałem ją świetnemu lutnikowi z Wrocławia, panu Kameckiemu. Naprawa trwała kilka miesięcy, ale teraz gra i wygląda obłędnie. Stroi nawet lepiej niż ta pierwsza, bezwypadkowa. Może więc z nią zrobimy to samo? Tylko trzeba by to nakręcić. Mógłby być dobry materiał na klip.
Jesteście po europejskim press tourze. Co ciekawiło tamtejszych dziennikarzy?
Dla tej grupy, która mnie zna z Behemotha, to jest projekt ciekawostka, bo taka kolaboracja jest z mojej strony czymś nowym. A John też jest ciekawostką samą w sobie. Dziennikarze zgłębiają jego dyskografię, poznają go, co mnie bardzo cieszy, bo uważam go za wyjątkowego outsidera, wiarygodnego i bezkompromisowego.
Mnie też to cieszy.
@RY1@i02/2017/034/i02.2017.034.196000200.101(c).jpg@RY2@
fot. Oskar Szramka
Rozmawiał Wojciech Przylipiak
@RY1@i02/2017/034/i02.2017.034.196000200.102(c).gif@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu