Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

W wolnej chwili

Ten tekst przeczytasz w 6 minut

"Polski film roku" reklamuje "Ostatnią rodzinę" dystrybutor, ale wyjątkowo w tym haśle nie ma przesady. Opowieść o cokolwiek dysfunkcyjnej rodzinie Beksińskich być może nie zawsze pokrywa się z prawdą - zgodność scenariusza z faktami wzbudziła sporo kontrowersji - ale filmu Jana P. Matuszyńskiego (debiutanta!) nie należy przecież oglądać jako kina non-fiction, nawet jeśli forma naśladuje dokument. To raczej piorunująca impresja na temat rodzinnego piekiełka - starcia silnych, nieokiełznanych osobowości - wpisanego w szarzyznę polskiej codzienności. Ze świetnymi rolami Andrzeja Seweryna i Dawida Ogrodnika oraz wybitnym występem Aleksandry Koniecznej. Seans obowiązkowy.

komentarz reżysera i producentów, niewykorzystane sceny (również z komentarzem), making of i sporo innych drobiazgów, w tym galeria obrazów Zdzisława Beksińskiego. Do tego angielskie napisy, polskie dla niesłyszących oraz audiodeskrypcja. Światowy poziom.

Jakub Demiańczuk

@RY1@i02/2017/034/i02.2017.034.19600080b.805.jpg@RY2@

Na początku swojej kariery Jay Roach kręcił przeciętne komedie ("Poznaj moich rodziców" i seria o Austinie Powersie), ale z czasem przerzucił się na polityczne dramaty realizowane przede wszystkim dla HBO. I to był dobry ruch. "Do końca" opowiada o początkach prezydentury Lyndona B. Johnsona i skupia się przede wszystkim na jego skomplikowanych relacjach z Martinem Lutherem Kingiem. Filmowi Roacha ciąży nieco teatralny rodowód - scenariusz jest adaptacją broadwayowskiej sztuki i w gruncie rzeczy nie odkrywa przed widzami politycznych sekretów - ale ewentualne niedostatki wynagradza fenomenalna kreacja Bryana Cranstona. Johnson w jego wykonaniu jest pełen pychy i pogardy, które słabo maskują jego słabość i lęk przed odpowiedzialnością. Cranston dostał za tę rolę m.in. nominacje do Złotego Globu i Emmy - całkowicie zasłużenie.

dwa dokumenty, jeden z nich poświęcony przygotowaniom Cranstona do roli.

Jakub Demiańczuk

@RY1@i02/2017/034/i02.2017.034.19600080b.804.jpg@RY2@

Tydzień temu pisałem o moim nowym muzycznym odkryciu ostatnich tygodni, szalonym Delicate Stevie. Dzisiaj czas na kolejnego artystę, którego poznałem niedawno, a zawładnął mną na kilka dni i na pewno pozostanie ze mną na długo. To urodzony w Londynie, wychowany najpierw w Sudanie, a później w Stanach, Sinkane, naprawdę nazywający się Ahmed Gallab. Liczne rodzinne przenosiny spowodowały, że w jego muzyce, w tym na nowym albumie "Life & Livin It", rządzi wielokulturowość. Było to też zresztą słychać w imponującym projekcie Atomic Bomb! Band, w którym grał muzykę mistrza funku z Nigerii Williama Onyeabora. Robił to wraz z takimi gigantami jak Damon Albarn, David Byrne czy Joshua Redman. Na "Life & Livin It" też nie brakuje funku, do tego afrobeatu, analogowej elektroniki, soulu, elementów rockowych. Ta płyta równie dobrze pasowałaby do dusznych, dyskotekowych klubów z lat 70., jak i na dzisiejszą prywatkę. Słuchając jej, trudno powstrzymać się przed wyjściem na parkiet. Fantastyczny, bujający zestaw.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2017/034/i02.2017.034.19600080b.803.jpg@RY2@

Debiutancki krążek amerykańskiego żeńskiego tria MUNA. W opisach ich muzyki można znaleźć określenie "dark pop". Są też porównywane do siostrzanego tria Haim. Niespecjalnie te stwierdzenia pokrywają się z rzeczywistością, przynajmniej nie w pełni. MUNA bywa przeraźliwie plastikowa i wtórna, a jej chwytliwy pop jest nieznośny. Ale MUNA bywa też przyzwoicie synthpopowa, a Katie Gavin potrafi zachwycić swoim wokalem. Proste, oparte na mocnym bicie i delikatnych gitarach "End Of Desire" z niskim głosem Katie być może jest za bardzo dyskotekowe, ale fanów popowo-tanecznego grania a la lata 80. zadowoli. Z kolei w "Outro" panie z MUNA pokazują, że potrafią bawić się elektroniką niekoniecznie w tanecznym klimacie. Przed laty numer mógłby zostać nagrany przez Shakespears Sister. "About U" to z jednej strony materiał idealnie skrojony na popowy hit (nawiązania do lat 80., nowoczesne aranżacje, mroczna nuta w stylu Lany Del Rey). Z drugiej nie zdziwiłbym się, jakby zginął w zalewie podobnych electropopowych propozycji.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2017/034/i02.2017.034.19600080b.802.jpg@RY2@

Pustynny blues - tak w skrócie można nazwać muzykę malijskiego Tinariwen, laureatów Grammy, których na swoje koncerty zapraszali m.in. The Rolling Stones. Na swój nowy krążek "Elwan" zaprosili znakomitych gości. Na gitarze gra tu Kurt Vile znany chociażby z The War on Drugs, a przy mikrofonie stanął sam Mark Lanegan, były wokalista m.in. Queens of the Stone Age i Mad Season, mistrz mrocznego blues rocka. Są tu numery na wskroś przepełnione afrykańskimi rytmami, ale też takie, które mogłyby się znaleźć w dyskografii wspomnianego Lanegana. Jest w graniu Tinariwen szamański klimat, zarówno w kompozycjach prostych, opartych na przykład na dźwiękach kreowanych na flecie, jak i w rozbudowanych ponadpięciominutowych pasażach z mrocznymi gitarami w roli głównej. Szkoda, że jak na razie nie mają na tegorocznej trasie koncertowej polskiego przystanku.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2017/034/i02.2017.034.19600080b.801.jpg@RY2@

Więcej recenzji muzycznych i filmowych na stronie dziennik.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.