Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Ciemne strony księżyca

Ten tekst przeczytasz w 8 minut

SERIAL "Legion" to nietypowy superbohaterski serial, osadzony w realiach świata mutantów znanego z komiksów i filmów o X-Menach

Nieprzypadkowo jedna z głównych postaci "Legionu" nosi imię Syd Barret - producent, scenarzysta i reżyser Noah Hawley, dumając nad nowym projektem, słuchał namiętnie Pink Floyd. Oto jego subtelny hołd złożony legendarnemu muzykowi, swojego czasu podejrzewanemu o problemy psychiczne. Bo fabuła opartego na komiksach Marvela serialu orbituje wokół schizofrenii, jaką zdiagnozowano u niejakiego Davida Hallera. Kto dobrze zna komiksy z mutantami albo po prostu przeczytał dowolną zapowiedź serialu, ten zapamiętał, że jest to nie kto inny jak syn Charlesa Xaviera, obdarzonego mocą telepatii szefa X-Menów. Haller nieświadomy jest drzemiących w nim zdolności i od młodych lat tuła się po zakładach dla umysłowo chorych. Aby grający tę rolę Dan Stevens (znany z "Downtown Abbey" oraz filmu "Gość") lepiej zrozumiał swoją postać, Hawley przygotował dla aktora specjalną playlistę z psychodelicznymi utworami. Oczywiście przetykaną kawałkami Pink Floyd.

Żeby fabuła mogła ruszyć naprzód, Haller - który zapewne dopiero z czasem zyska przydomek Legion, będący odwołaniem do rozmaitych osobowości pałętających się po jego umyśle - musi wymknąć się za szpitalne mury. I tutaj na scenę wkracza rzeczona Syd (w tej roli importowana przez Hawleya z jego serialu "Fargo" Rachel Keller) oraz ledwie w premierowym odcinku zarysowani mutanci z jej paczki, których cele pozostają tajemnicą. Znakomicie rozegrana jest zresztą relacja Hallera z Syd, nie ma tutaj romansu, który ciągnął się będzie całymi sezonami, już jest powiedziane, że się kochają i skoczą za sobą w ogień. Znajomość tę komplikuje jednak problematyczna zdolność mutantki, wystarczy bowiem jedno muśnięcie jej skóry, a jaźń delikwenta przeskakuje do ciała kobiety. I vice versa. A o dziwo to właśnie Syd wprowadza do intencjonalnie anarchicznego serialu pewien constans, to ona jest ostoją i Hallera, i widza, gdyż "Legion" opowiedziany jest z punktu widzenia tytułowego bohatera, cokolwiek nierzetelnego narratora.

Już pierwszy odcinek wskazuje, że nie mamy do czynienia z odbitym od sztancy produktem jadącym na atrakcyjnej licencji zahaczającej o światek X-Menów. Hawley eksperymentuje chociażby z sekwencją taneczną, mąci, kusi i, a jakże, również błądzi, bo taka jest cena brawury, choć czasem daninę tę warto złożyć. Bo nie można "Legionowi" zarzucić zachowawczości. Nie służy mu co prawda finałowa scena akcji i pozostaje liczyć na to, że dalszy ciąg skupiał się będzie nie na efekciarstwie i bitkach z udziałem nadludzi, lecz Hawley, który udowodnił już przy "Fargo", że potrafi znakomicie poprowadzić historię, umie wyjść na przekór oczekiwaniom odbiorcy. A w tym przypadku nie jest przeciążony komiksowym oryginałem, bo Legion to postać tyleż interesująca, co marginalna i znana chyba tylko wytrwałym komiksowym wyjadaczom. Syd z kolei została stworzona na potrzeby serialu i mówi to samo za siebie: najpewniej nie będzie dane zobaczyć telewizyjnych mutantów obok ich kolegów i koleżanek znanych z dużego ekranu, chyba że stworzone zostanie istne równoległe uniwersum istniejące obok rozbuchanych kinowych historii.

Komiksowy Legion jest antybohaterem, postacią niejednoznaczną. Haller, jak dotąd, również pozostaje niedookreślony. Tak jak i cały serial. Można jedynie gdybać, jaki kierunek obierze Hawley, bo zostawił sobie niejedną furtkę. Forma dziwacznego tripu ustępuje gwałtownym powrotom do rzeczywistości i pozostaje pytanie, na którą stronę przechyli się szala. Czy odkrywając swoje moce Legion będzie potrafił je okiełznać, czy osunie się w szaleństwo? Powie nam o tym nieprzerwanie korespondujący ze stanem emocjonalnym i psychicznym Hallera przyjęty sposób narracji, czasem składny, czasem rwany. Zdaje się, że Hawleyowi udało się wyminąć ślady pozostawione zarówno przez kinowe filmy Marvela, jak i seriale Netflixa oraz te realizowane na licencjach Detective Comics i pójść drogą autorską. Po prostu czuć, że to serial faceta od "Fargo".

Dlatego wydaje się, że w tym przypadku łatka produktu na licencji komiksu może "Legionowi" zaszkodzić, bo, jak na razie, nie kłania się on pewnym gatunkowym schematom od nich przez znaczną część publiki wymaganym. Ale nie musi. Czytelnicy opowieści z superbohaterami, choć lubią piosenki, które znają, nie są tak konserwatywni, jak częstokroć sugerują internetowe kłótnie i potrafią docenić nowe kawałki. Szczególnie covery Pink Floyd w wykonaniu niedoszłych X-Menów.

@RY1@i02/2017/024/i02.2017.024.196000400.801.jpg@RY2@

fot. Fox

Jedną z ważnych drugoplanowych ról zagrała w "Legionie" Aubrey Plaza

Bartosz Czartoryski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.