W wolnej chwili
Kilka lat temu Frank Carter był liderem formacji Gallows, która bardzo dobrze radziła sobie na scenie łącząc drapieżny hard rock z punkowym szaleństwem. Dzisiaj Frank ma jeszcze więcej tatuaży niż wtedy, ale gra jakby łagodniej. Pod szyldem Frank Carter and The Rattlesnakes wydał właśnie drugą płytę, "Modern Ruin". Są tu co prawda energetyczne, ostre i solidne momenty, jak zaledwie niespełna minutowy "Jackals", tytułowy "Modern Ruin" z ciężkimi gitarami i Carterem wrzeszczącym, jakby chciał dźwiękami rozwalić studio, albo rytmiczny "Lullabby", którym stadionową publiczność mogłaby podbić grupa Muse. Jednak Carter w łagodniejszym wydaniu jest nie mniej przekonujący, jak w minutowej balladzie "Bluebelle" z prostym tekstem "The worst that can happen is you die". Z tym materiałem muzyk pasowałby do składu katowickiego Off Festivalu. Na razie zostaje posłuchać "Modern Ruin" w domu. Mocne, rockowe otwarcie tego roku.
Wojciech Przylipiak
@RY1@i02/2017/019/i02.2017.019.19600080b.801.jpg@RY2@
Najpierw był spektakl. Premiera "Boogie Street" według pomysłu tłumacza poezji Cohena, Daniela Wyszogrodzkiego, odbyła się we wrześniu 2016 r. w Teatrze Starym w Lublinie. W rolach głównych wystąpili Renata Przemyk i Wojciech Leonowicz. Teraz przyszedł czas na płytę z piosenkami wykorzystanymi na scenie. Album jest zapewne jednym z wielu, które po śmierci legendarnego barda przypomną nam jego twórczość. Tu jednak nie usłyszycie przerobionych już chyba na wszystkie sposoby klasyków typu "Dance Me to the End of Love" albo "Hallelujah". "Boogie Street" jest okazją do odkrycia mniej znanej twórczości Cohena. To kompozycje z płyt Kanadyjczyka z lat 2001 i 2004. Znakomity głos Renaty Przemyk sprawdził się szczególnie w najbardziej jazzowych aranżacjach Krzysztofa Herdzina, "Na pocałunków dnie" albo "Ponad mrokiem rzek". Niespecjalnie przekonują mnie za to kompozycje z wokalnym damsko-męskim dwugłosem. Ale najsłabszym ogniwem płyty jest projekt okładki genialnego przecież Rosława Szaybo.
Wojciech Przylipiak
@RY1@i02/2017/019/i02.2017.019.19600080b.802.jpg@RY2@
Przyznam, że do czasu włączenia płyty "Hang" nazwa Foxygen, mimo że działają ponad 10 lat, niewiele mi mówiła. Swoim nowym albumem kupili mnie już jednak od pierwszych sekund. W zasadzie trudno nazwać to, co gra ten duet z Kalifornii. Raz brzmią jak Stonesi z lat 70., niektóre zagrywki są beatlesowskie, słychać echa twórczości Davida Bowiego albo Lou Reeda, a wszystko w formie pastiszu momentami przypominającego piosenki Monty Pythona. Taki miks przeróżnych form wypełnia chociażby numer "Avalon". To takie wczesne rock’n’rollowe, jazzowe szaleństwo w duchu nurtu Tin Pan Alley - popularnego na Manhattanie początku XX wieku rodzaju przyjemnej, lekkiej muzyki rozrywkowej. Niektóre numery brzmią tu jakby z widowisk retro na Broadwayu, są bardzo aktorskie, momentami kabaretowe. Mimo niespecjalnego nowatorstwa jest w muzyce Foxygen jakaś wolność, absolutne otwarcie artystyczne, luz i zabawa graniem, która mnie zachwyca od pierwszej do ostatniej kompozycji. Gdyby tylko mieli zagrać w Polsce koncert, kupiłbym bilet jako pierwszy.
Wojciech Przylipiak
@RY1@i02/2017/019/i02.2017.019.19600080b.803.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu