Świat kręci się wokół religii
LITERATURA PIĘKNA Okazuje się, że bogowie i zwierzęta w moich książkach całkiem dobrze się ze sobą dogadują - mówi Yann Martel. Kanadyjski autor bestsellerowego "Życia Pi" powraca z nową powieścią "Wysokie góry Portugalii"
Już piętnaście lat temu, kiedy "Życie Pi" osiągnęło tak wielki sukces, opowiadał pan w wywiadach o rozpoczętej i niedokończonej powieści, której akcja miała rozgrywać się na Półwyspie Iberyjskim. Miał pan na myśli "Wysokie góry Portugalii"?
Tak. Pomysł na powieść, rozgrywającą się w Portugalii, dojrzewał we mnie od bardzo długiego czasu.
Nie prościej było pisać o Kanadzie - kraju, w którym się pan urodził i wychował?
Moi rodzice byli dyplomatami. Kiedy miałem dwadzieścia lat, na jakiś czas wysłano ich do Hiszpanii. Miałem ich odwiedzić w wakacje, ale zamiast lecieć bezpośrednio do Madrytu, postanowiłem trochę pozwiedzać okolice. Poleciałem więc najpierw do Lizbony i spędziłem około trzech tygodni w Portugalii. To był pierwszy raz, kiedy podróżowałem sam. Byłem kompletnie zdany na siebie w tym niezwykłym europejskim otoczeniu, które mnie urzekło. Po wakacjach wróciłem do Kanady na uniwersytet.
Już wtedy zaczynał pan pisać?
Próbowałem. Nie byłem w tym dobry, ale interesowało mnie pisanie. Zacząłem pisać powieść i poszukiwałem dla niej miejsca akcji. Pomyślałem - dlaczego nie Portugalia, z której właśnie wróciłem? To piękny kraj, który mnie zachwycił. Ale pisanie nie szło mi dobrze. Nie byłem jeszcze odpowiednio dojrzały - ani jako człowiek, ani jako pisarz. Odłożyłem swoją portugalską powieść na później.
A potem pojechał pan do Indii, gdzie narodził się pomysł na "Życie Pi"...
Jak na nasze standardy Indie nie są drogim krajem. Mogłem sobie pozwolić na to, żeby tam trochę pomieszkać, ale cały czas myślałem o swojej portugalskiej powieści. Zabrałem do Indii wszystkie swoje notatki, ale wciąż nie udawało mi się napisać niczego wartościowego. Po prostu mi nie szło. Wtedy zacząłem pisać "Życie Pi" i okazało się, że ta książka mi się udała. Wydane teraz "Wysokie góry Portugalii" są wynikiem trzeciego podejścia. Z pierwszej wersji, kiedy miałem dwadzieścia lat, pozostało zaledwie kilka elementów.
Już kilkanaście lat temu pytano pana, dlaczego tak bardzo fascynuje pana temat wiary i religii. "Wysokie góry Portugalii" dowodzą, że ta fascynacja nie osłabła.
To kontynuacja fascynacji, która dała o sobie znać, kiedy pisałem "Życie Pi". Moje korzenie rodzinne są zupełnie antyreligijne. Kiedy byłem dzieckiem, moi rodzice nigdy nie chodzili do kościoła. Quebec, podobnie jak Polska, był tradycyjnie bardzo katolicki. Ale w latach 60. doszło do tak zwanej cichej rewolucji. W ciągu zaledwie kilku lat niemal wszyscy odwrócili się od Kościoła. Quebec stał się bardzo laickim, bardzo antyreligijnym i antyklerykalnym regionem. Moi rodzice są dziećmi "cichej rewolucji", byli w tym czasie dwudziestoparolatkami. W moim domu kwestia religii nie istniała. Uważało się, że jej miejsce powinna zająć sztuka. Obaj z bratem byliśmy zachęcani do czytania, rodzice zabierali nas do muzeów, podsuwali muzykę do słuchania. Uważali, że to są narzędzia, które powinniśmy zdobyć, żeby stać się wartościowymi ludźmi. Studiowałem filozofię, miałem więc bardzo laickie podejście do religii. A potem, będąc po trzydziestce, po raz pierwszy pojechałem do Indii. To oszałamiający kraj, zamieszkany przez ponad miliard ludzi. Starożytna cywilizacja, mieszanka niemal wszystkich kultur i ponad dwustu języków. Kiedy tam byłem po raz pierwszy, zacząłem przyglądać się hinduizmowi i dostrzegać rzeczy, które wcześniej mnie nie obchodziły.
Doszedł pan do wniosku, że czegoś w tym wszechstronnym wykształceniu, jakie pan odebrał, jednak zabrakło?
Pomyślałem, że przecież świat kręci się wokół religii. Niezależnie od triumfu nauki, technologii, rozumu, faktu, że człowiek stanął na Księżycu, a w naszym życiu są wszechobecne komputery, ludzie wciąż wierzą w Boga. Dlaczego tak się dzieje? Zacząłem się tym interesować i dlatego napisałem "Życie Pi".
No tak, ale tytułowy Pi jest zwolennikiem ekumenizmu - wyznaje hinduizm, chrześcijaństwo i islam. Umieszczając akcję ostatniej powieści w Portugalii, siłą rzeczy koncentruje się pan wokół bardzo tradycyjnie pojmowanego katolicyzmu.
Podejście "ekumeniczne" mogło zadziałać tylko raz. Nie chciałem kopiować tego pomysłu, bo to by oznaczało, że się powtarzam. Powód, dla którego tym razem wybrałem chrześcijaństwo, a ściślej katolicyzm, jest jedynie taki, że z tą religią jestem najlepiej zaznajomiony. Jestem pisarzem z Zachodu, a chrześcijaństwo w zachodniej cywilizacji jest silnie zakorzenione, nawet jeśli teraz się to zmienia. Tym, co ciekawi mnie w chrześcijaństwie w porównaniu do innych religii, jest stopień, w jakim tutaj Bóg zbliża się do człowieka. Tylko w chrześcijaństwie Bóg staje się człowiekiem. Czegoś takiego nie ma w islamie. Pomimo że Allach kocha ludzi, nigdy nie staje się jednym z nich. W hinduizmie z kolei mamy bogów, którzy potrafią przyjmować ludzką postać, ale wciąż jest absolutnie jasne, że pozostają bogami. W hinduizmie bogowie nie cierpią, nie doznają ran, ani upokorzeń, a już na pewno nie są zabijani. To dlatego chrześcijaństwo zaintrygowało mnie w szczególny sposób.
Wizja ukrzyżowanego szympansa na kościelnym ołtarzu, jaka pojawia się w "Wysokich górach Portugalii", to herezja czy raczej poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jak daleko nam do boskości, a jak blisko nam do zwierząt?
Jeśli przyjrzymy się wyobrażeniom chrześcijaństwa o Bogu, który staje się człowiekiem, to możemy stwierdzić, że w jakimś stopniu Chrystus staje się również zwierzęciem. Szympans dzieli 90,04 procent naszego materiału genetycznego. Tak więc Bóg na krzyżu jest także kimś, kto dzieli materiał genetyczny z każdą istotą żywą na świecie. Idea umieszczenia na krzyżu szympansa jest próbą powiedzenia: nie tylko ludzkość cierpi tak jak cierpiał Bóg, ale wszystkie inne gatunki zwierząt.
To ciekawe, że w pańskich powieściach bogowie pojawiają się równie często jak zwierzęta...
Ktoś mógłby powiedzieć, że to absurd - zoologia i religia nie mają przecież ze sobą nic wspólnego. Ale okazuje się, że bogowie i zwierzęta w moich książkach całkiem dobrze się ze sobą dogadują. Kiedy przyjrzeć się starym religiom, to ciekawe okazuje się, jak wiele pojawia się w nich zwierząt. Stary Testament jest pełen zwierząt, podobnie jak hinduizm. Przypomnijmy sobie o tych wszystkich mitycznych bóstwach ze zwierzęcymi głowami lub korpusami. Poznaliśmy siebie dość dobrze jako gatunek ludzki. Ale kiedy patrzysz na zwierzę, choćby na psa czy kota, wyczuwasz jakąś tajemnicę. Nigdy nie dowiesz się, co myśli zwierzę. Nie mamy pojęcia, jak to przebiega, nawet jeśli na zwierzętach przeprowadzono mnóstwo badań. Możemy tylko zgadywać, ale tam zawsze pozostaje jakaś tajemnica. Tak samo tajemnica tkwi w boskości. Widzę więc w tym jakieś podobieństwo. Jako ludzie jesteśmy pośrodku, ale nie widzimy tak dużo, jak nam się zdaje.
Niedawno ukazała się w Polsce jedna z wczesnych pana powieści, zatytułowana "Ja". Tam mamy do czynienia z postacią, której biologiczna płeć okazuje się zmienna zależnie od okoliczności. To opowieść równie fantastyczna jak ta o chłopcu dryfującym w szalupie przez Pacyfik w towarzystwie bengalskiego tygrysa z "Życia Pi". Albo o nieboszczyku, w którego ciele mieszka szympans z "Wysokich gór Portugalii". Ostatecznie jednak zdaje się pan mówić czytelnikowi: to twoja sprawa, czy uwierzysz w historię, którą ci opowiadam. Daję ci kilka możliwości interpretacji, ale to ty zdecydujesz, którą wybrać.
To jedna z tych rzeczy, o które chodziło mi w "Życiu Pi" - pokazać, że życie w wielu aspektach jest doświadczeniem subiektywnym. Oczywiście, są rzeczy, których nie możemy wybierać, ale to, co robisz z faktami ze swojego życia i jak je interpretujesz, to już zupełnie co innego. Dla mnie literatura to opowiadanie historii, które mogą zmieniać rzeczywistość. Tak jest z wielką literaturą i z religiami. Bo jest jakiś poziom, do którego egzystencja jest zmienna. Nie jestem wielkim fanem literatury, która chce być wiernym odbiciem rzeczywistości. Możesz wymyślać ludzi, którzy zmieniają płeć, albo religie. Możesz wymyślać postaci, które latają lub są nieśmiertelne. Ale te gry wyobraźni zawsze są komentarzem do ludzkiej rzeczywistości. Niezależnie od tego, o jak niezwykłych rzeczach opowiadają, zawsze sprowadzają się do komentarza na temat życia ludzi. U mnie jest podobnie. ⒸⓅ
Nigdy nie dowiesz się, co myśli zwierzę. Nie mamy pojęcia, jak to przebiega. Możemy tylko zgadywać, ale tam zawsze pozostaje jakaś tajemnica
@RY1@i02/2017/009/i02.2017.009.196000600.801.jpg@RY2@
fot. Sarah Lee/eyevine/EAST NEWS
Rozmawiała Malwina Wapińska
@RY1@i02/2017/009/i02.2017.009.196000600.802.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu