Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Szybkim krokiem do śmierci

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Postęp technologiczny miał nam wszystkim wyjść na dobre i zaoszczędzić czas. Zamiast tego mamy go mniej niż kiedyś i ciągle się spieszymy

Dźwięk budzika zrywa cię na równe nogi. W pośpiechu wkładasz koszulę, zaparzasz kawę i co chwila patrzysz nerwowo na zegarek. Poranne zbieranie się kończysz odwiezieniem dzieci do szkoły, a potem biegiem do pracy. Zanim do niej dotrzesz, zdążysz się sfrustrować porannymi korkami. A w pracy nie lepiej - czekają na ciebie dziesiątki e-maili do odpisania i wymagający szef, który wszystko chce na wczoraj. W drodze powrotnej znowu korki i znowu frustracja. I tak codziennie, bez wytchnienia.

Rozwój technologii miał nam wszystkim wyjść na dobre, zaoszczędzić czas, ale zamiast tego 24-godzinna doba staje się za krótka. Oto cywilizacja pośpiechu.

Czas na wagę złota

Fakt, że współczesne tempo życia stało się dużo szybsze niż kilkadziesiąt lat temu, nie jest czczym gadaniem. Widać to choćby po prędkości, z jaką poruszają się piesi w dużych miastach. Z badań brytyjskiego psychologa Richarda Wisemana wynika, że tempo chodu po światowych metropoliach wzrosło w ciągu ostatnich 25 lat o 10 proc. Największe przyspieszenie nastąpiło w Singapurze i chińskim Guangzhou. Na przebycie 18 metrów piesi potrzebują tam kolejno 10,55 i 10,94 sekundy. Dla porównania ten sam dystans mieszkańcy Nowego Jorku pokonują w 12 sekund, a szwajcarskiego Brna - w 18 sekund.

Ma to swoje konsekwencje. Już kilka lat temu władze Londynu rozważały, czy nie stworzyć na słynnej Oxford Street dwóch pasów dla przechodniów: pierwszego - przy witrynach sklepowych, którym wolno spokojnie spacerować i zatrzymywać się na podziwianie wystaw, i drugiego, od strony ulicy, który spełniałby funkcję "toru szybkiego ruchu". Za zatrzymanie się bez powodu i tamowanie ruchu na tym pasie miały grozić sankcje. Na razie realizację pomysłu wstrzymano, ale kto wie, czy za kilka lat takiego rozwiązania nie wymusi demografia.

Przykładów na to, jak życie w pośpiechu stało się częścią naszej codzienności, jest zresztą więcej. Weźmy niektóre bary McDonalds, które chwalą się tym, że klient dostanie lunch w 90 sekund od czasu złożenia zamówienia. W Japonii istnieją restauracje, w których wysokość rachunku uzależniona jest od czasu spędzonego przy stole - im szybciej zwolnimy miejsce, tym większy upust będzie nam przysługiwał. Zmieniły się także priorytety. Kiedyś szczytem dobrego smaku było wypicie dobrej kawy w porcelanowej filiżance, dziś specjaliści od marketingu ze Starbucksa wmówili nam, że dobra kawa najlepiej smakuje w papierowym kubku. Wypijana, a jakże, w drodze do pracy. Naukowcy konkludują, że szybkość codziennego życia wzrasta wraz z postępem techniki, cyfryzacją i indywidualizacją społeczeństwa. - Socjologowie w wielu krajach zauważają, że wzrost bogactwa i wykształcenia przynosi ze sobą stres związany z czasem. Sądzimy, że mamy go za mało i żyjemy zgodnie z tym mitem. W rzeczywistości jesteśmy otoczeni przez przedmioty, zalewani przez informacje, wiadomości, stare śmieci i błyszczące zabawki naszej skomplikowanej cywilizacji i, co być może jest dziwne, ten tłok przekłada się na prędkość. Żyjemy w szumie - twierdzi amerykański dziennikarz James Gleick, laureat Nagrody Pulitzera za publikacje naukowe.

Bardziej lub mniej świadomie uczestniczymy w tej gonitwie. Czy nie denerwujemy się, bo laptop uruchamia się w kilkadziesiąt sekund, a powinien być gotowy do pracy w sekundę? Czy nie drażni nas zbyt długo otwierana strona internetowa? Czy nie przestępujemy z nogi na nogę w oczekiwaniu na windę? Takie bezustanne podenerwowanie sprawia, że żyjemy w ciągłym stresie, choć twierdzimy, że nas to nie dotyczy. Czy tego chcemy, czy nie, to właśnie on sprawi, że prędzej czy później organizm odmówi nam posłuszeństwa. A w najgorszej sytuacji są mieszkańcy dużych miast.

Homo metropolitus

Dla psychologa stres jest relacją między człowiekiem a otoczeniem, która oceniana jest jako wymagająca wysiłku, by się do niej dostosować, albo jako przekraczająca możliwości jej sprostania. Gdy liczba takich relacji wzrasta i spotykamy ich za dużo, by wytrzymać tempo, mówimy o ciągłym stresie.

- W naturze reakcja stresowa przebiega według prostego schematu: stres, potem gwałtowna reakcja, rozwiązanie. Organizm powoli wraca do równowagi. Żyjemy jednak w warunkach nienaturalnych, więc stres, szczególnie ten nasilony, może trwać bardzo długo. Można to zobrazować tak: każdy bez problemu podniesie kilogramowy ciężar. Możemy to robić wielokrotnie w ciągu dnia i nie zauważymy zmęczenia. Jednak kiedy spróbujemy przez cały dzień chodzić z kilogramowym ciężarkiem w wyciągniętej cały czas ręce, dość szybko poczujemy, co oznacza wyczerpanie - tłumaczy Marek Jaros, psycholog i dyrektor warszawskiej Kliniki Stresu, która zawodowo zajmuje się leczeniem tej dysfunkcji.

Skumulowane napięcie jest bardzo szkodliwe dla naszego organizmu: przyśpiesza ciśnienie krwi, zwiększa wydzielanie soków żołądkowych, co prowadzi do wrzodów, oraz powoduje wzrost adrenaliny i kortyzolu, co prowadzi do zawału. W dłuższym czasie powoduje także spadek odporności, zwłaszcza osłabienie limfocytów T, odpowiedzialnych za zwalczanie infekcji. Hormony stresu są także powodem występowania licznych chorób układu krążenia, m.in. wytworzenia się blaszek miażdżycowych. Zdaniem naukowców napięcie związane z życiem w wielkim mieście znacznie częściej prowadzi do zaburzeń psychicznych niż życie poza nim. - Ryzyko wystąpienia stanów lękowych u ludzi mieszkających w miastach jest o 21 proc. wyższe niż u osób z mniejszych miejscowości. Ryzyko wystąpienia zaburzeń nastroju wzrasta u nich o 39 proc., a zachorowania na schizofrenię wzrosły prawie dwukrotnie - ostrzega dr Jens Pruessner z kanadyjskiego Douglas Mental Health University Institute.

Pruessner wzorował badania na analizach prof. Andreasa Meyer-Lindenberga, kierownika Centralnego Instytutu Zdrowia Psychicznego w Mannheim. To on w 2011 r. opublikował na łamach magazynu "Nature" przełomowy artykuł, w którym dowodził, że stres związany z miejskim życiem ma dla naszej psychiki zgubne skutki. Mało tego, naukowiec udowodnił, że mózgi mieszkańców miast funkcjonują inaczej niż mózgi osób żyjących na obszarach wiejskich. Do takich wniosków doszedł po przebadaniu ochotników, których podzielono na trzy grupy (w zależności od miejsca zamieszkania: wieś, małe miasteczko, metropolia). Wszystkich poproszono o rozwiązanie standardowego zadania arytmetycznego, przy czym ochotników rozpraszano silnym bodźcem stresowym: prowadzący badanie krzyczał na nich i krytykował bez względu na osiągane wyniki. Za pośrednictwem metody funkcjonalnego magnetycznego rezonansu jądrowego (fMRI) naukowcy mieli możliwość rejestrowania aktywności konkretnych obszarów mózgu uczestników badania. Okazało się, że ciało migdałowate, będące ośrodkiem lęku w układzie limbicznym, wykazywało tym większą aktywność, im większe było miasto, w którym żyła dana osoba. Ponadto inny ośrodek mózgu, zakręt obręczy, który uaktywnia się w sytuacji stresowej, u osób z metropolii był znacznie bardziej wyeksponowany. Co to oznacza? Osoby żyjące w dużych miastach mają bardziej uwypuklone struktury mózgu, które sterują emocjami lękowymi. Ich nadaktywność może być bolesna i prowadzić do destrukcyjnych zmian mózgu i zaburzeń emocjonalnych.

Na potwierdzenie tych przypuszczeń warto przywołać statystyki departamentu zdrowia w Camberwell, południowej dzielnicy Londynu. Już w 1997 r. porównano tam dane na temat mieszkańców, u których zdiagnozowano depresję, schizofrenię, cyklofrenię i kilka innych chorób psychicznych z danymi z 1965 r. Wnioski nie napawają optymizmem: częstotliwość występowania schizofrenii podwoiła się, wzrastając z 11 przypadków na 100 tys. mieszkańców w 1965 r. do 23 przypadków na 100 tys. mieszkańców w 1997 r. Należy przy tym zaznaczyć, że podobnej tendencji nie zanotowano na poziomie całej populacji. Podobne spostrzeżenia odnotowano w wielu innych miastach. Z kolei zespół dr Simone N. Vigody z Toronto dowodzi, że ryzyko depresji poporodowej wśród kobiet mieszkających w miastach także wzrasta w zależności od wielkości aglomeracji. Badania przeprowadzone na 6 tys. kobiet z całego świata wykazały, że mieszkanki największych metropolii są nią zagrożone aż o 10 proc. częściej niż ich koleżanki z obszarów wiejskich.

Powyższe przykłady mają o tyle znaczenie, że globalna liczba mieszkańców miast przekroczyła liczbę mieszkańców wsi w 2008 r. Ten trend będzie się utrzymywał i zdaniem Daniela Kammena, noblisty i jednego z szefów Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, w 2050 r. w miastach będzie żyło 75 proc. populacji Ziemi. Problem jest więc znacznie bardziej powszechny, niż nam się wydaje. Nic dziwnego, że Światowa Organizacja Zdrowia określiła stres jako "chorobę stulecia".

Szczęśliwi czasu nie liczą?

Jak radzić sobie ze stresem? Najprościej byłoby unikać jego źródeł, ale mało kogo stać na taki luksus. Należy nauczyć się go neutralizować. - Pomocne są codzienne, rutynowe czynności, które najłatwiej możemy kontrolować, np. regularny sen, sposób odżywiania się, dawka aktywności fizycznej czy czas na odpoczynek. Dobrym sposobem jest nauczenie się technik relaksacji lub uczęszczanie na zajęcia, gdzie można się ich nauczyć. Nie należy również pomijać znaczenia wsparcia społecznego: rodziny, przyjaciół i znajomych - podpowiada dr Alicja Bukowska, psycholog z Uniwersytetu SWPS. Z kolei Marek Jaros z Kliniki Stresu uważa, że nie da się skutecznie rozładować stresu bez odpowiedniego wysiłku fizycznego. - Stres przestawia nasz organizm w stan gotowości bojowej. Skumulowana energia, chociażby w postaci napięcia mięśni, musi być rozładowana - zaleca psycholog.

Specjaliści podkreślają, że najważniejsze to nie dopuszczać, aby nierozładowany stres się kumulował. Należy samemu zdobyć się na pewien dystans i uświadomić sobie, co tak naprawdę jest w życiu ważne. Na bazie tych założeń Gaia Pollini i John Parkin opracowali "nowatorską" metodę "F**k It Therapy" (z ang. pie****ć to). Zdaniem terapeutów poziom zestresowania współczesnych społeczeństw bierze się stąd, że większość z nas żyje w wytworzonych przez siebie emocjonalnych więzieniach. W tych warunkach decyduje więc zasada, że należy robić to, co powinno się zrobić, a nie to, czego chce się głęboko w sercu. A to błąd. Za każdym razem, kiedy się stresujemy, powinniśmy zakląć w duchu w myśl powyższej zasady. Bo więzień nie musi przecież przebierać w słowach. Nie ma wątpliwości, że każda metoda jest dobra, jeśli choć na chwilę pozwoli nam oderwać się od codziennego pędu.

@RY1@i02/2017/009/i02.2017.009.000003000.801.jpg@RY2@

fot. Rudy Sulgan/Masterfile/East News

Konrad Nadolski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.