Ani żywi, ani całkiem umarli
Ż ołnierzy idących spod Lenino na Berlin za komuny uważano za jedynie słusznych bohaterów II wojny światowej. Po 1989 r. wahadło wychyliło się w drugą stronę. Piotr Korczyński próbuje przywrócić rzeczom właściwą miarę.
Korczyński jest mym ulubionym przedstawicielem podejścia do historii najnowszej, które skupia się na ludzkiej perspektywie. W „Przeżyłem wojnę” opisał losy żołnierzy walczących na różnych frontach II wojny. W „Zapomnianych” sięgnął po – ostatnio modną – perspektywę ludową. Zrobił to wiarygodniej niż wielu innych adeptów tej sztuki. Na dodatek w sposób naturalny i niewymuszony. Bohaterami „Zapomnianych” byli chłopi walczący w różnych formacjach polskiego wojska. Najnowsza książka Korczyńskiego jest jednak dużo mocniejsza. Autor podjął się w niej opisania losów kościuszkowców. Tych, którzy nie zdążyli do armii Andersa, ale za to dotarli do ojczyzny z dalekich zakamarków Związku Radzieckiego. A nawet dalej – bo wielu z nich doszło aż do Berlina. To oni zawieszali polskie flagi na ważnych obiektach w zdobywanej przez Armię Czerwoną stolicy hitlerowskich Niemiec.
Za komuny poświęcano im w Polsce całą uwagę. Mieli pomniki wykute w kamieniu, a ich droga została uwieczniona w filmie i literaturze. Ale czy był to obraz wiarygodny? Czy mit polsko-radzieckiego braterstwa broni był oparty na faktycznych podstawach? Ile było w tym historycznej prawdy? A ile propagandy? Kolejne lata po 1989 r. nie przyniosły odpowiedzi na te pytania, bo czyn bojowy kościuszkowców nie był po upadku PRL ani trochę en vogue. Został z nami jako zombiak. Ani żywy, ani całkiem umarły. Za to popadający w zapomnienie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.