Dziennik Gazeta Prawana logo

Pożałujesz, że chciałaś być zdrowa

3 lipca 2018

Leczenie nowoczesnym preparatem, które nakazał sąd, miało być dla Doroty Zielińskiej szansą na powrót do życia i pracy. Przymusowa de facto hospitalizacja, jakiej została poddana, podważa sens całej kuracji

Chora na stwardnienie rozsiane Dorota Zielińska, której szpital odmówił jedynej skutecznej w jej przypadku kuracji lekiem Gilenya, do czasu wydania wyroku ma być nim leczona - orzekł sąd trzy tygodnie temu. I rzeczywiście, wojskowy szpital w Wrocławiu podaje chorej sporny specyfik. Problem w tym, że przez cały cykl leczenia ma być ona poddawana hospitalizacji. - Jeżeli bym wyszła do domu, straciłabym leczenie - mówi Dorota Zielińska. Jeżeli więc proces będzie toczył się latami, kobieta będzie zamknięta przez cały ten czas w szpitalu.

Absurd polega na tym, że pacjentka nie potrzebuje hospitalizacji, co nawet stwierdza na piśmie ordynator oddziału, na którym ona leży. Szpital tłumaczy się tym, że nie wie, jak zrealizować nakaz sądu. Zdaniem chorej robi to w najmniej dla niej korzystny sposób.

W przypadku leków znajdujących się w programach terapeutycznych szpital ma możliwość podawania ich chorym, którzy nie są hospitalizowani. Ale leku Gilenya nie ma w żadnym z programów, więc szpital woli chuchać na zimne i liczyć, że choć w części odzyska pieniądze z NFZ.

Wbrew wcześniejszym zapewnieniom szpital odwołał się od sądowej decyzji o nakazie leczenia. - Złożyliśmy formalne zażalenie - przyznaje Marzena Kasperska, rzeczniczka Szpitala Wojskowego we Wrocławiu. Początkowo placówka chciała tylko, by sąd doprecyzował, w jaki sposób ma odbywać się kuracja. Ostatecznie podważa całość postanowienia.

Szpital boi się zalewu podobnych spraw i nie chce, by przypadek Doroty Zielińskiej stał się precedensem. Jak przyznają jego przedstawiciele, zgłosiło się już do nich kilkanaście osób z prośbą o leczenie tym samym preparatem. Zgody nie otrzymały.

Sąd nakazał szpitalowi zwrócić się o refundację leczenia do NFZ. Ten odmówił już zwrotu kosztów. Wskazał, że refundacja leku jest możliwa wyłącznie w chemioterapii i programach terapeutycznych lub w przypadku umów z aptekami na wydawanie refundowanego leku, a Gilenya żadnego z kryteriów nie spełnia.

Tym bardziej trzymanie w szpitalu 26-letniej Doroty Zielińskiej jest bezsensowne: lek miał być dla niej szansą na prowadzenie normalnego życia, a nie oznaczał uwięzienia w szpitalu. Pomimo ciężkiej choroby skończyła studia, rozpoczęła pracę jako neurologopeda kliniczny i napisała książkę "Szczęście we mnie, czyli moja walka ze stwardnieniem rozsianym".

Zielińska zachorowała na stwardnienie, kiedy miała 19 lat. Na początku była leczona interferonami. Gdy leki przestały przynosić efekty, lekarz zdecydował, że powinna stosować najnowszy dostępny preparat. NFZ nie zgodził się na sprowadzenie go do Polski, a kiedy lek trafił na polski rynek, leczenia odmówił szpital. Wtedy pogorszył się stan zdrowia Zielińskiej. W marcu 2011 r. przestała chodzić. Z pomocą przyjaciół uzbierała pieniądze na 5 miesięcy leczenia (miesięczny koszt to 8 tys. zł). - Miesiąc po wzięciu leku zaczęłam chodzić. Myślałam, że wrócę do pracy - wspomina. Gdy skończył się lek, jej stan znów się pogorszył i od kilku miesięcy znowu nie może chodzić. Teraz walczy o prawo do kuracji, by zatrzymać rozwój choroby.

Klara Klinger

klara.klinger@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.