Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Pary szturmują kliniki in vitro. Więcej chętnych niż dotacji

1 lipca 2018

Po pierwszym miesiącu programu leczenia niepłodności trwa poprawianie błędów

Program leczenia niepłodności realizowany jest w 27 klinikach w całej Polsce. Ze wstępnych analiz wynika, że największe oblężenie przeżyły one w pierwszych dniach lipca. Część par w nocy z 30 czerwca na 1 lipca wyruszała w podróż do oddalonych nawet o kilkaset kilometrów miast, po to by zapisać się do wybranej placówki. Zależało im na czasie, bo decydująca była kolejność. - Dla par, które są zdeterminowane, odległość nie gra roli. Wolą wybrać ośrodek, który jest dalej, ale który jest polecany - mówi Anna Krawczak ze Stowarzyszenia Nasz Bocian, członek rady programu zdrowotnego, który został powołany przez resort zdrowia.

Zdarzało się, że już 10 lipca w niektórych placówkach nie było miejsc. - To rodziło frustrację, bo pacjenci, którzy do tej pory leczyli niepłodność, robili to tylko komercyjnie, więc nie byli przyzwyczajeni do kolejki - dodaje Krawczak.

O tym, że zainteresowanie jest duże, świadczą statystyki: w klinice Nasz Bocian w Białymstoku: do tej pory zapisało się 165 par, co stanowi 90 proc. wszystkich, które mogą być przyjęte.

W klinice Invicta od początku lipca do kwalifikacji przystąpiło ok. 200 par, ale liczba ta zmienia się z dnia na dzień, bo ciągle zapisują się nowe i nie wiadomo, ile z nich dostanie się do programu. W sumie mogą tam w ramach programu przeprowadzić ok. 160 programów in vitro. - Zainteresowanie jest z pewnością większe niż liczba cykli określona na podstawie kontraktu - przyznaje Agnieszki Wasik, dyrektor ds. medycznych w Invikcie.

Miejsca znowu będą się pojawiać, bo wiele osób, które się zapisały, i tak odpada w trakcie kwalifikacji. Nie spełniają warunków określonych przez ministerstwo.

- Najczęstszą przyczyną, dla której są odsiewane, są zbyt niskie parametry męskiego nasienia lub też niespełnienie przez kobiety norm rezerwy jajnikowej - mówi Marzena Smolińska, rzeczniczka kliniki Invimed. Ich placówki mogą przyjąć 460 par, ale na razie niewiele jest takich, które już na pewno mogą skorzystać z ministerialnego finansowania.

Z badaniem rezerwy jajnikowej, czyli tego, ile jeszcze kobieta ma komórek jajowych, które można użyć do zapłodnienia, jest problem. Po 1 lipca radykalnie wzrosła liczba badań w tym zakresie, bo kobiety zaczęły je robić po kilka razy. Okazało się, że wyniki są różne w zależności od laboratorium, które je wykonuje (jak tłumaczą eksperci, zależą one od precyzji wykonania i użytych odczynników). Tymczasem to właśnie od wyniku zależy, czy para zostanie przyjęta do programu - musi być wyższy niż 0,5. - Więc jeśli komuś wychodziło 0,4, ponawiał badanie w innym laboratorium, licząc, że może będzie inny rezultat i w ten sposób zakwalifikuje się do programu. Różnice mogą być duże. Jedna z pacjentek miała raz 0,3, a w innym badaniu wyszło jej 1,8 - mówi Krawczak.

Wiele niejasności nadal również budzi zapis o konieczności leczenia niepłodności w ostatnich 12 miesiącach. Pierwotnie ministerstwo ustaliło, że kwalifikuje się tylko ta para, która leczyła się w ostatnim roku. - U wielu par leczenie rozciągało się w czasie, niektóre przystępowały do niego z przerwami. Po pytaniach od pacjentów i lekarzy ministerstwo ustaliło ostatecznie, że zakwalifikować można parę, która udokumentuje nieskuteczne leczenie w czasie "nie krótszym niż 12 miesięcy". To oznacza, że w programie mogą wziąć więc udział pacjenci, którzy leczyli się we wcześniejszym okresie - mówi Wasik.

Jednak nadal są kliniki, które odrzucają pary niemające odpowiedniej dokumentacji z ostatniego roku. W Medice zgłosiło się 112 par, a ponad połowa pacjentów nie spełniała kryteriów kwalifikacji. - Przychodzili np. tacy pacjenci, którzy leczyli się kilka lat, ale w ostatnich 2 latach nie robili nic w tym kierunku. W związku z brakiem dokumentacji z ostatnich 12 miesięcy nie spełnili kryterium niezbędnego, by zostać zakwalifikowanymi do procedury - mówi Ewelina Skrzypkowska z klinik Salve Medica i Medica.

Z kolei placówki, które nie były przyzwyczajone do systemu publicznego, miały problem z weryfikacją ubezpieczenia pacjentów.

- Wątpliwości dotyczyły tego, jakie dokumenty potwierdzają ubezpieczenie - tłumaczy Grzegorz Mrugacz z kliniki "Nasz Bocian" w Białymstoku. W placówce publicznej wystarczy numer PESEL, by lekarz online sprawdził, czy pacjent jest ubezpieczony. Dostęp do systemu EWUŚ (elektronicznej weryfikacji ubezpieczeń) mają jednak tylko lekarze, którzy posiadają umowę z NFZ. Przy leczeniu komercyjnym trzeba mieć zaświadczenie z pracy lub potwierdzenie opłaconej składki zdrowotnej.

@RY1@i02/2013/148/i02.2013.148.00000040a.802.jpg@RY2@

Ile par w programie in vitro

Klara Klinger

klara.klinger@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.