Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Masowe ubezpieczenia - niższe ceny

1 lipca 2018

Dobrowolne ubezpieczenie powinno gwarantować szybszy dostęp i wyższy standard usług - mówi Dariusz Krzewina, prezes zarządu PZU Życie SA

@RY1@i02/2013/133/i02.2013.133.21400040c.803.jpg@RY2@

Dodatkowe, dobrowolne ubezpieczenia zdrowotne już są obecne na polskim rynku. Po co zmieniać zasady ich funkcjonowania?

Warto wprowadzić zmiany, aby te ubezpieczenia stały się masowe. Staną się wówczas tańsze. Teraz nie są powszechne, bo nie ma jasności prawnej co do tego, jak taki system miałby funkcjonować. Z jednej strony mamy firmy abonamentowe, które sprzedają dostęp do lekarzy w swoich placówkach. Zazwyczaj chodzi o dostęp do lekarzy medycyny pracy i dlatego też wiele z umów abonamentowych jest zawieranych przez pracodawców. To jest rynek, który funkcjonuje od dawna i korzysta z niego około 2,5 mln klientów. Z drugiej strony mamy towarzystwa ubezpieczeniowe, z  których każde inaczej klasyfikuje polisy zdrowotne. Część z nich to ubezpieczenia dodatkowe do ubezpieczeń na życie - np. od ciężkich chorób czy operacji chirurgicznych.

Czyli ubezpieczyciel zwraca koszt leczenia?

Nie, właśnie nie. To jest pewna forma odszkodowania za stratę moralną i finansową, jaką powoduje konieczność leczenia się, bo pacjent czasem ponosi koszty wizyt u lekarzy, ale też pobytu na zwolnieniu chorobowym - otrzymuje mniejsze wynagrodzenie itd. Wypłata nie jest jednak uzależniona od rzeczywiście poniesionych kosztów leczenia, tylko od wysokości sumy ubezpieczenia.

Są też produkty stricte zdrowotne, czyli takie, w których opłacane są koszty leczenia. Najczęściej chodzi o ubezpieczenia obejmujące opiekę ambulatoryjną, w tym przede wszystkim specjalistyczną. Lekarz musi mieć podpisaną umowę z danym ubezpieczycielem, u  którego jest wykupiona polisa. Wystarczy pójść do wskazanego specjalisty, a wtedy koszt wizyty jest pokrywany z prywatnego ubezpieczenia.

A co z leczeniem szpitalnym?

I tu pojawia się problem, który właśnie wymaga zmiany przepisów. Teoretycznie można wykupić prywatne ubezpieczenie od leczenia szpitalnego, ale w praktyce taka oferta prawie nie istnieje z prostego powodu: prywatnych szpitali jest bardzo mało, a publiczne nie wiedzą, czy mogą świadczyć usługi medyczne poza kontraktem z  NFZ, czyli właśnie w ramach dodatkowego ubezpieczenia. Przepisy nie są jasne, a nikt nie chce ryzykować utraty kontraktu z NFZ. Pozostają zatem głównie szpitale jednodniowe. Uregulowanie tej kwestii i otwarcie publicznym placówkom możliwości komercyjnej działalności poszerzyłoby rynek. Wielu ludzi byłoby zainteresowanych taką usługą, gdybyśmy mieli odpowiednią ofertę.

Uważa pan, że powinno się ograniczyć koszyk świadczeń gwarantowanych, by zachęcić do kupowania ubezpieczeń?

Nie. Jestem przeciwny ograniczaniu. Powinno się uporządkować sytuację i szczerze powiedzieć pacjentom, co mają gwarantowane, w jakim standardzie i w jakim terminie. Bo owszem, np. operacja usunięcia zaćmy niby jest dostępna, ale... po trzech latach oczekiwania. Zapewne trudno byłoby znaleźć pacjenta, którego satysfakcjonowałaby gwarancja, że np. problem ze stawem biodrowym może być operacyjnie rozwiązany w  publicznym szpitalu w ciągu kilku lat. To zabezpieczenie jest iluzoryczne. Wydaje się, że możliwość kupowania dodatkowych ubezpieczeń i skorzystania z takiego świadczenia niemal od ręki jest lepszym rozwiązaniem.

Czyli jest Pan zwolennikiem systemu komplementarnego i nieograniczania koszyka świadczeń?

Tak, dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne powinny funkcjonować jako uzupełniające w stosunku do publicznej służby zdrowia. Powinny gwarantować szybszy dostęp i np. lepszą jakość. W wielu krajach Europy funkcjonuje również tzw. współpłacenie w ramach publicznego systemu. Pacjenci, mimo że korzystają z  publicznej służby zdrowia, muszą dopłacić z własnej kieszeni do każdej wizyty. W takim przypadku prywatne ubezpieczenia zdrowotne można by pozycjonować jako polisy chroniące pacjentów przed koniecznością dopłaty. Tak jest np. we Francji czy w Słowenii. Pacjenci, którzy nie mają ubezpieczenia, dopłacają z własnej kieszeni. Dopłata jest określona kwotowo (Słowenia) albo procentowo od wyceny danej procedury (Francja).

Ale co miałby z tego pacjent? I tak musi płacić, czy to lekarzowi, czy ubezpieczycielowi. To korzystne tylko dla ubezpieczycieli.

Nieprawda. Płacenie każdorazowo za wizytę lekarską, czyli wydatki tzw. out-of-pocket, są najmniej efektywną formą płacenia za usługi medyczne z perspektywy pacjenta - a teraz ponad 90 proc. prywatnych wydatków odbywa się właśnie w  takiej formie. Przede wszystkim dopłaty z własnej kieszeni mogą być dużo wyższe niż składka płacona systematycznie na ubezpieczenie, zwłaszcza jeśli ktoś - ze względu na chorobę - często bywa u lekarzy, nie mówiąc już o drogich zabiegach operacyjnych. Ponadto w przypadku ubezpieczeń dodatkowych do systemu trafia więcej pieniędzy, więc sytuacja wszystkich się poprawia, bo jest szybszy dostęp do lekarzy w ramach NFZ.

Jakie jest zainteresowanie istniejącymi ubezpieczeniami, które oferują możliwość korzystania z opieki ambulatoryjnej, z lekarzy specjalistów?

Wartość składki dla ubezpieczeń zdrowotnych pokrywających koszty leczenia szacujemy na około 200 mln zł. Jak na ponad 100 mld zł wydawanych na całą opiekę zdrowotną to niewiele.

Czyli nie cieszą się zainteresowaniem. Może nie ma aż takiej potrzeby ich rozwijania?

Mamy do czynienia z błędnym kołem. Prywatne ubezpieczenia zdrowotne są stosunkowo drogie i dlatego nie mogą zyskać statusu powszechnych. Póki tak będzie, ich cena będzie wysoka. Dlatego tak ważne jest wprowadzenie mechanizmów, które umożliwią stworzenie masowego rynku prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych. Wówczas wszyscy - przede wszystkim pacjenci, publiczny system zdrowia i prywatni ubezpieczyciele - odniosą korzyści.

Rynek prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych w obecnym kształcie jest już nasycony, bo nikogo nie stać na więcej. Np. abonamenty wykupują przede wszystkim pracodawcy. Ci, którzy mogli, już to zrobili.

Rynek jest już otwarty. Co zrobić, by zachęcić pacjentów na dodatkowych ubezpieczeń?

Masowość trzeba zapewnić poprzez wprowadzenie silnych zachęt fiskalnych - ulg podatkowych zarówno dla pracodawców, jak i pracowników. Należałoby też wprowadzić możliwość opłacania prywatnych ubezpieczeń z zakładowych funduszy świadczeń socjalnych.

Z zapowiedzi wynika, że ulg podatkowych rząd najprawdopodobniej nie wprowadzi. Co innego miałoby przekonać Polaków do dodatkowych ubezpieczeń?

Tam, gdzie nie ma współpłacenia i ulg podatkowych, trudno jest zachęcić do kupowania tych ubezpieczeń. Samo uporządkowanie nie zmieni radykalnie sytuacji, choć jest to pierwszy krok, od którego trzeba zacząć. Niejasny prawnie jest sam abonament. Jeżeli np. ktoś odmówi pomocy pacjentowi, to od tej decyzji nie ma się nawet do kogo odwołać. W przypadku ubezpieczenia przede wszystkim jest polisa, która określa obowiązki ubezpieczyciela wobec klienta, jest również rzecznik praw ubezpieczonych, do którego można się zawsze odwołać. Dlatego tak ważne jest uregulowanie tej sytuacji.

Rzeczywiście ludzie muszą poczuć zachętę, bo póki co to koło zamknięte: ubezpieczenia muszą być masowe, by były tanie, a  tanie będą, kiedy będą masowe.

Ministerstwo twierdzi, że powinna zadziałać zasada kija i marchewki. Marchewki, czyli ulg, może nie być. Ale kij mógłby być - w postaci ograniczenia koszyka. To by zmusiło Polaków do kupowania ubezpieczeń.

To, o czym pani mówi, to jedna z możliwych form tzw. komplementarności ubezpieczeń w stosunku do koszyka gwarantowanego. Tylko teoretycznie jest to najlepsze wyjście. Jeśli ograniczenie koszyka wiązałoby się z wyrzuceniem z niego świadczeń kosztownych i trudnych, towarzystwa ubezpieczeniowe nie będą chętne, by tylko je objąć ubezpieczeniem, bo takie ubezpieczenie znowu byłoby drogie. Z  kolei ograniczenie dostępu do podstawowej opieki też nie jest dobrym rozwiązaniem. Dlatego powinno się pomyśleć o innej formie komplementarności - np. poprzez zaoferowanie szybszego dostępu i wyższego standardu usług, najlepiej w połączeniu z silnymi zachętami finansowymi. Wówczas mielibyśmy do czynienia z sytuacją, w której wszyscy i tak płacą na NFZ, ale część nie korzysta z systemu, odchodząc do leczenia w ramach prywatnych ubezpieczeń. Dzięki temu zwalniają się miejsca dla innych pacjentów, którzy tego ubezpieczenia nie wykupili i  pozostają w systemie publicznym.

Do kogo będzie skierowana oferta?

Grupa adresatów tego typu ubezpieczenia - aby było ono tanie - musi być zbilansowana pod względem wieku i stanu zdrowia, należy bowiem wyeliminować ryzyko tzw. antyselekcji, tzn. sytuacji, w której do ubezpieczenia miałyby przystąpić tylko osoby starsze i/lub chore. Wówczas takie ubezpieczenie musiałoby być bardzo drogie. Ubezpieczenia zdrowotne muszą zatem być atrakcyjne również dla ludzi młodych i w średnim wieku, którzy będą mogli w ten sposób "gromadzić pieniądze", a potem korzystać z nich, kiedy będą starsi, chorzy i  bardziej potrzebujący pomocy.

A co dla osób starszych zaraz po wprowadzeniu systemu ubezpieczeń dodatkowych?

Aby na tym nie stracili, nie powinien być ograniczony koszyk świadczeń gwarantowanych. Będą nadal mogli korzystać z publicznej służby zdrowia. A ta i tak będzie lepsza.

Czy opłaty byłby różne w zależności od stanu zdrowia?

To zależy od formy ubezpieczenia. Jeśli będą grupowe, to ryzyko rozkłada się na większą populację i wówczas dla uproszczenia procesu można rozważać składkę uśrednioną. Jeśli natomiast mielibyśmy wprowadzać ubezpieczenia w formie indywidualnej, to różnicowanie składki wydaje się zasadne. Przytoczę przykład z  ubezpieczeń samochodowych. Tu również są różnice: jeśli ktoś jeździ bezwypadkowo, płaci niższą składkę.

Czy to nie byłaby dyskryminacja?

To byłyby dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne, więc absolutnie nie, bo leczenie nadal byłoby dostępne dla wszystkich. Ci, którzy zapłacą za dodatkowe ubezpieczenie, mogliby otrzymać świadczenia szybciej i w wyższym standardzie. Dla pozostałych sytuacja się nie zmieni - pozostaną w systemie publicznym.

Nie ma ryzyka, że po wprowadzeniu dodatkowych ubezpieczeń standard usług w ramach publicznej służby zdrowia się obniży? Ministerstwo wspominało o możliwości wprowadzenia świadczeń z NFZ na podstawowym poziomie, a dopłacanie do wyższego. Pytanie, co by oznaczał ten podstawowy poziom...

Nie ma przecież ryzyka, że procedury w ramach świadczeń z  NFZ byłby w jakikolwiek sposób niebezpieczne dla zdrowia. Kto będzie chciał usług na wyższym poziomie, będzie mógł wykupić ubezpieczenie.

Jaką cenę byliby skłonni płacić Polacy, by dopłacać systemowo do leczenia?

Skoro płacą za abonament w prywatnej sieci około 200 zł, to uważam, że oferta za kilkadziesiąt złotych byłaby do udźwignięcia. Tylko należałoby płacić regularnie.

Czy zakłady opieki zdrowotnej funkcjonujące w ramach dodatkowego ubezpieczenia udźwigną tę masowość? Już teraz widać, że kiedy abonamenty kiedy stają się powszechne, traci na tym standard obsługi, pojawiają się kolejki...

To prawda. Należałoby poczynić inwestycje. To musiałby być dłuższy proces. Nie można by wprowadzić nowego systemu z dnia na dzień.

Jaka to byłaby oferta, na co byłby największy popyt?

Myślę, że największym zainteresowaniem cieszyłyby się ubezpieczenia rodzinne. Z pewnością wielu pomyślałoby o zabezpieczeniu zdrowia dzieci. Przewiduję także duże zainteresowanie profilaktyką i dostępem do specjalistów.

Rozmawiała Klara Klinger

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.