Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Zdrowie

Warto doceniać balneologię

15 września 2014
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Cukrzycę można ujarzmić i przywrócić chorego życiu - zdradza prof. dr hab. Irena Ponikowska, kierownik Katedry Balneologii i Medycyny Fizykalnej Collegium Medicum Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz kierownik Uzdrowiskowego Szpitala Klinicznego w Ciechocinku

Jesteśmy jednym z nielicznych krajów na świecie, w których balneologia jest traktowana jako jedna ze specjalizacji medycznych. A na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu są specjalistyczne studia w tym zakresie.

Bez przesady, takie specjalizacje funkcjonują także w innych krajach, np. we Francji, w Portugalii czy we Włoszech. Ale tam, gdzie balneologia została wydzielona jako odrębna specjalizacja, jest ona niezwykle elitarną dyscypliną, wymagającą interdyscyplinarności oraz wielkiej kreatywności. W jej przypadku nie można być tylko specjalistą od zabiegów borowinowych albo leczenia zatok, trzeba się znać na wszystkim. Umieć leczyć pacjenta w sposób kompleksowy, dawać sobie radę z różnymi chorobami go trapiącymi, być w stanie ordynować nie tylko zabiegi przyrodolecznicze, ale też reagować na każdą zmianę w organizmie i dostosowywać do niej odpowiednie dawki leków. Ta szeroka wiedza prowadzi do holistycznego podejścia do spraw zdrowia, nakazuje leczyć całego człowieka, a nie tylko wybrane objawy schorzenia, na jakie cierpi. Ale faktycznie, w Polsce balneologia stoi na bardzo wysokim poziomie. Ja sama wypuściłam, proszę wybaczyć ten kolokwializm, spod swojej ręki ponad 20 profesorów i kilkuset, ponad 700 specjalistów w tej dziedzinie.

Jednak często słyszy się zarzuty pod adresem leczenia uzdrowiskowego, że to zwyczajna szarlataneria, że faktyczne efekty są porównywalne ze skutkami placebo.

Tak mogą mówić ludzie, którzy nie mają wiedzy. I niech to łagodne stwierdzenie zakończy ten temat. Ja wolę się posłużyć badaniami. Otóż szacuje się, że w USA powikłania polekowe są przyczyną śmierci ok. 140 tys. osób rocznie. W Polsce nie dysponujemy takimi badaniami, ale jestem przekonana, że można to odnieść proporcjonalnie, do liczby mieszkańców. Wówczas mielibyśmy jakieś 1600 ofiar śmiertelnych rocznie, nie licząc powikłań pooperacyjnych.

Tymczasem naturalne metody lecznicze nie dają skutków ubocznych, co zostało stwierdzone podczas licznych badań naukowych. A nasza współczesna medycyna rozwija się od przełomu XVIII i XIX wieku, prowadzili je i prowadzą wybitni profesorowie i lekarze. Na świecie są dziś setki tysięcy profesjonalnych prac naukowych, w tym w prestiżowych magazynach medycznych. Nasza polska bibliografia obejmuje ponad 4000 pozycji opublikowanych w okresie powojennym. Ale najlepszym recenzentem jest czas. Proszę zauważyć, że ciągle pojawiają się "rewolucyjne" środki farmaceutyczne, mające być przełomem w zwalczaniu różnych groźnych, trapiących ludzkość chorób, a po kilku lub kilkunastu latach okazuje się, że przynoszą więcej szkód niż dobrego. Tak było choćby z talinomidem, lekiem przeciwbólowym, który powodował, że zażywające go kobiety rodziły dzieci bez rąk i nóg, ze zdeformowanymi organami wewnętrznymi. Ale nie robi błędów ten, kto nic nie robi.

Na szczęście balneologia została zweryfikowana przez przynajmniej pół tysiąclecia, odkąd jest stosowana w sposób racjonalny. Jeśli przed wiekami ludzie mogli empirycznie, czyli na własnym przykładzie, stwierdzić, że pomaga i nie szkodzi, to obecnie mamy to zweryfikowane za pomocą wielu badań naukowych. Ja nie wymagam, aby wszyscy się znali na dziedzinie, której poświęciłam ponad 40 lat mojego życia. Ale mam taką impresję: mądry człowiek, jeśli czegoś nie wie, to pyta o to mądrzejszych od siebie. Weryfikuje swoje spostrzeżenia z najnowszą wiedzą. A nie wygłasza wzięte z kapelusza sądy. Zwłaszcza jeśli nie tylko jest osobą na stanowisku, mającą wpływ na opinię społeczną, ale też decyduje o podziale środków na lecznictwo, a więc mających wpływ na być albo nie być pacjentów.

Nic tak nie przemawia do wyobraźni - jak osobisty przykład. Proszę opowiedzieć, jak to się stało, że zajęła się pani właśnie balneologią.

Najpierw pasjonowałam się chorobami wewnętrznymi, zrobiłam specjalizację z diabetologii. To dziedzina medycyny zajmująca się leczeniem cukrzycy, jednej z najgroźniejszych chorób naszej cywilizacji, będącej - mówię to dosłownie - prawdziwą plagą, zbierającą krwawe i śmiertelne żniwo. W dodatku dopadającą coraz młodszych ludzi, dzieci po prostu. Cukrzyca ma to do siebie, że przynosi paskudne powikłania, których farmakologiczne leczenie jest bardzo trudne, czasem wręcz niemożliwe. Współczesna medycyna i farmakologia dwoją się i troją, ale leki, jakie mamy do zaoferowania, są wciąż mało efektywne, za to ich skutki uboczne - wręcz koszmarne. Cukrzyca należy do chorób przewlekłych, które są nie tylko najbardziej dotkliwe społecznie, ale również finansowo. Znów posłużę się amerykańskimi statystykami: 75 proc. całego budżetu na ochronę zdrowia jest wydatkowanych na choroby przewlekłe. One generują największe koszty: nie nowotwory, nie zdarzenia kardiologiczne. Podobnie jest w Wielkiej Brytanii: 80 proc. domowych wizyt lekarskich przypada na pacjentów cierpiących na przewlekłe choroby cywilizacyjne. A one wszystkie, z cukrzycą na czele, prowadzą do inwalidztwa, a więc skrócenia aktywności zawodowej ludzi, którzy wymagają potem opieki osób trzecich.

A pani, stosując zabiegi balneologiczne, jest w stanie wyleczyć takich pacjentów?

Chorób przewlekłych zwykle nie da się całkowicie wyleczyć, natomiast można podnieść formę pacjentów, polepszyć jakość ich życia, sprawić, żeby przez długie lata byli sprawni i efektywni zawodowo. Można także znacząco zmniejszyć ilość przyjmowanych przez nich leków. Powiem tylko, że ja osobiście każdego miesiąca oszczędzam na moich pacjentach ponad tysiąc jednostek insuliny, którą wcześniej musieli przyjmować. Nikt nie liczy tego globalnie, ale gdyby NFZ się postarał, okazałoby się, iż oszczędności z tego tytułu są spore. Ale nie to jest dla mnie najważniejsze, lecz to, iż ludzie wcześniej skazani na inwalidztwo żyją pełnią życia, pracują, nie obciążając społeczeństwa. To nie jest powszechnie znany fakt, ale proszę sobie wyobrazić, że pacjenci chorzy na cukrzycę znacznie zawyżają statystyki amputacji kończyn dolnych (z powodu tzw. stopy cukrzycowej jest ich 3-4 razy więcej, niż średnia), osób wymagających dializy, więcej niż przeciętnie jest ich także wśród nich niewidomych. Balneolog nie jest cudotwórcą, ale nie wyłączając całkowicie leczenia farmakologicznego, będzie zmniejszał dawki niezbędnych do życia leków, będzie opóźniał i łagodził powikłania. Oszczędzając pieniądze podatników, ale przede wszystkim działając zgodnie z powołaniem lekarza, humanitarnie.

To ja znowu poproszę o konkretny przykład.

Miałam takiego pacjenta, z cukrzycą, ważył ponad 160 kilogramów, potrzebował dziennie 400 jednostek insuliny, gdyż jego cukrzyca przebiegała z insulinoopornością. Co gorsze z tygodnia na tydzień potrzebował większych dawek leku, a lekarz, który go prowadził, po prostu je zapisywał. Nie miał zresztą innego wyjścia, gdyż dysponował jedynie takim środkiem terapii. Sytuacja takich pacjentów, ale także medyków ich leczących, jest niesamowicie trudna. Chory kontrolowany jest w gabinecie specjalisty, średnio rzecz biorąc, raz na pół roku, a jedyne, co może zrobić lekarz, to przepisać mu większą dawkę. Do szpitala takiego pacjenta nie wezmą, bo to choroba przewlekła, chyba że zdarzy się jakieś nieszczęście typu udar spowodowany wysokim ciśnieniem. Ale i w tym przypadku po zażegnaniu bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia wypiszą chorego do domu.

A czy w ogóle można takiej osobie pomóc?

Można, stosując długoterminowo zakreśloną terapię. Tę konkretną osobę, o której wspomniałam, leczyłam przez dwa lata. Stosując wiele zabiegów balneologicznych, ale również zwracając szczególną uwagę na dietę oraz aktywność ruchową. W jego przypadku udało się zbić wagę do 70 kilogramów, a ilość przyjmowanej insuliny do jednej czwartej. Muszę powiedzieć, że z tą insuliną to jest błędne koło. Bo z jednej strony pozwala na przeżycie, z drugiej jednak powoduje, że pacjent wciąż tyje, więc choroba się pogłębia. A my potrafimy przemienić inwalidę w sprawnego człowieka. Naprawdę, mamy wielkie sukcesy.

Czy mogłaby pani scharakteryzować statystycznego Polaka chorego na cukrzycę?

Ze statystyką jest tak, że każdy może wziąć interesujące go dane, aby udowodnić swoją tezę. Ja obawiam się więc czynić takie wyliczenia, gdyż, jak powiedziałam wcześniej, cukrzyca dotyka coraz młodsze osoby, po prostu dzieci. Ale gdybym miała się pokusić o taki rys statystyczny, powiedziałabym, że jest to osoba w przedziale wiekowym pomiędzy 50. a 60. rokiem życia, cierpiąca na cukrzycę typu II, bardzo otyła. Często przebywa już na rencie i przyjmuje insulinę cztery razy dziennie. Jest inwalidą. Nie jest w stanie się ruszyć samodzielnie, nie potrafi się nawet ubrać bez pomocy. A im mniej się rusza, tym jest bardziej chora. I ten stan się pogłębia.

Co szwankuje w organizmie chorego na cukrzycę?

Wszystko. Absolutnie wszystko. Po 12 latach zmagania się z tym schorzeniem cały organizm jest rozregulowany i wyniszczony. Serce, nerki, nerwy, wzrok, mięśnie, kości, skóra... Nie znajdują kawałka ciała, które by nie było zaatakowane. Taki przykład: popularnie mówi się o występowaniu tzw. stopy cukrzycowej. Ale faktycznie choruje wszystko, łącznie z naczyniami krwionośnymi i wiązadłami. Farmakologicznie szalenie trudno to leczyć, więc się odcina kończynę po kawałku. Ale choroba zostaje, rana się nie goi, więc się tnie dalej i dalej. W dodatku nie sposób oprotezować takiej kończyny, kiedy jest zaogniona, w stanie zapalnym. Jednak w uzdrowisku, zwłaszcza podczas powtarzających się cyklicznie turnusów terapeutycznych, potrafimy sobie radzić skutecznie ze skutkami tej choroby i przywracać chorych życiu.

Mam wątpliwości, zwłaszcza że na planowane leczenie trzeba czekać w kolejce dwa lata.

I zdarza się, że zanim pacjent się doczeka, trzeba mu amputować nogę. Jestem rozżalona, bezradna, gdy nie mogę przyjąć ciężko chorego, któremu wiem, że mogę pomóc, mam fachowe siły, czas i miejsce. Ale nie mogę go przyjąć, bo NFZ skieruje pacjenta po rocznym oczekiwaniu, kiedy już to leczenie nie będzie potrzebne. Część chorych się zapożycza, przyjeżdża na leczenie komercyjne, ale nie wszyscy mają takie możliwości. Serce się kraje. Ot co.

@RY1@i02/2014/178/i02.2014.178.21400030d.802.jpg@RY2@

dr hab. Irena Ponikowska, kierownik Katedry Balneologii i Medycyny Fizykalnej Collegium Medicum Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz kierownik Uzdrowiskowego Szpitala Klinicznego w Ciechocinku

Mira Suchodolska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.