Śmierć w Belwederze
Historia zabójstwa jednego z ochroniarzy Józefa Piłsudskiego to opowieść o tym, jak mordercza potrafi być ambicja
Stefan Kossowski nie miał szczęścia w życiu. Młodo stracił rodziców. Śladem starszych braci poszedł do wojska, ale wyrzucono go w 1925 r. po tym, jak odsiedział w areszcie dwa tygodnie za pobicie. Rok później wyjechał z rodzinnego Wilna do Warszawy. Dzięki koneksjom rodziny znalazł pracę w „brygadzie śledczej” Oddziału II Sztabu Głównego Wojska Polskiego. Oddział zajmował się ochroną najważniejszych osób w państwie. Kossowski był zachwycony. Czuł się ważny, a do tego odpowiadał za bezpieczeństwo Józefa Piłsudskiego, którego podziwiał. Długo wykazywał się obowiązkowością, wręcz przesadną – potrafił z gorączką pójść do pracy.
Miał jednak swoje słabości – przede wszystkim alkohol. Przychodził na służbę pijany. Koledzy wspominali, że uwielbiał się przechwalać, a do tego nie unikał hazardu. Jeden z nich opowiadał, że „zaniedbywał się, pijąc i robiąc długi, wskutek czego pensja mu nigdy nie wystarczała. Miał charakter gwałtowny i dość często będąc w stanie nietrzeźwym, wywoływał na ulicach awantury, zmuszając policję do interwencji”.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.