Bez wodza i planu
Noc listopadowa – obrosła symbolami i legendami o bohaterstwie – to również historia zawiedzionych nadziei. I to one wydają się w niej ważniejsze
Zryw nazwany potem powstaniem listopadowym miały rozpocząć dwa pożary. Pierwszy – browaru Weissa na warszawskim Solcu, a drugi – domu na ul. Dzikiej. Dla wtajemniczonych oddziałów miały być one – we wskazanej kolejności – znakiem do walki. Pomimo problemów – Piotr Wysocki, który miał o to zadbać, za późno zabrał się do wykonania tego zadania – udało się podpalić browar. Z niewiadomych przyczyn stało się to jednak nie o zaplanowanej godzinie 18, ale trzydzieści minut wcześniej. Konsekwencje pomyłki były błyskawiczne.
Niewiele wcześniej w stronę Belwederu, siedziby wielkiego księcia Konstantego, ruszyli cywilni spiskowcy. Historia zapamięta ich jako belwederczyków. Wśród nich był Seweryn Goszczyński, pisarz i rewolucjonista. W spisanej po latach relacji „Noc belwederska” pisał: „Dobrze się już ściemniło, kiedyśmy się puścili nareszcie ku Łazienkom. Droga, jaką mieliśmy przed sobą, nie była tak długa, abyśmy nie mogli stanąć o szóstej na naszem stanowisku, przytem powietrze cokolwiek zamglone, niebo przysłonięte całkiem, jakby zasłoną, chłód przenikający, to też po drodze wstąpiliśmy jeszcze do cukierni, blizko kościoła Ś-go Krzyża dla ogrzania się szklanką ponczu” (wszystkie cytaty w pisowni oryginalnej).
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.