On jedynie zakładał płaszcz cynika
O trudnej przyjaźni z Markiem Edelmanem opowiada Anka Grupińska
*:
W 1985 roku postanowiliśmy z przyjacielem z czasopisma "Czas" Włodkiem Filipkiem dowiedzieć się, co dzisiaj robi doktor Edelman. Dzisiaj trudno wyobrazić sobie rok 1985. Przepływ informacji obecnie jest szybszy niż same wydarzenia. Wtedy słyszeliśmy, że ktoś gdzieś kiedyś powiedział, że Jacek Kuroń powiedział, że Edelman jest gdzieś przy KOR-ze. Wiedzieliśmy, że mieszka w Łodzi. Mieliśmy dość paranoiczną wizję świata, co zrozumiałe, jeśli gdzieś w podziemiu drukuje się gazetę i żyje tylko wśród zaufanych przyjaciół. Ponieważ wydawało nam się, że ciągle jesteśmy obserwowani i musimy się strzec, nie wpadliśmy na to, żeby po prostu zadzwonić do jakiegoś łódzkiego szpitala i zapytać, czy tutaj pracuje Marek Edelman. Tygodniami trwało, zanim nasz mieszkający w Łodzi przyjaciel Jarek Jedliński dotarł do Edelmana i powiedział, że możemy przyjechać. Byliśmy niesamowicie ostrożni. Plan był taki: ja mam magnetofon, Włodek ma magnetofon, rozdzielamy się, kiedy autostopem dojedziemy do przedmieść Łodzi. Wtedy każdy z nas idzie w inną stronę i oboje kierujemy się do mieszkania Marka. Adres mamy oczywiście zapamiętany, a nie zapisany. Dotarliśmy oboje. To było dla mnie spotkanie życia. Najważniejsze ze wszystkich.
Drzwi otworzyła wyniośle spoglądająca kobieta i to ustawiło nas w pozycji gości z prowincji. A jak weszłam do pokoju, w którym siedział Marek, na tym samym fotelu, na którym siadywał przez kolejne 20 lat, to poczułam wielkie onieśmielenie. To nie był strach, nie chciałam uciec, ciągnęło mnie do niego jak ćmę do światła. Chciałam siedzieć koło niego i słuchać, być i nie wychodzić stamtąd już nigdy. Towarzyszyło temu największe w moim życiu poczucie pokory. Od pierwszego momentu przez całą naszą znajomość tak właśnie się czułam. Mnóstwo ludzi bało się go. Mówili: "Boję się zadzwonić, bo on zawsze krzyczy". Na mnie też krzyczał, nigdy nie obrażałam się za to, ale czasami bolało. A pod koniec bardzo.
Jak wyglądały pani wizyty u Marka Edelmana?
Wszystkie bardzo podobnie, choć jeździłam do Łodzi, gdzie mieszkał, regularnie przez ponad 20 lat. Z Poznania, czasami z Warszawy, czasami z Izraela. W poniedziałek dzwoniłam i pytałam: "Mogę do ciebie przyjechać w piątek?", a on odpowiadał: "Trudno mi jeszcze powiedzieć, zadzwoń w środę albo w czwartek". No więc znowu dzwoniłam. "Dobrze, niech będzie w piątek". Zawsze przywoziłam kwiaty, koniak, coś do jedzenia. Marek wracał ze szpitala o 11.30 rano, bo już w ostatnich latach nie pracował na pełen etat, i był gotowy przyjmować gości. Zasiadał w swoim pokoju, zrelaksowany po pracy, na stole ciężka kryształowa popielnica, w której było już trochę wypalonych papierosów, leżały częściowo przeczytane gazety, listy. Zawsze dostawał mnóstwo listów, czasem prosił mnie: "Otwórz, przeczytaj, czego tam ode mnie chcą".
Przez lata przesyłała mu je Alina Margolis, żona Marka. Jak pracowałam nad jakąś gettową książką, potrafiłam przez pół roku przyjeżdżać regularnie z dyktafonem i szczegółowymi pytaniami. Jasne, że to się przeplatało z prywatnymi rozmowami, ale przyjeżdżałam do pracy. Kiedy książka była już wydana, przyjeżdżałam tak po prostu, żeby go zobaczyć, ucałować, przytulić, pogładzić po rękach, które zawsze były zimne. Wtedy te nasze rozmowy bardzo się łatwo przemieszczały w czasie i przestrzeni. Tak się chyba zawsze rozmawia ze starymi ludźmi: przeszłość jest w nich tak samo obecna jak teraźniejszość. Starzy ludzie mówią o przeszłości z takim samym, a często nawet z większym emocjonalnym zaangażowaniem, niż kiedy opowiadają o tym, co się wydarzyło dzisiaj. Kiedy słyszy się młodych rozmawiających w kawiarni, tematem jest "dzisiaj". Oni mogą dwie godziny gadać o tym, co stało się we wtorek o 15. Natomiast rozmowy ze starymi ludźmi mają taką niebywałą wartość, że one są pogłębione o niezmierzony czas i niezmierzoną przestrzeń.
Dwoje oczu, dwoje uszu, usta, nos, wszystko to we mnie słuchało Marka. Czasem, kiedy nie miałam ze sobą dyktafonu, wyciągałam kartkę, bo chciałam zapisać coś, czego wcześniej nie słyszałam. On wtedy krzyczał: "Po co to znowu zapisujesz! Co ci z tego przyjdzie?! No daj spokój, nie zachowuj się jak głupia dziennikarka!". Najważniejsza z Markiem była rozmowa. I obiad z nim.
To wzruszające - ktoś na pana czeka, przygotowuje jedzenie. A jeśli to ktoś tak mi drogi i ważny jak Marek, który pomyślał, że nie jem mięsa, więc może kalafior albo szpinak! Siedział przy stole, obok popielniczki i dyrygował: "Idź i sobie zagrzej, włącz gaz. Tylko niech ci się nie spali! Mieszaj! Może już wystarczy, dobre?". Nigdy nie jadłam tak pysznej zupy z dorsza z jarzynami gotowanej na mleku jak u Marka.
Myślę, że miał jakąś pomoc od tych kochanych kobiet, które tam przychodziły... Jedzenie było prawdziwą celebracją. Bardzo lubiłam patrzeć, jak je. Lubił rybę, więc często przywoziłam mu łososia. Jadł jak starzy ludzie - trochę niechlujnie, ale też z pełną koncentracją.
Myślę, że tak. I zależało mu też, by się przy nim najeść, żeby na pewno nie być głodnym. Latem robił kompot albo zupę z wiśni - pyszne. Potem piliśmy kawę, herbatę, alkohol. Zawsze przyjeżdżałam samochodem, więc nigdy nie piłam dużo. Czasem Marek pił koniak, który dla niego przywoziłam, o on częstował mnie swoim winem.
To może zabrzmieć idiotycznie, ale zawsze się bałam, że go w którymś momencie stracę, szczególnie odczuwałam to w pierwszych latach znajomości. A z drugiej strony miałam poczucie nieprzebranej radości, kiedy stałam pod jego drzwiami, słyszałam, że człapie do drzwi. Podnosił zasłonkę judasza, zerkał na mnie, ja się uśmiechałam do niego. Otwierał drzwi...
W ostatnich latach na pewno mniej. Czasem, kiedy pojawiała się jakaś kwestia, w którą się zaangażował, telefon znowu dzwonił prawie bez przerwy. Ale były okresy w jego życiu, kiedy telefon milczał, kiedy niewiele osób do niego przyjeżdżało. Ten ostatni czas na pewno był przepełniony ludźmi i sprawami wokół niego. Czasami myślę, że być może dopóki w pełni kontrolował telefony, sprawy, ludzi, którzy go odwiedzali i molestowali, umiał to selekcjonować i cenzurować. A potem, w ostatnich latach, różni ludzie napadali na niego, a on był trochę bezbronny.
Do Marka mam stosunek bardzo szczególny, swój, prywatny, intymny, jednoosobowy: Marek i wszystko, co od niego dostałam, czego się od niego nauczyłam. Mam dystans do Marka jako postaci publicznej, choć bardzo szanuję tę jego rolę, wiem, że jest to ludziom potrzebne.
Ludzie, którzy go bardzo kochali: pielęgniarki, lekarze, salowe. Przyjaciele z Warszawy, z Łodzi. Przyjeżdżali ludzie z zagranicy. Marek wtedy królował w swoim fotelu. I wszyscy byli bardzo jego świętem przejęci. Ja na pewno byłam.
Marek wbrew swoim okrutnym słowom pozostał miękkim, kochanym człowiekiem. Tęsknił za miłością, ona była dla niego największą wartością. Ludzie mówili, że jest niegrzeczny, bezczelny, że nie liczy się z innymi. On taki był - w warstwie słownej. Ale pytanie, jak my te słowa rozumiemy, jak je przekładamy na nasze emocje i uczucia. Jak on mówił do mnie "idiotko", to wiedziałam, że w tym jest kupa i wściekłości, i miłości. Myślę, że Marek był w środku bardzo obolałym człowiekiem. Pozakładał sobie różne płaszcze, wybrał płaszcz cynika, okrutnika wobec innych ludzi, dokuczającego. Ale to był tylko i wyłącznie sposób rozmawiania, język, w którym była treść, którą trzeba było usłyszeć. Łatwo się irytował, ale to całkowicie zrozumiałe. Ludzie nie przyjeżdżali do niego, żeby rozmawiać o zupie pomidorowej. Oni przyjeżdżali i zadawali mu potwornie intymne, okrutne, najczęściej głupie pytania, wykazując się niewiedzą, brakiem współczucia, niezrozumieniem sytuacji, tematu, z którym się próbowali zmierzyć. A on się wkurzał, bo musiał przez całe życie objaśniać ludziom rzeczy, których i tak nie byli w stanie zrozumieć.
Czasem wstawał z fotela i podchodził do okna i nieruchomiał przy firance, myślę, że wędrował 40 lat wstecz. Jego wówczas nie było. Nikt nie miał wtedy dostępu do jego świata.
I co wtedy? Wiedzielibyśmy jeszcze mniej, niż wiemy, a on by żył sam ze wspomnieniami. Może to była dla niego jakaś forma autoterapii? Może dlatego, że ciągle o tym gadał, to myśmy coś jednak zrozumieli, coś do nas dotarło przez te lata.
Z nim było trochę jak z dzieckiem - nigdy nie wiadomo, kiedy wpadnie w histerię. Ci, którzy go znali, wiedzieli, że po południu trudniej się z nim rozmawia, bo jest zmęczony, ma mniej siły, cierpliwości, wypił więcej alkoholu. Jak Marek wpadał w złość, ja ją po prostu przeczekiwałam. Myślałam: to jego święte prawo. Ktoś idzie do toalety, ktoś zapala papierosa, ktoś wpada w złość. Ona była wbudowana w nasze rozmawianie. W jakimś momencie zaczęło mnie to jednak boleć, im dłużej się znaliśmy, tym bardziej te nasze spotkania przestawały być rozmowami nasycającymi, a coraz więcej pojawiało się zniecierpliwienia i dystansu.
Marek był coraz starszy, coraz bardziej chory. Ostatnie lata spędził w Warszawie, nie był u siebie. Lubiłam odwiedzać go w Łodzi, tu, w Warszawie już nie mógł przyjąć mnie kalafiorem i szpinakiem.
On zawsze o tym mówił. Był bardzo mądrym człowiekiem i jedną z mądrości, jakie posiadł, było to, że miłość jest absolutnie najważniejsza. Ja mam po nim to samo przekonanie.
Kiedy dzień po śmierci Marka czytam w "Gazecie" słowa Jarosława Kurskiego, że ludzie godnie umierali z bronią w ręku, a ci, co szli do gazu - niegodnie, to mnie szlag trafia. Wydaje mi się, że Marek przez całe życie, opowiadając ludziom o przeszłości, starał się powiedzieć, że życie było istotne. Śmierć stanowiła epilog, nieunikniony. Wszyscy wiedzieli, że umrą - i czy umrą w gazie, czy z bronią w ręku, to szczegół. Życie było istotne. "Inka" (Adina Blady Szwajger - red.) mówiła o tym, jak oni tam żyli, jak się uczyli, jak robili to wbrew wszystkiemu. Jak pod wiszącym nad nimi wyrokiem śmierci biegali na komplety, organizowali teatrzyki... Jakie ma pan dziś skojarzenie z gettem?
No właśnie! "Inka" mówiła wielokrotnie, że jej nigdy nie udało się ludzi przekonać, że życie w getcie miało sens. Siedzieli tam, bo nie mieli innego wyjścia. Ale tam żyli! Tym się zainteresujmy. Zobaczmy, jakie były szkoły w getcie, stołówki, które organizowali... Jaką rolę odgrywały w jego życiu kobiety? Jego by trzeba o to zapytać.
Każdy lubi. Myślę, że kobietom łatwiej go było kochać. Mężczyźni są zbyt mało pokorni. Nie jestem jedyną kobietą, która go kochała. Żartobliwie mówiło się o nas fraucymer - pokój kobiet.
Może to jest tak, że Marek zawsze był sam, i to w męskiej roli: dowódcą, opiekunem, chyba nie potrzebował faceta obok siebie.
Jego też obsztorcowywał. Były kobiety, które do niego przyjeżdżały, które go kochały i które się o niego troszczyły; dyspozycyjne. Kiedyś zadzwonił do mnie i powiedział: "Musisz pojechać do Izraela, bo Masza już niedługo umrze. Ty się musisz od niej dowiedzieć!". Następnego dnia pojechałam do Marka i zaczęłam mu tłumaczyć, że rozmawiałam już z Maszą dziesięć razy i ona nic więcej nie pamięta. Wkurzył się na mnie. "Mówię ci, musisz pojechać do Izraela!" - krzyczał. No i pojechałam.
Po raz pierwszy zetknęłam się z niechęcią Izraelczyków do niego w 1988 r., gdy pojechałam do kibucu Bohaterów Getta i czytałam tam na głos nas, Filipka i mój, wywiad z nim. Ludzie zaczęli na mnie krzyczeć. Nie lubiano go za kilka rzeczy. Za to, że został w Polsce i był tu bardzo ważny, czego mu zazdrościli. Za to, że nie miał tej miłości i estymy dla Izraela, bo Izraelczycy uwielbiają, jak się ich uwielbia. Uważają, że zbudowali wspaniałe państwo na piaskach i trzeba ich za te rurki irygacyjne podziwiać. A Marek mówił, że Izrael w najlepszym razie stanie się państwem zarabizowanym. A w najgorszym Arabowie zepchną go do morza i przestanie istnieć. Niechęć Izraelczyków do Marka została do dzisiaj, choć wiem, że teraz, po jego śmierci, dużo się o nim mówi i pisze.
Myślę, że ze stosunkiem Marka do Izraela było trochę tak jak z rzucaniem brzydkich słów do ludzi, którzy go odwiedzali. W tym wypadku pod tą słowną agresją i niechęcią kryło się dużo niepokoju, troski, obawy, strachu o to, co będzie z tym krajem. Marek nigdy nie powiedział, że jest dumny, że powstało państwo Izrael - on w ogóle nigdy nie był patetyczny, nie był człowiekiem, który używał wielkich słów, przeciwnie, "błachocił".
Shulamit Aloni, historyczka i prawniczka, ważna postać lewicy izraelskiej, była kiedyś ministrem edukacji i kultury. Wymyśliła wtedy, że na rocznicę powstania w getcie Izrael wypuści znaczek pocztowy Bundu. Podczas dyskusji w Knesecie oni ją tam prawie zjedli, zlinczowali, wyzywali od zdrajczyń. Więc to nie chodzi tylko o niechęć Izraelczyków wobec Marka osobiście, ale wobec innej formy żydowskiego trwania w świecie niż syjonizm i państwo Izrael.
W sercu tak.
Dość dawno. W okolicy jego ostatnich urodzin, 1 stycznia. Ale w sercu pożegnałam się z nim wcześniej. Miałam poczucie, że on w jakimś sensie mnie odpycha, że ode mnie odchodzi. A ja nie chciałam, nie śmiałam go zatrzymywać. Byłam z Markiem tak długo, jak długo czułam, że on mnie chce, jestem dla niego ważna. Nie obraziłam się, ale czułam, że przestałam mu być potrzebna. Nie byłam jego pierwszą przyjaciółką, byłam może 55. Wspaniale jest być 55. przyjaciółką Marka Edelmana! Nie pamiętam go z ostatniego spotkania, wolę pozostać przy tych wcześniejszych. Pamiętam jego piękne oczy, które jakby wychodziły z duszy, jakby wyrastały z twarzy, jakby były nieśmiertelne.
@RY1@i02/2009/198/i02.2009.198.186.0005.001.jpg@RY2@
Marek Edelman w szpitalu w Łodzi, 1983 rok
East News
@RY1@i02/2009/198/i02.2009.198.186.0005.002.jpg@RY2@
Marek Edelman
Reporter
*, reporterka, swoje pisanie rozpoczęła w latach 80., współpracując z poznańskimi pismami podziemnymi ("Czas Kultury", "Czas"). Od tamtego czasu zajmuje się tematami żydowskimi zanurzonymi w polską rzeczywistość. Jest autorką m.in. "Po Kole. Rozmowy z żydowskimi żołnierzami", "Najtrudniej jest spotkać Lilit. Opowieści chasydek", "Odczytanie Listy. Opowieści o powstańcach żydowskich"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu