Dziś Jezus też byłby blogerem
Cyberprzestrzeń to nowy ląd, który trzeba ewangelizować
Internet pełen jest radykałów. Ale jest w nim równie dużo ludzi otwartych na wiarę, na dyskusję. Dla mnie zupełnie nowy etap poznawania internetu rozpoczął się kilka miesięcy temu, kiedy założyłem konto na Facebooku. Tak poznałem setki katolików z całego świata, którzy pokazują mi, jak można swoją wiarę krzewić w sieci. Kilka tygodni temu miałem taką sytuację w szkole, podczas katechezy. Przy pomocy projektora pokazywałem młodzieży, co robię na Facebooku, gdy nagle na czacie włączył mi się młody katolik z Indonezji. Nie mogłem z nim w tym momencie rozmawiać, ale poprosiłem, by przekazał moim uczniom świadectwo wiary. I on w kilku prostych zdaniach po angielsku wyznał swoją wiarę. Uczniowie byli zaszokowani, że człowiek z kraju w większości muzułmańskiego potrafi tak otwarcie i jasno mówić o katolicyzmie w internecie. To było fantastyczne!
Oczywiście, że nie. Internet jest globalny, więc wykorzystuję szanse, jakie mi daje na kontakt z całym światem. Jakiś czas temu przez Skype’a poprowadziłem spotkanie modlitewne z młodzieżą mieszkającą w Gombong. Niesamowite, że choć dzieliło nas kilkanaście tysięcy kilometrów, to mogliśmy się widzieć i połączyć we wspólnej modlitwie. Podobnie wykorzystuję Facebook. Działam na nim m.in. na profilu "Ask a Catholic Priest", czyli "Zapytaj katolickiego księdza" - gdzie około 20 księży z całego świata odpowiada na pytania internautów. Funkcjonuje też profil "Ask a Catholic Nun", czyli "Zapytaj katolicką zakonnicę". Kolejnych fascynujących ludzi poznałem dzięki stworzonemu przeze mnie w lutym profilowi "Circle of Rosary - intercession prayer", czyli "Krąg Różańca - modlitwa wstawiennicza". Dziś ma on już blisko 1200 fanów. Dwoje z nich: nauczycielka akademicka z Filipin i lekarz wojskowy z USA, zaproponowali, abyśmy w "Kręgu" modlili się synchronicznie. I tak w każdy piątek o godzinie 15.00 czasu jerozolimskiego wielu z nas obecnych na tym profilu modli się w konkretnych intencjach.
Nie, nigdy żaden z moich przełożonych czy kolegów o tym nawet nie wspomniał. Moja obecność w internecie to hobby. Jestem tam poza codziennymi obowiązkami. Świadomość wagi sieci w Kościele jest coraz większa. Jestem kapłanem od 13 lat. Wprawdzie miałem w latach 80. atari, a potem w 1995 roku, pisząc magisterkę, korzystałem z internetu, ale to i tak nic. Dopiero moi koledzy, najmłodsi księża czy nawet klerycy wychowani już na internecie wprowadzają nowe spojrzenie na to zjawisko. Zasadą dobrej ewangelizacji jest: "po owocach ich poznacie". Te z cyberewangelizacji są bardzo dobre, więc nikt jej nie odrzuca.
Tak intensywnie zaczęło się to ponad trzy lata temu... Teraz pracuję z młodzieżą w XVII LO we Wrocławiu i oczywiście na parafii. Oni wszyscy są na okrągło w internecie, to tam można najłatwiej się z nimi skontaktować. Na początku dzięki Gadu-Gadu (choć obecnie już z niego nie korzystam) szybko odkryłem jak ogromny potencjał tkwi w internecie. A dowiodła tego przygoda, jaką przeżyłem w 2007 roku. Pewna dziewczyna przez przypadek znalazła mnie na Gadu-Gadu. W internecie nie ukrywam, że jestem księdzem, więc zagadnęła mnie i zaczęła opowiadać o swoim życiu, dwóch zawodach miłosnych, o tym, jak bardzo źle się czuje. I nagle wyznała, że ma już dosyć życia i że je sobie odbierze. Była przekonująca. Zawiadomiłem policję. Kiedy ją odnaleziono, okazało się, że była o krok od nieszczęścia. Zdążyła już odkręcić kurki z gazem... To wydarzenie uświadomiło mi, że księdzem mogę być także w internecie, że jest tutaj naprawdę wiele do zrobienia.
Można go zapytać o swoje wątpliwości, zwierzyć mu się lub po prostu porozmawiać. To trochę tak, jak w ciemnym konfesjonale, gdzie nie widać twarzy ani spowiadającego się, ani spowiednika. Ludzie wtedy czują się swobodniej. A tu jeszcze w każdej chwili można wcisnąć "Escape" i zakończyć rozmowę. Oczywiście przez internet sakramentalna spowiedź jest niemożliwa, choć takie prośby pojawiają się coraz częściej.
Każdy z tych internetowych pseudonimów ma swoją historię, niektóre są bardzo zabawne... Obecność w sieci wymaga wręcz posiadania nicków. To byłoby faux pas, gdybym ich nie miał.
List Ojca Świętego jest potwierdzeniem słuszności mojej obecności w sieci od kilku lat. Już jednak Jan Paweł II w 1983 roku podczas pielgrzymki na Haiti nawoływał do zaangażowania "nie w powtórną ewangelizację, ale właśnie w ewangelizację nową. Nową w swym zapale, w swych metodach, w swym wyrazie". Zwłaszcza internet daje możliwości i środki do tej nowej ewangelizacji.
I jedno, i drugie. Dziś żyjemy w takim świecie, że jeżeli czegoś nie ma w Google’u, to dla milionów ludzi to zwyczajnie nie istnieje. I dlatego Kościół po prostu musi tam być. Z drugiej strony sieć jest ogromnym polem misyjnym. Dosłownie. Dwukrotnie chciałem wyjechać na misję i dwa razy z powodów obiektywnych mi się to nie udawało. Potem jednak odkryłem, że to, co robię w sieci, jest jak praca misjonarza. I podobnie trzeba się do niej przygotowywać od strony duchowej i intelektualnej. Trzeba być przygotowanym na ataki, wiedzieć, jak im się nie poddać. Sam miałem kilka takich sytuacji, kiedy pojawiały się drastyczne, radykalne komentarze, obelgi i musiałem umieć sobie z nimi dać radę.
Prywatnie marzy mi się, by stworzyć najpierw na stronach, na których jestem obecny, a potem na wszystkich polskich katolickich stronach internetowych specjalną zakładkę: "Misje w sieci, czyli duchowy telefon zaufania". Gdzie wiadomo by było, że w danych godzinach codziennie dyżuruje ksiądz, zakonnik czy siostra zakonna i że można z nimi wirtualnie, na żywo porozmawiać, poradzić się, a wręcz pospierać. Ta działalność miałaby swój określony regulamin i można by w niej wykorzystać możliwość czatu, rozmowy głosowej czy wideo. To na pewno byłoby motywacją dla wielu duchownych, którzy angażowaliby się w taki projekt, do nieustannego dokształcania siebie i stałej modlitwy, bo rozmowa na żywo z często wymagającymi internautami jest inna niż rozmowa w zakrystii, kancelarii parafialnej czy nawet w konfesjonale. Myślę też, że w niedalekiej przyszłości Kościół zacznie uznawać potrzebę e-misjonarzy oraz szkolić się w tym zakresie. Tak jak się przygotowuje do zwyczajnych misji. Kapłani, siostry zakonne czy świeccy, którzy poczują potrzebę e-ewangelizacji, będą mogli się skontaktować ze swoim biskupem, pokazać projekt takiej działalności i rozpocząć swoje misje. Dlatego sądzę, że dobrze by się stało, gdyby np. w diecezjach powstały specjalne zespoły mianowane przez odpowiednią władzę kościelną i złożone z duchownych, informatyków, psychologów, które mogłyby aktywnie planować działania w internecie. Już dziś jest ogromna baza chętnych do tego, by tak właśnie się realizować. Na stronie www.kaplani.com.pl jest kilkadziesiąt blogów, a nawet wideoblogów księży. Blogują też pierwsi polscy biskupi. Zresztą uważam, że gdyby święty Paweł lub inny apostoł miał takie możliwości, na pewno korzystałby z internetu, spierając się z przeciwnikami na Facebooku, a listy do wiernych publikując na swoim blogu.
@RY1@i02/2010/065/i02.2010.065.186.0012.001.jpg@RY2@
Fot. Bartłomiej Kudowicz
Ks. Piotr Wiśniowski ma blisko tysiąc znajomych na Facebooku
, znany w internecie jako ks. Wujek - od 13 lat jest kapłanem archidiecezji wrocławskiej; aktualnie posługuje w parafii św. Elżbiety Węgierskiej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu