Korpo nowo mowa
O tym, dlaczego mówimy tak, że nie możemy się zrozumieć
ASAP, OMG, FYI, IMO - to nie tajne wojskowe kody. To również nie oznaczenia indeksów giełdowych. To wyrażenia, stwierdzenia, zdania. Tak mówią do siebie pracownicy polskich firm.
Dla jednych korporacja to szczyt marzeń. Dla innych szczyt obłudy. Jedni urodzili się w gorsecie korpokonwenansu i za lunch z CEO (prezes jest w firmie, nie w korporacji) sprzedaliby duszę diabłu. Uwielbiają też kreślić plany na flipchartach (tablice na stojakach) lub w programie PowerPoint, koniecznie z profesjonalnymi animacjami. Dla innych to praca jak każda, są tu trochę przypadkowo. Oni mają raczej spotkania niż meetingi i częściej, jeśli w ogóle, chodzą na siłownię, a nie na fitness. Jeszcze innych mierzi sztuczność i najchętniej rzuciliby tę robotę, by paść owce w Bieszczadach.
Wszyscy jednak - niektórzy szybko, inni wolniej - ulegają zwyczajowi posługiwania się specjalnym kodem będącym świadectwem czasów, ale i drogą na skróty, z której korzysta coraz więcej osób. Specjaliści od komunikowania zaczęli ten kod nazywać korponowomową. Rozmawiają w ten sposób bankowcy, prawnicy, ubezpieczeniowcy, brokerzy finansowi, pracownicy linii lotniczych, księgowi, hotelarze, specjaliści od reklamy, marketingowy i PR-owcy, a nawet - choć rzadziej - pracownicy mediów. Właściwie wszyscy, którzy pracują w rozbudowanych firmach. Głównie młodzi, choć i starszym ta maniera udziela się coraz częściej.
W korporacjach można mówić tak: "Słuchajcie, trzeba przygotować materiał dla szefa, bo ma ważne wystąpienie. Oczywiście jest określony termin, a w razie problemów można skontaktować się ze sprzedawcą i poprosić o pomoc".
Komunikat wydaje się prosty i zrozumiały.
Ale można też tak: "Hej, everybody, potrzebny research dla bossa, i to asap. Boss przygotowuje speach na event z targetem. Mamy deadline, w razie problemów trzeba sendnąć mejla do sales managera i poprosić o szybki feedback". A jeśli jeszcze dorzucimy: "Bez tego klient nie zlaunchuje nowego top-productu i będzie niezły fuck up", to w korporacyjnej hierarchii wdrapiemy się na szczyty. Pytanie tylko czego? Fachowości? Czy może głupoty?
Zdaniem Jerzego Ciszewskiego, doradcy wizerunkowego wielu polskich firm i twórcy jednej z pierwszych agencji public relations w Polsce, trzy czwarte rozmów w przedsiębiorstwach to dyskusje o niczym. Ich wartość komunikacyjna jest zerowa, nie niosą ze sobą żadnej treści, są po to, aby dokonywał się ceremoniał posługiwania się metajęzykiem. - W komunikacji pracowników korporacji jest wiele aktorstwa. Grają, bo zdają sobie sprawę z tego, że marketing produktów, za który odpowiadają, to jedno, ale ważny jest również ich własny marketing. I rzeczywiście jest on istotny, lecz wykonywany nieumiejętnie jedynie ich demaskuje, działa przeciwskutecznie - ocenia Jerzy Ciszewski.
Z drugiej strony, kiedy zatrudnieni w korporacjach odegrają już słowny spektakl podnoszący ich wartość rynkową i chcą coś omówić, treść przekazywana jest w specjalny sposób. Ciszewski przyznaje, że i on używa korponowomowy. Dzięki temu jest w stanie skuteczniej porozumieć się i z pracownikami, i ze swoimi klientami w dużych przedsiębiorstwach. - Język ewoluuje, nikt nie powinien się za to obrażać. Nie zmienimy tego, cały świat dąży do upraszczania i przyspieszania dróg wymiany myśli. Inaczej mówiliśmy do siebie 20 lat temu, inaczej dzisiaj. W inny sposób wymieniają zdania ludzie bardzo młodzi, inaczej rozmawiają dojrzali. Grupy zawodowe mają własne kody, w których używają pojęć kluczy. Dzięki nim szybciej przekazują sobie dane, rozumieją się lepiej, efektywniej współpracują. Specyficzna komunikacja jest znakiem czasów, ale nie ma w niej nic złego - dodaje.
Logicznie, ale bez treści
Doktor Marek Kochan, badacz języka z Uniwersytetu Warszawskiego prowadzący zajęcia dla studentów m.in. z retoryki, stworzył diagram składający się z kilku pozycji układających się pionowo i kilku poziomych. W każdej z rubryk wpisał określone sformułowanie często używane przez pracowników korporacji. Wszystkie spajały się w logiczne zdania, ale żadne w praktyce nie niosło ze sobą cennej treści, np. "Synergia działań poszczególnych segmentów zapewni efektywne zarządzanie naszymi projektami" lub "Poszczególne segmenty rynku dzięki efektywnemu zarządzaniu osiągną efektywną synergię". I tak dalej. Takich bezwartościowych układanek można stworzyć kilkadziesiąt.
- Korpojęzyk w większości przypadków nie wnosi do komunikacji dodatkowych znaczeń, nie służy porozumieniu, często nawet zaciemnia znaczenie wypowiedzi. Ma raczej znaczenia autoprezentacyjne i perswazyjne. Jeśli w czasie firmowej prezentacji ktoś chce używać komunikatywnego, ale dość prostego języka pozbawionego ozdobników, część odbiorców może uznać, że w oferowanych mu usługach nie ma niczego nadzwyczajnego, że nie są one bardzo wiele warte - tłumaczy Kochan. - Ale jeżeli mówiący dorzuci piętrowe konstrukcje oparte na korponowomowie, jeśli zbombarduje odbiorców "profesjonalną" terminologią, którą być może będzie nawet musiał tłumaczyć, może na części z nich zrobić wrażenie wielkiej fachowości. Zostanie wyżej oceniony i pozyska atrakcyjne zlecenie. A zatem przyczyną używania korponowomowy może być cel biznesowy. Choć inna sprawa, że gdy ktoś się na czymś naprawdę zna, zwykle umie o tym mówić prostym językiem, nie potrzebuje ozdobników.
Jacek Morawski, trener biznesu i doradca prezesów przedsiębiorstw giełdowych, przekonuje, że w określonych kręgach nie można nie używać specjalnego firmowego slangu. Jest on bowiem elementem korporacyjnej tożsamości i wyznacznikiem stopnia identyfikacji z pracodawcą. A im jest ona wyższa, tym lepiej.
- Osoby komunikujące się językiem prostym, bezpretensjonalnym uznawane są za gorsze, słabiej wykształcone i mniej znające się na swojej profesji. W korpohierachii traktuje się je z subtelnie ukrywaną wyższością. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich firm i wszystkich branż. Na szczęście są jeszcze takie, należą do nich np. media, gdzie używanie korpojęzyka jest ograniczone jedynie do działów reklamy lub sprzedaży, a dziennikarze robią sobie żarty z osób posługujących się kalkami językowymi i uważają ich za półgłówków - mówi Morawski.
Jednak nawet i w mediach czasem pojawiają się "korpokwiatki". W jednej z gazet czujny redaktor wychwycił takie oto pytanie zadane w wywiadzie: "Przewidzieliście załamanie na rynku budowlanym, a nie przewidzieliście, że drajwerem wzrostów będą pożyczki dla agrobiznesu?". Słowo "drajwer", cokolwiek by w takim zapisie znaczyło, na szczęście nie ukazało się w druku.
Według Marka Kochana korporacyjna nowomowa jest zjawiskiem wielowymiarowym zarówno pod kątem genezy, jak i przebiegu. Rodzi się z potrzeby stworzenia wrażenia fachowości osoby jej używającej, co przekłada się, a przynajmniej ma się przekładać na osobiste korzyści różnego rodzaju - uznanie przełożonych i współpracowników, awanse, bonusy do pensji czy wreszcie podwyżki wynagrodzenia.
Korponowomowa nie tylko opiera się na szablonowych konstrukcjach zdaniowych, lecz także musi używać określonego zbioru słów kluczy. - To nie język, to specyficzna lingua, w której często używa się słów w wąskich znaczeniach. Na przykład "historia" odnosi się do historii rachunku bankowego albo historycznych (czyli z poprzednich lat) wyników danej firmy. A jeśli mówi się o "filozofii", chodzi tylko o "filozofię przedsiębiorstwa", pojęcie, w którym widać chęć uwznioślenia i zarazem przerost formy nad treścią. Lepiej przecież w tym kontekście mówić np. o stylu działania niż o filozofii, która opisuje zupełnie inne zjawiska - wyjaśnia Kochan.
Ekonomia języka
Jacek Morawski zwraca również uwagę na specjalne kody, jakich pracownicy korporacji używają w czasie wymiany korespondencji elektronicznej. Najważniejsze to ASAP ("as soon as possible", jak najszybciej), FYI ("for your information", do wiadomości), OMG ("oh my God", o Boże) czy IMO ("in my opinion", moim zdaniem). - Skrótowość pozwala utrzymać tempo wymiany informacji na wysokim poziomie. Ale jest również elementem negatywnych korporacyjnych nawyków - ocenia Morawski.
- W walce o klienta liczy się szybkość wymiany informacji. Kody i skróty służą temu idealnie. Dlatego ich popularność będzie zapewne rosła - przewiduje Jerzy Ciszewski.
- Gdyby każdy, kto pisze codziennie po kilkadziąt czy nawet kilkaset e-maili do kolegów z firmy, miał umieszczać w treści listu pełne zdania zamiast skrótów, to zapewne wieczorem czułby się znacznie bardziej zmęczony. Stosowanie korpokodu wynika w związku z tym również z wygody i dbałości o własne samopoczucie - dodaje Marek Kochan.
Źródłem specyficznej linguy bywa także to, że w środowiskach korporacyjnych ludzie bardzo często swobodnie mówią w co najmniej jednym języku obcym. Wysoko postawieni menedżerowie, szefowie polskich oddziałów międzynarodowych koncernów raportują często jedynie w języku angielskim do swoich przełożonych w bankach, towarzystwach ubezpieczeniowych czy sieciach handlowych w Anglii, USA czy Niemczech. Jak przekonuje Marek Kochan, po latach takiej praktyki niektóre fachowe określenia trudno im dokładnie oddać w języku polskim. Używają więc słownych nowotworów wynikających ze skrzyżowania słów angielskich i polskich. Czasem ma to sens, częściej przypomina slang zrozumiały tylko dla określonej grupy słuchaczy.
Dla wszystkich za to zapewne zrozumiała będzie korporacyjna anegdota, jaką pewien profesor z Uniwersytetu Warszawskiego zwykł opowiadać swoim studentom. Szczególnie tym, którzy mimo gorsetu, jaki nakłada na swoich wyznawców korporacyjna kultura językowa, deklarowali, że ich ambicją jest zdobycie dobrze płatnej pracy właśnie w dużym przedsiębiorstwie.
Brzmi ona tak: "Pewien młody człowiek pracował w korporacji. Miał meetingi, lunche, zapisywał taski na flipchartach. Planował nawet, kiedy zostać CEO. U niego wszystko musiało być ASAP. Choć chwilami miewał kryzysy. Kiedy pewnego dnia ochroniarz strzegący dostępu do wejściowej bramki w firmie kazał mu zawinąć nogawkę spodni od garnituru za 5 tys. zł i pokazać przed wejściem do pracy, czy ma czarne podkolanówki odpowiedniej długości i grubości, człowiek ów nie wytrzymał. Wbrew korporacyjnym kanonom sztucznej, posłodzonej nowomowy wykrzyczał nadzorcy prosto w twarz znane nam wszystkim staropolskie: »Spierdalaj!«. A potem wyszedł. Na obiad, bo lunchów już nie jada".
@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.000007500.802.jpg@RY2@
getty images/Flash Press Media
Jeżeli mówiący zbombarduje odbiorców "profesjonalną" terminologią, zrobi na nich wrażenie fachowości. Zostanie wyżej oceniony i dostanie zlecenie
Marcin Hadaj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu