Matki weekendowe
O tym, dlaczego macierzyństwo i wyrzuty sumienia często idą w parze
W małych szkolnych ławkach siedzą trzydziestolatkowie. Trwa właśnie wywiadówka. Zdenerwowana młoda wychowawczyni objaśnia rodzicom wyższość obuwia na zmianę z jasną podeszwą, które nie zostawia śladów, nad ciemnymi trampkami brudzącymi parkiet. Zadowolona, że może wreszcie zmienić temat, zaprasza wszystkich na przedstawienie przygotowane przez ich dzieci z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. W najbliższy piątek o 15. Pyta, czy komuś ta pora nie odpowiada. - Tylko ja nieśmiało podniosłam rękę - mówi Kinga Rychter, menedżer z firmy badawczej. I zamarła. Była jedyna. - Delikatnie zapytałam, czy nikt nie pracuje zawodowo - opowiada. Poczuła nierozumiejące spojrzenia. Nie, nie wszyscy pracują. Poza tym można się przecież z pracy urwać, wyjść wcześniej. - Napiszemy pani zwolnienie - rzucił jeden z ojców.
Kinga to jedna z 7 mln Polek na etacie. Średnio pracują 39,2 godz. tygodniowo, ale doliczając czas dojazdu do i z firmy (zwłaszcza w większych miastach), przygotowania do pracy czy nieformalnych nadgodzin, na obowiązki zawodowe poświęcają więcej niż osiem godzin dziennie. Jeszcze więcej czasu zajmują one kobietom na stanowiskach kierowniczych. A jak wynika z badań przeprowadzonych przez firmę doradczą Boston Consulting Group, 30 proc. kadry menedżerskiej w Polsce stanowią panie. To więcej niż w Niemczech (13 proc.), USA (17 proc.) czy przeciętnie na świecie (21 proc.). Co trzecia zarejestrowana w KRS spółka miała w 2011 r. kobietę w zarządzie. - Coraz więcej kobiet jest pracodawcami. Struktura ich zatrudnienia zmienia się, co wpływa na sposób, w jaki godzą one obowiązki zawodowe i rodzicielskie - mówi dr Bożena Kołaczek z Zakładu Problemów Rodziny Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych.
Mimo że średnio nadal są gorzej wynagradzane niż mężczyźni (w 2010 r. przeciętnie zarabiały o 17,7 proc. mniej), jednak coraz częściej zdarza się, że to one - jako lepiej zarabiające w związku - poświęcają się karierze, a ich partnerzy w większym stopniu angażują się w obowiązki rodzicielskie. Do niedzielnych ojców dołączyły weekendowe mamy. Choć same nie lubią tego określenia, podobnie zresztą jak skrótu myślowego matka Polka. Bo żadne z tych pojęć nie oddaje tego, czym jest macierzyństwo i jakie obowiązki się z nim wiążą.
Na świeczniku
Pełniąc przez sześć lat funkcję prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej, Anna Streżyńska wyjeżdżała do pracy o 7-7.30. Do domu wracała o 21-22. Wolne były weekendy, ale i tak często poświęcała je obowiązkom zawodowym. Dwiema dziś już prawie dorosłymi córkami zajmował się mąż. Początkowo ograniczył pracę, a po przeprowadzce rodziny do domu pod Warszawę zrezygnował z niej, poświęcając się opiece nad dziećmi. - W pewnym sensie zdecydowało o tym życie. Jako prawniczka miałam lepsze perspektywy zarobkowania niż mąż, psychoterapeuta w państwowej służbie zdrowia. Szybko awansowałam, coraz więcej czasu poświęcałam na obowiązki służbowe, a mąż przejmował te rodzinne - mówi Anna Streżyńska.
Otoczenie początkowo obserwowało takie decyzje ze zdziwieniem. Dzieci chodziły do katolickiej szkoły. Teściowie mieli konserwatywne poglądy i tradycyjne podejście do obowiązków rodzinnych. - Przekonało ich to, że wykonuję służbę publiczną. Z tego powodu byli skłonni wybaczyć ograniczenie moich obowiązków rodzicielskich. Ale zdarzało się, że sama odczuwałam zazdrość, gdy w szkole moich córek widziałam oplecione wianuszkiem dzieci mamy, które zostają w domach i poświęcają się opiece nad nimi - dodaje była prezes UKE.
Z perspektywy czasu dostrzega minusy nieobecności w domu. Towarzyszy jej poczucie, że mogła zawieść córki w okresie dorastania, kiedy obecność matki jest potrzebna. Mimo że mąż dzielnie radził sobie z obowiązkami domowymi. Teraz to on wraca do swojego ulubionego zajęcia, czyli pracy społecznej.
Rozkład dnia
Ile jest rodzin, w których to kobieta poświęca się pracy zawodowej, a mężczyzna wychowaniu dzieci, nikt dokładnie nie wie. Z badania GUS przeprowadzonego w 2010 r. wynika, że 1,1 proc. mężczyzn posiadających dziecko do lat ośmiu (czyli ok. 27 tys. osób) zrezygnowało z pracy na co najmniej miesiąc, aby móc zajmować się potomstwem (odpowiednio 9,8 proc. kobiet, czyli 238 tys.). Z kolei 1,2 proc. takich ojców (ok. 29 tys.) skorzystało z co najmniej miesiąca urlopu wychowawczego (38,4 proc. kobiet, 931 tys.). Za ten czas rodzicowi nie przysługuje wynagrodzenie, a państwo opłaca mu jedynie składki ubezpieczeniowe. Natomiast 3 proc. mężczyzn (ok. 73 tys.) czasowo obniżyło swój wymiar czasu pracy, by zająć się dzieckiem (22,5 proc. kobiet, 546 tys.).
W porównaniu do matek ojcowie nadal zdecydowanie rzadziej poświęcają się obowiązkom rodzicielskim kosztem kariery zawodowej. Trzeba jednak pamiętać, że są to dane szczątkowe. Nie uwzględniają np. niepracujących mężczyzn, którzy na stałe zajmują się potomstwem, a także tych, którzy z tego powodu podjęli pracę wyłącznie na część etatu (na stałe). Łącznie więc w co najmniej kilkudziesięciu tysiącach rodzin to kobieta jest głównym jej żywicielem, a mężczyzna zajmuje się dziećmi.
Plan dnia większości takich matek jest dopięty na ostatni guzik. Kiedy Kinga Rychter, zawodowo kierownik działu, prywatnie mama dwójki dzieci, wraca do domu na czas - czyli o siódmej - rytm wieczornych obowiązków jest zawsze ten sam. Ma dwie godziny, podczas których musi zdążyć sprawdzić, czy dzieci odrobiły lekcje, przeczytać, co jest w dzienniczku, podać szybką kolację, a potem już tylko prędko: "zęby, paciorek i spać". Czasem uda się znaleźć kilkanaście minut na czytanie. Na rozmowy, dlaczego córka tak bardzo nie lubi chodzić na lekcje przyrody i dlaczego Basia ją tak denerwuje, na wysłuchanie relacji syna z ostatnio rozegranego meczu z kolegami albo opowieści o tym, że grali w świetlicy w karty i ten rudy Robert znowu oszukiwał, czy po prostu szukanie odpowiedzi na pytanie, co robią kaczki w czasie zimy - jest czas tylko w weekend. A i wtedy jest go niewiele, bo trzeba jeszcze pozałatwiać wszystkie inne sprawy, na które nie ma czasu w dni powszednie. Taki harmonogram obowiązuje w rodzinie Kingi już od kilkunastu lat.
Mąż też pracuje. Jedna pensja na utrzymanie rodziny by nie wystarczyła. Zarabiają podobnie, ale zdarzały się lata, że to ona w większym stopniu zasilała rodzinną kasę. Spłacają kredyt, a przy dwójce dzieci, opłatach za szkołę i opiekunkę, która odbiera dzieci z zajęć i czeka na ich powrót do domu - nie mają wyboru, oboje muszą pracować. Gdyby jedno straciło posadę, mieliby problem z samodzielnym utrzymaniem się nawet przez miesiąc. Każdy zamyka się na styk. To, co czasem udaje się odłożyć, przeznaczają na wakacje - jedyny czas, kiedy udaje się pobyć razem, na spokojnie, z dziećmi.
Kiedy Kinga usłyszała na wywiadówce, że nikt oprócz niej nie ma problemu z obecnością na szkolnym przedstawieniu, przyszło jej do głowy, że jest jednym z tych wyrodnych rodziców, którzy nie mają czasu dla dzieci. Zawsze pociesza się, że może ten ograniczony czas, który z nimi spędza, dobrze wykorzystuje. Liczy się przecież jakość, a nie ilość.
- Nie ma żadnych badań, które wskazywałyby, że tylko kobieta może dobrze opiekować się dziećmi. Oddelegowanie matek do tego typu obowiązków to kwestia kulturowa - tłumaczy dr Aleksandra Piotrowska, psycholog, prodziekan Wyższej Szkoły Pedagogicznej Związku Nauczycielstwa Polskiego w Warszawie.
Podkreśla jednak, że na co dzień spotyka się z matkami, które uważają, że poświęcają za mało czasu dla dziecka, zwłaszcza gdy np. oprócz pracy zawodowej podejmują jeszcze studia. Dzieje się tak, choć zdają sobie sprawę z tego, że dziecko ma też ojca.
Jej zdaniem rodzice nie powinni doprowadzać do sytuacji absurdalnych, gdy żadne z nich nie ma czasu dla rodziny. Wtedy należałoby zadać pytanie, dlaczego w ogóle zdecydowali się na posiadanie potomstwa. - Widywanie się z dzieckiem tylko po to by je wykąpać i położyć spać, czy proszenie opiekunki, by została dłużej, to niepokojące zjawisko. Oczywiście może zdarzyć się tak, że dziecko, które przebywa cały czas z niepracującą matką, czuje się bardziej osamotnione niż to, którego mama jest zatrudniona, ale umie poświęcić mu uwagę. Rodzice muszą po prostu umieć łączyć życie zawodowe i rodzinne - dodaje Piotrowska.
Na straży mitu
Nadal jednak kobieta zaangażowana w obowiązki zawodowe kosztem rodzinnych bywa postrzegana jako wyrodna. O pracującym ojcu tak się nie mówi.
"Ale z niej matka!!! Nie chciałbym mieć takiej", "Dla kasy poświęci nawet spokój dziecka, które najlepiej czuje się przy mamie" - to tylko przykładowe wpisy internautów komentujące informację o tym, że Magda Mołek, prezenterka TVN, miała wrócić do pracy w niecały miesiąc po urodzeniu dziecka. Ostatecznie i tak wróciła później. Podobne komentarze dotyczyły innej dziennikarki tej samej stacji, Anny Kalczyńskiej. Powodem był jej wpis na Twitterze z 12 października tego roku: "Mam w nosie roczny macierzyński. Spodziewam się trzeciego dziecka i wiem, co mówię. Wrócę do pracy po 6 mies., za to poproszę o system ulg podatkowych!".
Na straży ideału matki Polki stają jednak też konserwatywna w sprawach rodziny opinia publiczna oraz poważne środki masowego przekazu. Z artykułu "Matka ekspresowa" opublikowanym we "Wprost" (6/2009) można dowiedzieć się, że "Natasza Urbańska dwa tygodnie po urodzeniu córki uczestniczyła w koncercie sylwestrowym teatru Buffo. W połowie stycznia 2009 r. rozpoczęła regularne występy na scenie i wróciła do pracy nad płytą. Matka, która wraca do pracy przed upływem sześciu tygodni od porodu, jest czterokrotnie bardziej narażona na to, że nie będzie mogła karmić dziecka piersią nawet podczas pierwszego półrocza jego życia, niż gdyby dłużej została w domu. Bardziej niekorzystny niż brak naturalnego pokarmu jest dla malucha brak kontaktu z matką".
W tymże artykule oberwało się także cudzoziemkom. Rachidzie Dati, byłej francuskiej minister sprawiedliwości, wytknięto, że piątego dnia po porodzie uczestniczyła w posiedzeniu rządu, a Sarze Palin, kandydatce na wiceprezydenta USA - to, że wróciła do pracy trzy dni po urodzeniu wcześniaka z zespołem Downa. W obu krajach te decyzje obudziły społeczne wzburzenie. W Polsce takich sytuacji nie ma. Ale kontrowersje wzbudza choćby postawa minister sportu Joanny Muchy. Postawiła na karierę polityka, która wymaga wiele poświęceń - w efekcie stała się dosłownie weekendową matką. Dzieci widuje w soboty i niedziele. Pochodzi z Lublina, ale kariera zawodowa rzuciła ją do Warszawy. Sama przyznawała w wywiadach, że mąż nie był zadowolony, kiedy coraz więcej czasu poświęcała pracy, i z niepokojem przyglądał się temu, jak robi karierę. Jego zdaniem kosztem rodziny. - Często miałam zajęcia w niedzielę z Akademią Janusza Palikota albo na KUL. I mąż tego nie akceptował, uważał, że to jest nie w porządku, nie ma prawa mnie nie być w domu w niedzielę - mówiła w jednym z wywiadów.
Jednak z pracy nie zrezygnowała. I na tym polu osiągnęła sukces - otrzymała tekę ministra sportu. To jednak bardzo angażujące zadanie, która wymaga nie tylko obecności w Warszawie, lecz także wielu wyjazdów służbowych. Dlatego zdecydowała, że dzieci zostaną w rodzinnym mieście z ojcem. Ona sama stara się jeździć do nich jak najczęściej. Rok temu zwierzała się jednak "Kurierowi Lubelskiemu", że taka rozłąka jest trudna. - Szczególnie jeśli chodzi o młodszego syna, 11-letniego Krzysia. Bo starszy Staś już trochę chodzi własnymi drogami. Bardzo tęsknię. Oni też - mówiła Mucha.
Jej decyzja wzbudziła kontrowersje, przede wszystkim dlatego, że jest kobietą. Ten aspekt życia posłów czy ministrów, którzy wyjeżdżają do pracy, zostawiając dzieci i żonę w rodzinnym mieście, nie jest tak szeroko komentowany.
To przykłady dotyczące osób publicznych. W przypadku anonimowych pracujących kobiet funkcję samozwańczego strażnika macierzyńskich obowiązków pełni najczęściej ktoś z rodziny, rzadziej znajomi czy sąsiedzi lub nauczyciele dzieci. Wystarczy, że ktoś nieustannie daje im do zrozumienia, że nie spełniają oczekiwań jako matka.
Zdarza się, że teściowa pyta Agnieszkę, dziennikarkę z Krakowa, dlaczego nie pójdzie na bazar kupić dobre warzywa. Albo nie upiecze sama chleba. - Mam trójkę dzieci, ale nie mogę sobie pozwolić na to, by być z nimi tyle czasu, ile bym chciała - mówi. Nie podoba jej się określenie "weekendowa matka". W jej przypadku, podobnie jak większości pracujących kobiet, zaangażowanie zawodowe wynika przede wszystkim z przyczyn ekonomicznych. Przyznaje jednak, że zawsze chciała być samowystarczalna, dlatego pierwsze pieniądze zarobiła w liceum. Poważną pracę zaczęła na studiach, kiedy dostała staż w telewizji. Gdy po ślubie pojawiło się dziecko, potem drugie i trzecie, nie zamierzała rezygnować z kariery. Choć dziś przyznaje, że tęskni za takim zajęciem, które pozwoliłoby jej spędzać więcej czasu z dziećmi. Po urodzeniu syna wróciła do firmy, gdy skończył trzy miesiące. Co trzy godziny chodziła do toalety, żeby ściągać pokarm, a potem pełną butelkę - z dużym napisem "Nie ruszać" - wstawiała do wspólnej korporacyjnej lodówki. Nie chciała z powodu pracy rezygnować z karmienia piersią. Z dziećmi została niania. Nie było jej łatwo, ale nie miała wyboru - była zatrudniona na umowę o dzieło i więcej czasu na pobyt z nowo narodzonym dzieckiem nie dostała.
Wytrwałość się opłaciła, szybko awansowała, to zaś wiązało się z większymi zarobkami. Choć próbowała tak ustalić rytm pracy, by nie wracać za późno do domu, to mąż odbierał dzieci z przedszkola. Potem przeszedł na część etatu. Pensja z jego pracy w urzędzie miasta starczała akurat na opiekunkę, uznali więc, że lepiej, żeby to on więcej zajmował się synem i córką niż niania. Taki układ im nie przeszkadzał - kupili nowe, większe mieszkanie, musieli więc spłacać kredyt, a w końcu to ona zarabiała więcej. Jednak przy trzecim dziecku coraz częściej myślała, żeby jednak bywać częściej z dziećmi. Tym bardziej że nieraz wracała do domu po 20. i miała czas jedynie na to, by je ucałować, kiedy już leżały w łóżkach. W końcu postanowiła coś zmienić, zrezygnowała z pracy. Została freelancerką. - Chciałam być więcej w domu - mówi Agnieszka. Rok temu otrzymała dobrą propozycję stałej pracy. Przyjęła ją, bo zmusiły ich do tego warunki ekonomiczne. I znowu wraca w pośpiechu na siódmą do domu.
Święte weekendy
Sytuacja pracujących kobiet ma się poprawić dzięki zapowiedzianemu rozszerzeniu uprawnień rodzicielskich. Po wykorzystaniu półrocznego urlopu macierzyńskiego matka lub ojciec będą mogli skorzystać jeszcze z kolejnych 6 miesięcy urlopu rodzicielskiego. Już po 20. tygodniu macierzyńskiego rodzic będzie mógł łączyć obowiązki rodzinne z pracą zawodową (na część etatu). Zmiany mają wejść w życie 1 września 2013 r.
- Sądzę, że co najmniej połowa wymiaru takich urlopów powinna być przypisana ojcu dziecka. Praktyka wskazuje, że gdy rodzice mogą wybrać, które z nich wykorzysta dane uprawnienie, prawie wyłącznie decyduje się na to matka, a nie ojciec - mówi dr Aleksandra Piotrowska.
- Ważne, aby rodzice mieli możliwość skorzystania z całego pakietu rozwiązań, który obejmie nie tylko kwestię uprawnień pracowniczych rodziców, ale też np. usługi opiekuńcze - mówi prof. Irena Kotowska ze Szkoły Głównej Handlowej.
Ich znacznie podkreślają same pracujące mamy. Liczą się wszystkie możliwości, które ułatwiają godzenie pracy z opieką nad potomstwem.
- W UKE salkę do opieki nad dziećmi z zabawkami, książkami, placykiem zabaw. Rodzice pracowali przy stanowiskach komputerowych, a dzieci spały albo się bawiły - mówi Anna Streżyńska.
Podkreśla, że problemem są często zbyt sztywne przepisy i zbyt małe zaufanie do pracowników. Wyśrubowane wymogi utrudniają dziś zakładanie przyzakładowych żłobków czy przedszkoli. Z kolei brak zaufania do zatrudnionych (w połączeniu z restrykcyjnymi przepisami np. w zakresie bhp) przyczynia się do tego, że firmy nie korzystają z telepracy. Oba te rozwiązania mogłyby ułatwić godzenie obowiązków rodzicielskich i zawodowych.
Zatrudnionym rodzicom pozostaje praca w dni powszednie i wyczekiwanie na weekend z dziećmi. - Przy takim trybie pracy staje się on niemalże święty. Wtedy mamy szansę zjeść razem przy stole, poprzytulać się czy pójść razem na łyżwy - mówi Agnieszka. Dlatego też pomimo że niedawno trafiła jej się intratna propozycja pracy, którą musiałaby wykonywać także w sobotę i niedzielę - odmówiła. Postanowiła, że weekendu jej i jej dzieciom nikt nie zabierze.
Na straży ideału matki Polki stoi konserwatywna w sprawach rodzinnych opinia publiczna
@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.00000260d.806.jpg@RY2@
shutterstock (4), corbis/fotochannels
@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.00000260d.807.jpg@RY2@
@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.00000260d.808.jpg@RY2@
@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.00000260d.109.jpg@RY2@
@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.00000260d.110.jpg@RY2@
Łukasz Guza
Klara Klinger
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu