Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Śmierć w mieście Łodzi

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 19 minut

Nie jest położona w niekorzystnym miejscu, nie jest specjalnie zanieczyszczona, nie ma najgorszej służby zdrowia. Ale z jakiegoś powodu łodzianie umierają młodziej

Klimat, zanieczyszczenia, styl życia, dieta, geny... Jeśli chodzi o długość trwania życia, wszystko ma znaczenie. Trudno powiedzieć, czy w ogóle istnieje jeden czynnik, który o tym przesądza. Wydawałoby się, że najkrótsza średnia życia powinna być w województwie warmińsko-mazurskim, gdzie jest najwyższy wskaźnik bezrobocia, albo w Krakowie, który jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych miast - mówi Artur Satora z Głównego Urzędu Statystycznego. Ale to Łódź przewodzi w niechlubnych statystykach.

Jeśli w II Szpitalu Miejskim im. św. Rydygiera w Łodzi przyjdzie dziś na świat chłopiec, najprawdopodobniej dożyje stycznia 2084 r., a dziewczynka - 2093 r. Polacy z pozostałych części kraju przeżyją ich co najmniej o dwa lata (a dzieci urodzone w Krakowie czy Warszawie nawet o pięć lat). W Łodzi mężczyźni żyją tak długo jak przeciętny Polak w 2001 r., kobiety - jak statystyczna Polka pięć lat temu. Choć, podobnie jak wszędzie, także w Łodzi trwanie życia wydłuża się z roku na rok, jednak nie dzieje się to tak szybko, jak w innych stolicach województw. Przez ostatnie trzy dekady dysproporcja między Łodzią a Krakowem zwiększyła się o trzy lata.

Próby rozwikłania tej zagadki podejmują się demografowie i samorządowcy. Statystyki długości życia zaniepokoiły jakiś czas temu posła Johna Godsona. Łodzianin, dawniej miejski radny, przeczytał artykuł o różnicach w długości życia krakowianina i mieszkańca swojego miasta. Powołując się na zamieszczone tam dane, złożył w Sejmie interpelację, w której nie tylko zwracał uwagę premiera na rozbieżności, lecz także zastanawiał się nad przyczynami takiego stanu rzeczy. Zauważył: "Dochód na osobę per capita jest w miarę zbliżony w większych miastach naszego kraju, podobnie jak poziom życia" i domyślał się, że różnica może być winą "złego trybu życia, utrudnionego dostępu do opieki zdrowotnej czy też uciążliwości środowiska".

Z intuicjami posła próbował zmierzyć się ówczesny wiceminister zdrowia Andrzej Włodarczyk. Przypomniał, że długość życia w różnych krajach znacząco się różni, a Polska odstaje od niektórych europejskich państw nawet o kilka lat. Jako jedną z przyczyn podał zanieczyszczenie powietrza i zapewnił, że w trosce o bezpieczeństwo mieszkańców agendy rządowe prowadzą jego pomiary. Ostatecznej odpowiedzi na kluczowe pytanie zabrakło.

Trop 1: PM10

Raport Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska staje się dla mnie pierwszym tropem. Na potrzeby opracowania tego dokumentu eksperci podzielili Polskę na 46 stref, w których mierzyli poziom stężenia różnych związków chemicznych w powietrzu. Tylko w jednej z tych stref - aglomeracji lubelskiej - normy zanieczyszczenia nie zostały przekroczone. W pozostałych regionach wykryto znacznie podwyższone stężenia kadmu, ołowiu, dwutlenku siarki i ozonu. W przypadku zagadki krótkiego trwania życia łodzian to jak kulą w płot. Żadne z tych zanieczyszczeń nie zagraża miastu.

Pewien ślad w badaniach jakości powietrza kryje się pod trzema symbolami: PM10, PM2,5 oraz C2 0H12. Dwa pierwsze to pyły, trzeci - benzopireny. Wszystkie powstają w wyniku spalania: śmieci, węgla, drewna. Czyli tego, czym łodzianie na potęgę ogrzewają domy. Aby poprawić w mieście jakość powietrza, musiałaby wydarzyć się prawdziwa rewolucja. W odpowiedzi na interpelację posła Godsona Andrzej Włodarczyk przyznał, że Łódź potrzebuje "rozbudowy systemów ciepłowniczych i gazowych, termomodernizacji budynków i wyposażenia ich w przyłącza ciepłownicze lub gazowe bądź wymiany w budynkach starych źródeł ciepła na nowe, ekologiczne".

Niestety na taką rewolucję potrzeba pieniędzy, trudno spodziewać się, że będą je mieli łodzianie. Tymczasem, jak przewidują eksperci Ministerstwa Zdrowia, obecność w powietrzu tych związków może przyczyniać się do częstszego występowania chorób układu oddechowego i nowotworów, a także wyższej śmiertelności z nimi związanej. Czyżby to była odpowiedź na zagadkę? Niekoniecznie. Podobnie wysokie stężenia we wdychanym powietrzu pyłów i benzopirenów występują w Krakowie, Warszawie czy Poznaniu, gdzie żyje się znacznie dłużej niż w Łodzi. Potraktujmy te dane na razie jako poszlakę.

Trop 2: Zdrowie

Pozostańmy w kręgach związanych z ochroną zdrowia, bo niska średnia wieku w województwie łódzkim dziwi specjalistów także w tej dziedzinie. W listopadzie z zagadką próbowało się zmierzyć prawie 200 osób - uczestników regionalnego spotkania menedżerów, dyrektorów szpitali, samorządowców i lekarzy. Konferencja zorganizowana pod patronatem pisma "Rynek Zdrowia" przyniosła kolejne paradoksy. Choćby taki, że przy jednym z najlepszych wskaźników liczby łóżek szpitalnych na tysiąc mieszkańców (5,3 przy średniej krajowej 4,7), woj. łódzkie ma najwyższy w kraju wskaźnik umieralności z powodu nowotworów i chorób układu trawiennego. Jeśli chodzi o umieralność na choroby krążenia, jest natomiast drugie.

- Województwo łódzkie ma bardzo dobrą bazę szpitalną, jest tu siedem szpitali klinicznych, doskonały szpital Centrum Zdrowia Matki Polki - wylicza Wojciech Kuta, redaktor naczelny miesięcznika i portalu "Rynek Zdrowia" i przyznaje, że sam nie do końca rozumie, w czym może tkwić problem. - Podczas konferencji zastanawialiśmy się nad tym przez kilka godzin.

Jednym z tropów, którymi podążali paneliści, było niedostosowanie usług szpitalnych do potrzeb województwa. Z jednej strony łódzkie ma najlepsze oddziały położnicze, a co za tym idzie najniższy wskaźnik śmiertelności noworodków z powodu wad wrodzonych (jedynie 1,3, podczas gdy w kraju 1,7). Z drugiej - brakuje opieki geriatrycznej, co przy starzejącym się społeczeństwie musi przynieść fatalne skutki. Jak twierdzili uczestnicy konferencji, wiele z nich już widać: w 2010 r. na każde 10 tys. mieszkańców na choroby układu krążenia umarło 56 osób (polska średnia to 10 mniej), na nowotwory - 31 osób (25 to średnia dla Polski). Wśród 420 tys. pacjentów, którzy leczyli się wówczas na pierwszą grupę schorzeń, najwyższy odsetek stanowili mieszkańcy po 55. roku życia.

Inną poszlaką może być też jakość usług medycznych. - Z jakiegoś powodu łodzianie najczęściej w Polsce wyjeżdżają leczyć się do innych województw, wojewódzki oddział NFZ musi płacić rocznie ok. 200 mln zł za usługi wykonane poza łódzkim - mówi Wojciech Kuta i zwraca uwagę, że w województwie coraz gorzej będzie wyglądać kwestia dostępności do lekarzy specjalistów. Populacja lekarzy nie różni się przecież od reszty mieszkańców i starzeje się w równym z nimi tempie.

Trop 3: Zarządzanie

Jest jeszcze jeden paradoks, który z kolei nie pozwala rozwiązać wszystkich poprzednich. Łódzką służbą zdrowia zarządza kilka organów założycielskich - samorząd miejski i wojewódzki, uniwersytety, ministerstwa. Nie ma jednak nikogo, kto koordynowałby cały system. Efekt? Podczas gdy jedne oddziały są puste, do innych trzeba czekać w gigantycznych kolejkach. Na oddziały chorób wewnętrznych do 59 dni, na chirurgię ogólną - do 456 dni, na rehabilitację ortopedyczną - 586 dni, a na okulistykę nawet 600 dni.

Brak koordynacji utrudnia też przepływ i weryfikowanie danych. Skutki jak na dłoni pokazuje konflikt dyrekcji szpitala psychiatrycznego im. Babińskiego z lokalnym NFZ. Po tym, jak oddział funduszu nie chciał płacić więcej za świadczenia, szpital wypowiedział umowę i dziś rozlicza się z instytucją fakturami. - NFZ chce zakontraktować tam 450 łóżek, bo twierdzi, że to wystarczy jako zabezpieczenie medyczne w regionie. Natomiast już w tej chwili leczy się tam 530 pacjentów. Widać więc, że potrzeby są znacznie większe - mówi mi Wojciech Kuta.

Kiedy pytam go, czy paradoksy w ochronie zdrowia mogą przyczyniać się do obniżania średniej życia mieszkańców Łodzi, naczelny "Rynku Zdrowia" zaprzecza. - Specjaliści od zdrowia publicznego oceniają, że na długość życia wydolność systemu ochrony zdrowia wpływa w niewielkim stopniu - 10-20 proc. całości. Dużo ważniejsze są pozostałe czynniki: warunki społeczne, styl życia, sposób odżywiania, wskaźnik bezrobocia - przekonuje i poleca, by to im przyjrzeć się w poszukiwaniu odpowiedzi.

Trop 4: Miejski PGR

"Zlikwidowano cały przemysł lekki. To taki miejski PGR" - taki komentarz pojawił się pod jednym z materiałów, w których "Dziennik Łódzki" informował o krótkiej średniej życia mieszkańców Łodzi. A liczby pokazują, że nie można być bliżej rozwiązania zagadki niż anonimowy internauta.

Łódź była przez dekady włókienniczym zagłębiem, jednak po upadku komunizmu większość zakładów zamknięto. W mieście nie powstał jednak w to miejsce żaden inny przemysł. Łódź to miasto z drugą co do wielkości populacją bezrobotnych - bez pracy pozostaje 33 tys. osób. Prawie połowa to osoby bezrobotne długotrwale. Mieszkańcy miasta zarabiają średnio 10-15 proc. mniej niż w porównywalnych aglomeracjach, 40 proc. mniej niż w Warszawie. W Łodzi przeważają niskopłatne miejsca pracy, a nawet wykwalifikowana kadra zarabia mniej niż koledzy na porównywalnych stanowiskach w innych miastach. Nic dziwnego - z danych wynika, że łodzianie są gorzej wykształceni niż mieszkańcy innych miast.

Eksperci stwierdzili również, że w niektórych częściach miasta rozwinęły się wręcz obszary "gett dziedzicznej biedy i wykluczenia". Konkretnie widać je na mapach przestępczości, które opracowali z kolei geografowie z Uniwersytetu Łódzkiego - najwięcej przestępstw zdarza się w centralnym pasie miasta, od starych Bałut na północy przez Łódź Fabryczną i Centrum aż do Kuraka na południu. Czyli tam, gdzie stoją komunalne kamienice.

W tych samych miejscach diagnozuje się zresztą też inne problemy - do litanii żalów dochodzi jeszcze wzrastająca przestępczość nieletnich i alkoholizm. Łódzka izba wytrzeźwień przyjmuje około 20 tys. pacjentów rocznie. Dla porównania - w niewiele większym Krakowie w izbie pojawia się 11 tys. pacjentów, a w dwukrotnie liczniejszej Warszawie - 27 tys.

Zapaść

"Przyczyn umieralności łodzian (...) należy upatrywać w ryzykownym modelu rodziny, w którym słabość do używek, głównie alkoholu, jest przekazywana z pokolenia na pokolenie" - mówił "Ekspressowi Ilustrowanemu" naczelny lekarz miasta, dr Maciej Prochowski. Doktor Piotr Szukalski z Zakładu Demografii i Gerontologii Społecznej Uniwersytetu Łódzkiego dodał do tego jeszcze sam model rodziny. W Łodzi, w przeciwieństwie do choćby woj. podkarpackiego czy podlaskiego, nie ma ani dużych, wielopokoleniowych rodzin ani silnych więzów między krewnymi. A to one pozwalają przetrwać nawet w najcięższych czasach.

Trudno jednak mówić, że łodzianie są sami sobie winni. I to nie dla nich alarmem powinien być wskaźnik średniej długości życia. - Jest on ważny po pierwsze dla ZUS, który musi przewidzieć, ile pieniędzy będzie wypłacał emerytom. Po drugie - dla ratusza, który na jego podstawie może na przykład decydować o tym, gdzie powstaną domy starców lub jak skonstruować system wsparcia dla najbardziej zagrożonych mieszkańców - mówi Artur Satora z GUS.

Łódzki samorząd wydaje się mieć świadomość swojego fatalnego położenia - analiza SWOT Łodzi wykazała, że we wszystkich kluczowych dla rozwoju obszarach aglomeracja przegrywa z miastami porównywalnej wielkości. Autorzy analizy strategicznej Łodzi byli bezlitośni i nie zostawili złudzeń. Diagnozowali, że jeśli nic się nie zmieni, miasto w najbliższych latach czeka po prostu zapaść. A wtedy średnia długość życia będzie najmniejszym z problemów.

@RY1@i02/2013/241/i02.2013.241.000000800.802.jpg@RY2@

Łukasz SzelĄg/Reporter

Anna Wittenberg

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.