Rzeczpospolita mać
Bluzgi tak nam spowszedniały, że zabrakło nam słów, by porządnie przekląć. Bo jak to zrobić, gdy słów na k, ch czy p używamy zamiast przecinków
Przeklinaliśmy od zawsze. Od kiedy tylko człekokształtny zaczął wydawać dźwięki. Według teorii fe!, którą przypomina Steven Pinker, amerykański psycholog i językoznawca, w książce "The Stuff of Thought: Language as a Window into Human Nature", wzorem plujących małp czy ujadających psów pomagało to naszym przodkom znosić ból, wyrażać silne emocje, radość czy wstręt. Nieartykułowane odgłosy wzburzenia z czasem stały się w ustach coraz bardziej wyprostowanych istot słowami. Lecz nie zwykłymi, które określały proste rzeczy czy czynności. Wulgaryzmy, kojarzone najczęściej z czymś złym, obcym, groźnym czy obrzydliwym, jak przemoc, nadprzyrodzone moce, choroba czy fekalia, rozładowywały napięcie emocjonalne, upuszczały parę w silnym stresie. Werbalizowały najprostsze uczucia, stając się korzeniami ludzkiego języka.
Teoria ta ma swoich przeciwników, lecz nie sposób dziś ją definitywnie obalić. Potwierdzić zresztą też nie. Dziś pewne jest jednak to, że nasz emocjonalny stosunek do wulgaryzmów powstaje już na etapie wczesnego dzieciństwa. - Wiele zależy od wychowania. Piętno wulgarności jest wtedy tak silne, że dziecko wiąże zakazane słowa z silnym stresem, emocjami, a nawet z reakcją ciała. Tak przynajmniej psychologowie wyjaśniają neurologiczne właściwości wulgaryzmów, które polegają na tym, że nasz mózg reaguje na nie szybciej niż na zwykłe słowa. Prawdopodobnie reagujemy na wulgaryzmy tak szybko jak na własne imię na przyjęciu (efekt cocktail party) czy też na rażące błędy gramatyczne - zauważa dr Tomasz Piekot z Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego.
Potwierdza to wiele badań, choćby eksperyment Jeffreya Bowersa i Christophera Pleydella-Pearce’a z Uniwersytetu w Bristolu. Naukowcy sprawdzili, jak reaguje organizm człowieka na przekleństwa. Czujniki na skórze badanych rejestrowały aktywność systemu nerwowego na usłyszane wulgaryzmy i słowa neutralne. Okazało się, że bezwiednie reagujemy silniej na określenia uznane za brzydkie. Co ciekawe, powszechnie znane przekleństwa w językach obcych nie dawały już taki silnych nerwowych bodźców. Badacze tłumaczą to właśnie tym, że wulgaryzmy w rodzimym języku poznawaliśmy jako dzieci, nabywając świadomość, że są to dźwięki zakazane, złe, negatywne, więc ich użycie niejako automatycznie wiąże się z silną reakcją emocjonalną. W latach późniejszych naszego rozwoju, gdy uczymy się języka obcego i poznajemy zagraniczne wulgarne formy, nie odciskają już one na nas takiego piętna - przyjmujemy ich znaczenie wyłącznie w sensie semantycznym. Innymi słowy, dźwięk ojczystego wulgaryzmu poznanego już we wczesnym dzieciństwie jest kojarzony przez nasz mózg bezpośrednio z rejonami odpowiedzialnymi za emocje. Przekleństwo obce nie jest kojarzone na drodze takiego warunkowania i nie daje tak silnej, odruchowej reakcji emocjonalnej.
To dlatego nawet osoby chore na alzheimera czy po urazach mózgu, choć mogą nie pamiętać podstawowych informacji, najczęściej zachowują zdolność siarczystego przeklinania. Reagują na takie słowa i z powodzeniem dają sobie radę z ich artykułowaniem. Wyraźnie to widać na przykładzie choroby zwanej zespołem Tourette’a, której jedna z odmian - koprolalia - charakteryzuje się patologiczną, niedającą się opanować potrzebą wypowiadania nieprzyzwoitych słów i obelg. Można powiedzieć, że umiejętność emocjonalnej reakcji na wulgaryzmy wysysamy z mlekiem matki.
Staromodna kindersztuba
- Słowa na k, ch, j zawsze będą dla słuchacza agresywne, ponieważ działają trochę jak wyrazy hipnotyzujące - automatycznie włączają negatywne emocje. Zapewne można to w kulturze odwrócić. Na przykład gdyby rodzice przestali piętnować używanie brzydkich słów, mogliby zmodyfikować tabu przyszłych pokoleń - komentuje dr Tomasz Piekot. - Taka zmiana oprogramowania kultury dzieje się właśnie w wypadku przymiotnika "zajebisty".
Rzeczywiście proces odkodowywania młodych pokoleń chyba już trwa. Wulgarny język zalał nie tylko domowe zacisza, ale wylał się szerokim strumieniem do sfery publicznej. Przeklinają rodzice, nauczyciele, politycy, celebryci. W domach najmłodsi, przysłuchując się pełnym przekleństw rozmowom starszych, a przekleństwa te brzmią jak normalne słowa, nie programują się na ich emocjonalne znaczenie. Potem słyszą wulgaryzmy na masowych imprezach, w telewizyjnych rozrywkowych show, czytają je w gazetach, książkach, a nawet w podręcznikach. Ostatnio Agnieszka Chylińska, piosenkarka i jurorka popularnego programu w telewizji TVN, niewątpliwie idolka dużej grupy młodzieży, wystąpiła w reklamie, gdzie przeklina zachwycona ofertą telefonii komórkowej. To złamanie kolejnego tabu. O wulgaryzmach w internecie można napisać wiele książek.
- Ostracyzm wobec osób przeklinających przestał już działać. Kiedyś przeklinać mógł robotnik, profesor już nie. Dziś przeklinają wszyscy. Chyba nie ma środowiska, gdzie nie padają brzydkie słowa. Może poza Kościołem - podkreśla medioznawca i socjolog kultury, dr Kamila Tuszyńska.
Społeczna znieczulica na przejawy chamstwa zabija wszelkie autorytety moralne i kulturowe. - W społeczeństwie zakorzenił się głęboko egoizm. Nie zwracamy uwagi na to, że gdy przeklinamy, słyszą nas inni. To zresztą tylko widoczny, czy raczej słyszalny, efekt źle pojętej wolności. Jej karykatury, która w Polsce objawia się zanikiem ciszy nocnej, nieustępowaniem miejsca osobom starszym czy głośną rozmową przez telefon komórkowy w autobusie. Zachłysnęliśmy się kapitalizmem do tego stopnia, że osoba kulturalna uznawana jest za staromodną. Za to szybko nauczyliśmy się jeść pałeczkami sushi, bo wydaje nam się, że tak wypada - wskazuje dr Tuszyńska.
Ironia trudna w odbiorze
Podobnego zdania jest specjalista w dziedzinie komunikacji społecznej, prof. Michael Fleischer, wykładowca Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego, a także Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej we Wrocławiu.
- Nie mylmy jednak przyczyny ze skutkiem. Zalew wulgaryzmów nie jest przyczyną schamienia społeczeństwa, tylko skutkiem bezrefleksyjnej pogoni za Zachodem i próbą nadgonienia procesów rozwojowych Zachodu w ekspresowym tempie. Nikt, zwłaszcza młodych ludzi, nie uczy, jak radzić sobie ze stresem. Ani szkoła, ani rodzice nie przygotowują ich do wejścia w ten nowy świat - podkreśla prof. Fleischer.
Wskazuje na postępujące zubożenie komunikacji, gdzie wulgaryzmy zastępują ironię, sarkazm, przenikają do normalnego języka. - Zanika restrykcja w przestrzeni społecznej wobec prymitywnych przekleństw. A przecież istnieje w języku polskim tak wiele możliwości dopieczenia komuś w sposób niewulgarny, wręcz wyszukany. Młode pokolenia nie mają jednak już takich umiejętności. Ani, co gorsza, nie odczuwają takiej potrzeby - zauważa wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego.
Na postępującą dezintegrację norm językowych zwracała uwagę już na przełomie wieków prof. Antonina Grybosiowa w artykule "Liberalizacja społecznej oceny wulgaryzmów".
"Do różnych przejawów rozchwiania, dezintegracji normy językowej dołączyć z pewnością trzeba rozchwianie takiej normy u mówiących polszczyzną ogólną. Młoda generacja z wykształceniem średnim (co było uznawane za wyznacznik przynależności do inteligencji), studiująca na uczelni, przejawia pod tym względem całkowitą swobodę, powiedzielibyśmy nawet, całkowitą dezorientację. Nie odczuwa już żartobliwej aluzji do innego subkodu, nie odczuwa cytatu. Nie rozumie też innych niż omówione wyżej sposobów dystansowania się, jakim jest w języku pisanym wykropkowywanie wyrazów (d..., g...), gdy ich użycia wymaga koloryt lokalny - język postaci, a w języku mówionym (u aktorów) towarzysząca skrótowi mimika mówiącego. Zabiegi te uznaje za zbyteczne, «bo i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi». Niedomówienie i jego funkcje uznają za śmieszne, kokieteryjne, pruderyjne" - zauważyła prof. Grybosiowa.
Postępujący zanik norm językowych uczynił nas w porównaniu z Europą mistrzami w przeklinaniu. Na Zachodzie stosuje się proste formy wulgaryzmów, które mają tylko wyrazić emocję, podkreślić ekspresję wypowiedzi. W Polsce stały się jej pełnoprawnym stałym elementem.
- Niestety zacierają się granice między tym, co prywatne, a tym, co publiczne. Tracimy orientację w sytuacjach społecznych i redukujemy ich bogactwo do kilku prostych wzorców, z powodu których zaczynamy mówić identycznym językiem - nacechowanym i ekspresywnym - podkreśla dr Piekot.
Wulgaryzmy były pierwotnie wentylem bezpieczeństwa dla emocji, pomagały rozładować frustracje i napięcia. Nasze potrzeby, zdaniem specjalistów, pod tym względem nigdy się nie zmienią. Zmienialiśmy zatem tylko słowa; kiedy jedne się wycierały, przychodziły następne. Czy dziś zaczynamy zmieniać sposób odreagowywania?
- Na powierzchni kultury tak - mówi dr Piekot. Przecież nowym wentylem bezpieczeństwa naszej wspólnoty są dziś tabloidy. Jeśli jednak spojrzymy głębiej, zauważymy, że tabloidowość towarzyszyła nam od zawsze.
Ekonomia języka
Wkroczenie w przestrzeń publiczną nieparlamentarnego słownictwa zmienia charakter elit i ich społeczny kapitał.
- Wykluczenie z publicznego mówienia i pisania wulgaryzmów oraz nadmiernej negatywnej ekspresji było formą kontroli sprawowanej przez inteligencję nad resztą społeczeństwa. Dzięki temu w debacie publicznej mogli brać udział wyłącznie ci, którzy nauczyli się jakoś nad sobą panować. Oczywiście, zwiększało to rangę racjonalnego myślenia i rozwiązywania problemów. Otwarcie debaty publicznej na wulgaryzmy zmieni metody deliberacji na bardziej radykalne. Ponadto mogą pojawić się nowe, językowo skuteczne elity - wszak przestrzeń publiczna stanie się dostępna dla każdego - przestrzega językoznawca.
Nowe tendencje potwierdzają się w statystykach. Dziś w internecie znajdziemy narzędzia, które pozwalają bardzo precyzyjnie określić stopień chamienia nawet całych społeczeństw.
Wyobraźmy sobie - mówi dr Tomasz Piekot z Uniwersytetu Wrocławskiego - że zbieramy wszystkie książki lub gazety z ostatnich stu lat i śledzimy w nich częstość używania słów wulgarnych. Prosty wykres pokaże, czy liczba wulgaryzmów w tekstach nieprywatnych wzrasta, spada, czy się nie zmienia. Takie badania są dziś możliwe dzięki Google Books i aplikacji, z której każdy czytelnik może skorzystać: Google N-gram Viewer. Dzięki niej możemy śledzić życie dowolnych wyrazów w milionach książek i na przestrzeni setek lat.
Na przykład wykresy częstości używania brudnej szóstki (sześciu najwulgarniejszych słów) w kulturze anglosaskiej zaczynają się ostatnimi laty wznosić, jednak większość z tych słów była w książkach powszechnie używana już dawniej, np. w XVIII w.
W Polsce mamy podobne narzędzie - Narodowy Korpus Języka Polskiego. I na wykresach używania słów wulgarnych widać podobne tendencje. Na przykład wulgarnego słowa oznaczającego damę lekkich obyczajów używamy dziś ponad 10-krotnie częściej niż na początku lat 90. Pięć razy częściej pada słowo oznaczające męski organ płciowy, podobnie jak określenie tylnej części ciała. Równie częściej używamy słowa rozpoczynającego się na literę p, które zastępuje wiele czasowników.
Nasze wulgaryzmy - jak zauważa dr Piekot - mają dwie ciekawe cechy, które zapewniają im niezwykłą różnorodność i bogactwo środków wyrazu. Dzięki temu w "Słowniku polskich przekleństw i wulgaryzmów" Macieja Grochowskiego znajdziemy ich ok. 500. Pierwsza cecha polega na tym, że wulgarne czasowniki przyjmują wiele polskich przedrostków. Dzięki temu np. do rdzenia -jeb- można dodać przedrostki: roz-, z-, na-, wy-, do-, u-, pod-, prze-, w-, o-, itp., a przez to utworzyć rozbudowany łańcuch wyrazów pokrewnych.
Druga właściwość zadziwia jeszcze bardziej.
- Czasem mam wrażenie, że wulgaryzmem potrafimy zastąpić każdy czasownik w dowolnym zdaniu. Nasi studenci sprawdzali to nawet na klasykach literatury pięknej. I właściwie nie wiem, dlaczego w ten sposób mówimy. Przecież nie oczyszczamy się wtedy ze złych emocji, nie reagujemy też na ból. To jest dość zaskakująca cecha polszczyzny - zastanawia się językoznawca z Uniwersytetu Wrocławskiego.
Oznacza to, że poza funkcją katartyczną (pozbywania się emocji) polskie wulgaryzmy mogą też pełnić kilka innych ważnych funkcji. Najważniejsza - wskazuje naukowiec - to identyfikacja z grupą (przeklinam, bo grupa tak robi) oraz swoisty tuning narracji, czyli wzmocnienie przekazu.
Naukowcy obliczyli, że tylko cztery najpopularniejsze polskie brudne słowa mogą pełnić ok. 350 różnych funkcji.
- Osobnym zjawiskiem jest używanie wulgaryzmów przez osoby, dla których stanowią one istotną część ich zasobu leksykalnego. Zjawisko to opisał Michael Fleischer wespół z innymi autorami w ich "Słowniku polszczyzny rzeczywistej". Język taki uruchamia się w sytuacjach silnego związku człowieka z przestrzenią i sytuacją mówienia. Część osób nie potrzebuje wtedy tak wielu słów, by się porozumieć. Wystarczające jest wtedy pokazywanie obiektów i tworzenie wypowiedzi na bazie kilku wulgarnych wyrazów. Z jednej strony jest to pewien typ bezrefleksyjności, z drugiej strony ekonomizacja wysiłku - konkluduje dr Tomasz Piekot.
Karykatura polszczyzny
Ci bezrefleksyjni, a mówiąc dosadniej, bezmózgowi, jak nazywa takich ludzi prof. Fleischer, stają się groźni dla całego społeczeństwa.
- Niektórym Polakom się wydaje, że świat jest prosty. Podzielony na dwa elementy. Albo ktoś jest ziomalem, albo pedałem, albo jest partia, albo opozycja, komuna albo "Solidarność". Wciąż powtarza się mechanizmy z dawnych czasów. Podchodząc do życia w taki sposób, Polacy przegrają, i tyle. Staną się prowincjonalnym państwem, gdzie główną uwagę w kształceniu będzie się przywiązywać do "Dziadów, części III". I nikomu to nie będzie przeszkadzało, bo nikt tego nie zauważy - alarmuje prof. Fleischer.
Młodym Polakom, zdaniem naukowca, nie tłumaczy się, że świat jest zupełnie inny, skomplikowany, rajcujący, że są inne sposoby komunikacji, reklamy.
- Problemem Polski jest gonienie za innymi, przejmowanie prymitywnych wzorców z Ameryki, zamiast budowania własnego świata. Niemcy budują swoją rzeczywistość, Francuzi swoją, nawet Toskańczycy tworzą własną kulturę. A Polacy... No cóż, już dawno temu poeta mówił o pawianach i papugach narodów - wytyka nasze przywary Michael Fleischer.
Światełko w tunelu widzi dr Kamila Tuszyńska. - Trochę dmuchamy tę bańkę przekleństw. Wgramoliliśmy się na szczyt chamstwa. Ale w końcu, za kilka lat, może dekadę, przekleństwa się znudzą. Społeczeństwo powie "basta!" i może powstanie moda na poprawność językową - przypuszcza.
Jej zdaniem znajdujemy się obecnie na górce karykaturalnej brudnej polszczyzny. - W internecie komentarze już zaczynają być coraz mniej wulgarne. Daliśmy sobie radę z trollami, damy i z hejterami. Sieć to forpoczta zmian, to się już dzieje, dlatego jestem dobrej myśli - mówi z nadzieją.
@RY1@i02/2013/231/i02.2013.231.00000020a.101.jpg@RY2@
Getty Images/Flash Press Media
Wulgaryzmy były pierwotnie wentylem bezpieczeństwa dla emocji, pomagały rozładować frustracje i napięcia. Nasze potrzeby się nie zmieniają. Zmieniają się tylko słowa
Rafał Drzewiecki
@RY1@i02/2013/231/i02.2013.231.00000020a.803.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu