Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Lepszy wróbel w garści czy gołąb na dachu

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

Awersja do ryzyka każe nam zadowalać się małym, za to dostępnym od ręki. Kiedyś ta strategia pozwalała przetrwać, dziś mierzi

Straciliśmy impet. Pogubiliśmy marzenia. Nie ma w nas energii ani wiary w przyszłość. Zadowalamy się małym, cieszymy z ciepłej wody w kranie (pod warunkiem że stać nas na zapłacenie rachunków). Nie podoba nam się rzeczywistość i nie ufamy politykom. Ale jednocześnie nie robimy nic, żeby to zmienić. Bo i tak wszystko nie ma sensu. Więc musimy być zadowoleni z tego, co mamy. I jesteśmy.

Analizując wyniki badań różnych ośrodków zajmujących się mierzeniem temperatury życia społecznego, m.in. celów i dążeń życiowych Polaków, ich aspiracji, nastrojów i związanego z tym poczucia sukcesu życiowego (bądź klęski), trudno się oprzeć wrażeniu, że przysłowie o ściskanym w garści wróblu, którym powinniśmy się ukontentować, zamiast zawracać sobie głowę polowaniem na bardziej atrakcyjny ptasi towar, jest dziś niezwykle aktualne. Że oto my, jacy tacy, którym nikt nie podskoczy, marzyciele, wojownicy, orły, sokoły, niepostrzeżenie zamieniliśmy się w pokornych zjadaczy codziennego chleba. Pozbawionych złudzeń pragmatyków, którzy z zaciśniętymi zębami okopują motyką swój biedny, kamienisty zagonek, żeby tylko jakoś przeżyć do pierwszego. I jeszcze wmawiamy - sobie tudzież światu - że taki stan rzeczy nam bardzo pasuje.

W efekcie dziś sami bardziej przypominamy osobniki gatunku Passer domesticus, czyli wróbli zwyczajnych, niż Aquila chrysaetos, majestatycznego orła przedniego, którego niby tak kochamy. Straciliśmy drapieżne szpony, mocarny dziób i silne skrzydła, na których moglibyśmy daleko zalecieć. Staliśmy się niczym te niepozorne ptaszki - krępe, szarobure, wprawdzie o silnym dziobie, ale niezdolne do polowania, zmuszone do zbierania tego, co komuś się wysypało. Bez wyraźnych cech charakterystycznych, ot, takie uosobienie codzienności, szarości, przeciętności. Sam rdzeń pragmatyzmu. I tak samo głupiutko sobie ćwierkamy.

Za czym ta kolejka

Żyjemy z dnia na dzień. Jedna czwarta z nas nie ma żadnych szczególnych celów. A w pozostałych trzech czwartych przeważa utylitarne podejście do życia. Pieniądze i praca. Zaraz po nich rodzina. I zdrowie. Reszta się nie liczy. Takie kwestie jak awans społeczny, samodoskonalenie, godność, niezależność znajdują się na samym dole zauważane przez 1 do 3 proc. respondentów. Ciut więcej (4-5 proc.) myśli o emeryturze i przeżyciu do śmierci w spokoju. Aż tyle i tylko tyle. Te proporcje utrzymują się niezmiennie od kilku lat.

- Mamy to we krwi - ocenia prof. Janusz Czapiński, autor Diagnozy Społecznej. - W genach nosimy awersję do ryzyka - podkreśla. I obrazowo opisuje Polaka jako człowieka, który nawet idąc szerokim deptakiem, stawia ostrożne kroczki, drobi, rozgląda się podejrzliwie dookoła. Jakby kroczył po cienkiej linie przeciągniętej nad przepaścią. Ale też do takiego zachowania uwarunkowały nas setki lat historycznych doświadczeń. Można by tutaj rytualnie przywołać wszelkie nieszczęścia, jakie trapiły nasz naród, przypomnieć zabory, wzruszyć się, wspominając niemiecką okupację i to, jak ciężko było przeżyć. No i komuna, to jasne. Zawsze musieliśmy stać czterema nogami na ziemi, kombinować, chodzić opłotkami. Tylko dlaczego dziś, w wolnym kraju, zamiast sięgać szczytów, pikować w niebo, gniazdujemy (nawiasem mówiąc: co drugi Polak mieszka w przeludnionym - według norm Unii Europejskiej - mieszkaniu).

W 1980 r. Ernest Bryl napisał słowa do "Psalmu stojących w kolejce", brawurowe wykonanie Krystyny Prońko sprawiło, że ten song stał się symbolem beznadziei życia w PRL-u. "Za czym kolejka ta stoi? Po szarość, po szarość, po szarość. Na co w kolejce tej czekasz? Na starość, na starość, na starość. Co kupisz, gdy dojdziesz? Zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie. Co przyniesiesz do domu? Kamienne zwątpienie, zwątpienie...".

Wtedy, podkreśla prof. Jacek Kurzępa, zadowalanie się małym, za to dostępnym od ręki, natychmiast, było przejawem zdrowego rozsądku i świadczyło o instynkcie zachowawczym. - My, nasi dziadkowie, jesteśmy dziećmi pokolenia niedoboru - mówi. Zamiast pachnącego i w kwiatki szorstki jak ścierny papier toaletowy, który w dodatku trzeba było "zdobyć" albo "załatwić". Zamiast steku z rostbefu rąbanka z kością na kartki, lekko podśmierdła. Zamiast dowolnej uczelni na świecie jedyna dostępna państwowa wyższa szkoła, z której można było wylecieć za nieodpowiednie poglądy. Ale dajmy spokój temu kombatanctwu. Ważne, że te postawy przeniosły się na kolejne pokolenia. Na dzieci epoki nadmiaru. Z jednej strony, powiada Kurzępa, to efekt socjalizacji domowej, zasad wpajanych od małego przez doświadczonych życiem w socjalistycznym realu dorosłych: bierz, co ci dają, bądź ostrożny, nie ryzykuj, siedź na dupie. Z drugiej zaś kwestia nakładającego się na to przymusu konsumpcyjnego i natychmiastowości dążeń wpisanych w nasze czasy. Jeśli wszystko można mieć zaraz, online, to po co czekać? Odraczać cokolwiek w czasie, jeśli można mieć na wyciągnięcie ręki? Tu i teraz? To odnosi się do różnych sytuacji kontekstowych: kupowania ciuchów i jedzenia, ale też do zdobywania wykształcenia czy stosunku do polityki. Głosujemy na mężczyznę - kobietę, którzy akurat nam się rzucą w oczy, bo nieźle wyglądali w TV lub rzucili celną uwagę na Twitterze. Na to, aby wczytywać się w ich programy, śledzić życiorysy i przebieg kariery - na to już nie mamy ochoty i czasu. Zamiast zbierać pieniądze i wiedzę, aby dostać się na wymarzony kierunek na prestiżowej uczelni, młodzi sięgają po łatwo dostępne miejsce w prowincjonalnej niby-wyższej szkółce, bo jest. I jeszcze dostaną laptopa w prezencie.

Jeśli żyjąca w czasach PRL-u część starszego pokolenia jeszcze miała jakieś ideały przerastające pogoń za kartkowymi mięsem i papierosami, trudno dziś je spostrzec wśród współczesnych. Jak bowiem porównać walkę z komuną, kiedy ryzykowało się karierą, a czasem i życiem, ze słanymi drogą internetową protestami w sprawie ACTA. O polityce nie mówię, bo dziś mało komu chce się chodzić na wybory. Otępiali, bez większego zaangażowania obserwujemy w szklanym okienku, jak gadające głowy skaczą sobie do gardeł i oczu. Choć w sumie trudno się dziwić, że mamy na to wszystko, hm... "wytentegowane". Tamci przecież gadają same bzdury. Ale nam trudno nawet sięgnąć po pilota, aby zmienić kanał. Nie mówiąc już o tym, żeby się samemu w jakieś polityczne działanie zaangażować. Spytajcie parę osób ze swojego otoczenia - dlaczego? Uzyskacie odpowiedź w stylu "a-po-cho-le-rę-mi-to".

Dwa języki

Profesor Andrzej Waśkiewicz, socjolog idei, kiedy rozmawiamy o aktualności porzekadła o wróblu w zaciśniętej dłoni, zwraca uwagę na jeszcze jedną sprawę. A mianowicie na dwoistość światów idei i rzeczywistości. I na dwa różne języki, jakimi się posługujemy, kiedy dyskutujemy o tych sferach. W przypadku polityki na przykład, kiedy rozważamy takie zagadnienia jak demokracja, równość wobec prawa i prawo w ogóle, używamy języka liturgicznego niemal, nacechowanego patosem. Zwłaszcza w sytuacjach, kiedy uważamy, że coś nam się należy, a tego nie dostajemy. Albo kiedy na poziomie teoretycznym mówimy o wielkich celach. Jednak już w życiu codziennym, kiedy przyjdzie nam oceniać poczynania rządzących, nasz słownik nagle robi się brutalny i dosadny. Już nie tokujemy o władzy ludu, tylko o tych cholernych złodziejach. Jest pomiędzy tymi światami duża rozbieżność i musimy w tym jakoś lawirować. Nie przesadzać z ambicjami, nie brać zbyt dosłownie tych wszystkich ideałów, ale czasem podnosić się parę centymetrów nad ziemię. A my od ściany do ściany: albo przypinamy skrzydła husarii, albo czołgamy się po czarnoziemie. Teraz mamy czas gleby.

Oczywiście kryzys gospodarczy i związana z tym niepewność jutra wzmacnia wszelkie pragmatyczne postawy. Każe ostrożniej podchodzić do wydatków, bardziej cenić sobie posiadaną pracę, nawet jeśli nie zaspokaja naszych intelektualnych czy finansowych aspiracji, snuć bardziej wyważone plany.

Profesor Jacek Kurzępa podsuwa tutaj wyniki badań, jakie przeprowadził we wrocławskich szkołach wyższych. Okazuje się, że ich absolwenci mają o wiele skromniejsze aspiracje niż ich rówieśnicy sprzed kilku lat. Oczekują jakiejkolwiek pracy za bardzo umiarkowane pieniądze. Nie mają zamiaru porywać się z motyką na słońce.

Co więcej - podkreśla prof. Janusz Czapiński - właśnie takie pragmatyczne podejście do życia pozwoliło nam przejść w miarę suchą stopą przez fale tsunami, jakie rozlały się po świecie po pęknięciu bańki kredytowej w 2008 r. - Jesteśmy bardzo ostrożni w stosunku do pożyczek i kredytów - zauważa socjolog. Dotyczy to zarówno tych hipotecznych, branych na własne lokum (stąd wciąż ciasnota w naszych mieszkaniach), jak i zaciąganych na rozwój firmy. - Dlatego nie spotkał nas los krajów południa Europy, że trzymaliśmy nasze finansowe apetyty na uwięzi - mówi. Z badań mu wychodzi, że już na samym starcie, zakładając swój pierwszy interes, Jan Nowak ma bardzo ograniczone cele. Nie myśli: wybuduję imperium, zdobędę rynki na całej kuli ziemskiej, zostanę miliarderem. On kombinuje: zbuduję sobie domek, pojadę na wycieczkę za granicę, a co trzy lata będę zmieniał samochód, żeby sąsiadów szlag trafił. To mu wystarczy do szczęścia. A jeśli zarobi więcej, niż jest w stanie skonsumować, odłoży. Ale chętniej schowa do skarpety, niż zaufa bankowi albo zainwestuje na giełdzie.

To smutna "zasługa" naszego państwa, które program marketingowy "Jak zniechęcić obywateli do demokracji i sprawić, żeby przestali ufać temu, co publiczne" wypełniło na piątkę. Weźmy najgorętszy przykład z ostatnich dni, czyli OFE. Jak zauważa Jacek Kurzępa, 13 lat temu fundusze wprowadziło państwo, to ono było głównym narratorem i propagatorem zmiany. A teraz ni z gruszki, ni z pietruszki robi kampanię anty: że OFE to zło wcielone. Nikt nie powiedział nawet przepraszam. Sama presja i grożenie, że na starość pójdziemy na żebry.

W takiej sytuacji trudno się dziwić, że na półkę z karteczką "zajrzeć później" odkładamy dalekosiężne, ambitne plany. Że pomysły typu samodoskonalenie przegrywają z tymi pt. jak dorobić parę złotych. Że na pierwszym miejscu jest rodzina. Może nie jest najlepsza, może przeżywa kryzys, ale pozostaje nam poczucie, że jest czymś - w przeciwieństwie do światowego kryzysu i poczynań rządu - na co mamy rzeczywisty wpływ. I że na starość tylko na nią będziemy mogli liczyć. - Rodzina to nie jest żaden wróbel w garści - protestuje prof. Henryk Domański, socjolog. I dopowiada: to cel długofalowy, i to taki na całe życie. Podobnie jak praca, od której zależy dobrobyt naszej rodziny. Więc cel, aby przetrwała, to nie jest cel mały.

Zebrać i zjeść

Na razie pogodziliśmy się z tym, że jest źle. I czekamy na lepsze czasy. Zastanawiające jednak jest to, ile jeszcze jako społeczeństwo wytrzymamy. Profesor Waśkiewicz zwraca jednak uwagę na pewien polski fenomen - a mianowicie niechęć do czynnych protestów - na co zwrócili uwagę socjologowie z różnych krajów już w latach 80. ubiegłego wieku. Trudno nam się zdobyć na walnięcie pięścią w stół, abyśmy wyszli na ulice, nie wiadomo co musiałoby się zdarzyć. Nasze niezadowolenie z rzeczywistości to raczej weberowskie jałowe podniecenie niż czyn. Ojcowie pisali po toaletach "Katolicy się nie dadzą", my nasze frustracje wyrzucamy z siebie na forach w necie. Jeśli jesteśmy w czymś naprawdę dobrzy, to w hejtowaniu innych. 15 tys. związkowców, którzy wyszli na ulice Warszawy w środę, to jeszcze nie wyraz oburzenia społecznego. Gdybyśmy byli Grecją, po stolicy biegałoby ze 150 tys. wściekłych osób. I proszę mi wierzyć, to nie ma nic wspólnego z poparciem bądź jego brakiem dla poczynań rządu. To tylko wiele mówi o nas samych jako społeczeństwie. Profesor Andrzej Waśkiewicz uważa, że nasza natura pełna jest sprzeczności - z jednej strony niechęć do protestów, duży talent do przystosowywania się do najtrudniejszych nawet sytuacji. Z drugiej zaś niezdolność do zawierania kompromisów i nieumiejętność działania w grupie. W efekcie organizacja życia zbiorowego leży, a my - każdy indywidualista, każdy wielki wódz - puszymy piórka przed kumplami i najbliższą rodziną. Z czego nic, oczywiście, nie wynika.

Albo inna sprawa, też przejaw naszej narodowej paranoi. Nie ufamy państwu. Bo i nie mamy dobrych powodów, aby mu ufać. Jednocześnie oczekujemy jednak, że ono się nami zajmie, wszystko za nas załatwi. Narzekamy na jego zaniechania, ale sami jesteśmy bezczynni i dajemy się prowadzić jak krowy na rzeź. Waśkiewicz podaje przykład: w Polsce międzywojennej powstała liga do walki z etatyzmem państwowym, który był faktycznie bodaj największy w Europie (oczywiście nie licząc Rosji). I pierwszą rzeczą, jaką zrobiła owa organizacja po ukonstytuowaniu się, było... wystąpienie do państwa o finansowe wsparcie - opowiada socjolog idei. Znalezienie analogicznych przykładów we współczesności pozostawiam już czytelnikom.

Tak, tak, wiem, nie można generalizować - zaraz ktoś zawoła. Nie wszyscy są tacy, zdarzają się chlubne wyjątki. Profesor Henryk Domański przekonuje, że wróblowanie może i jest wciąż aktualne, ale dotyczy głównie przedstawicieli klasy niższej, którzy nigdy nie mieli za wielkiego wyboru ani nic do gadania. Oni mają taki pierwotny zwyczaj: zebrać i zjeść. Co innego inteligencja czy klasa średnia - te niejako z definicji odkładają konsumpcję czy wydatki na później, aby osiągnąć większy sukces w przyszłości. I nawet jeśli na razie tendencje są takie, że zadowalamy się małym, bardziej liczy się właściwy kierunek.

Inna sprawa, że ten wróbel, którego trzeba dusić w garści, to nie jest wcale tylko polska specjalność. W zasadzie każdy kraj europejski ma w bibliotece mądrości ludowych analogiczne lub wręcz identyczne porzekadło mówiące o tym samym. Tyle że jeśli np. Anglicy twierdzą, że to, co lepsze jest trzymane w dłoni, to po prostu ptak (dalszy ciąg - niż dwa na krzaku), to my już z tego zrobiliśmy międzygatunkową wojnę. W różnych wersjach tego przysłowia funkcjonujących w naszej rzeczywistości od wróbla lepszy bywa najczęściej gołąb (na dachu), ale także zdarzają się kanarek i orzeł. No i jeszcze cietrzew, z tym że on usadowił się na sęku. Nie bez przyczyny ta mnogość - jak tłumaczy prof. Zbigniew Mikołejko, filozof, jako naród mamy skłonność do posługiwania się symbolami i w zależności od tego, co chcemy przekazać, wybieramy sobie rodzaj ptaka przeciwstawianego wróbelkowi. Z gołębia można ugotować rosół albo upiec go na rożnie, podczas gdy wróbelek, mały ptaszek, wystarczy na jeden kąsek (tak, w staropolskiej kuchni wróble były uwzględniane na stole), choć dobre i to, gdyż łatwo go złapać. Orzeł z kolei opowiada o sprawach wielkich i majestatycznych, za którymi tęsknimy (np. za wolną ojczyzną, dumą, honorem), ale nie jesteśmy na razie w stanie ich zdobyć, więc zająć się trzeba tym, co możliwe - np. pracą u podstaw, organiczną. A kanarek? Kanarek to fiu-bździu, kolory, pokusa, diabelskość. Jak masz żonę, trzymaj się żony, lepiej na tym wyjdziesz. (Cietrzewia proszę sobie samemu wytłumaczyć w ramach ćwiczeń).

- Moim zdaniem prawda jest jednak taka, że jeśli przysłowie wciąż działa i jest w użyciu, to ni mniej, ni więcej oznacza, iż nie odniosło swojego pouczającego wpływu - śmieje się filozof. I jeśli wciąż musimy się napominać, wzywać do życia według możliwości i odrzucenia fikcji, to społecznym problemem jest postawa odwrotna. I, co ciekawe, inni moi rozmówcy są skłonni się z nim - w pewnym sensie - zgodzić. - Jesteśmy w stanie się zmobilizować w razie najwyższej potrzeby - przyznaje. W obronie rzeczy dla nas najistotniejszych: jak właśnie rodzina, jak dobre imię, ojczyzna. I czasem kończy się to kacem, jak chociażby budowa dróg na Euro. Więc potem się przyczajamy na pewien czas, czekamy. - Dróg to nie mieliśmy dobrych od czasu, kiedy przed wiekami ktoś wspomniał o takim kraju jak Polska - ironizuje prof. Waśkiewicz. I komentuje, że widać taki już nasz genius loci.

Więc kiedy zagrają surmy bojowe, rozprostujemy nasze orle skrzydła, wskoczymy do naszych zmechanizowanych koni i po nierównych wciąż drogach pośpieszymy udowadniać naszą wielkość.

Żyjemy z dnia na dzień. Jedna czwarta z nas nie ma żadnych celów. A w pozostałych trzech czwartych przeważa utylitarne podejście do życia. Pieniądze i praca. Zaraz po nich rodzina. I zdrowie. Reszta się nie liczy

@RY1@i02/2013/178/i02.2013.178.00000080a.803.jpg@RY2@

Flash Press Media

Mira Suchodolska

Za tydzień "Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie", czyli o tym, jak pojmujemy sprawiedliwość

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.