Dziennik Gazeta Prawana logo

Małżeństwo sp. z o.o.

29 czerwca 2018

Prowadzić związek jak rachunek bankowy. Robić przelewy, by nie dopuścić do debetu. Małżeńskie zarządzanie aktywami proponuje historyczka Stephanie Coontz

Ze Stephanie Coontz rozmawia Aleksandra Kaniewska

Małżeństwo doczekało się setek aforyzmów i dowcipów. Montaigne pisał: "Dobre małżeństwo to takie, w którym kobieta jest ślepa, a mężczyzna głuchy". Einstein wytykał ironicznie, że "kobiety żenią się z myślą, że zmienią mężczyznę. Mężczyźni - że ich kobiety się nigdy nie zmienią. Obie strony czeka rozczarowanie". Pani ma swoją ulubioną definicję małżeństwa?

Podoba mi się to, co na początku XX wieku napisał George Bernard Shaw: "Małżeństwo łączy dwoje ludzi działających pod wpływem najbardziej gwałtownej, szalonej, zwodniczej i przemijającej pasji oraz wymaga od nich przysięgi, że pozostaną tak właśnie szaleni, trwający w tym niezwykłym i wyczerpującym stanie aż do śmierci". Ta piękna sentencja pokazuje największy dylemat i paradoks małżeństwa - nierealistyczne oczekiwania obu stron, które weryfikuje czas.

Ale chyba mówimy tylko o ostatnich stu latach? Przecież w małżeństwach z rozsądku nie było wielu emocji i oczekiwań.

Oczywiście, że tak. Obserwując historię, łatwo zauważyć, że młodzi ludzie ulegali sile miłosnej namiętności od tysięcy lat, ale jednocześnie poddawali się woli rodziców, społeczności lokalnych, swoim praktycznym potrzebom. Miłość do męża czy żony była miłym bonusem, ale to nie ona stanowiła podstawową jego funkcję.

Bo chodziło głównie o posag?

W największym skrócie. Dzięki małżeństwu pozyskiwało się po prostu wpływowych teściów. (śmiech) A co za tym idzie - bezpieczeństwo, lepsze ekonomiczne i polityczne relacje z otoczeniem. Oczywiście w grę wchodziło też zwiększenie kapitału, czy to w formie dziedziczonego bogactwa panny młodej, czy posagu. Dla biedniejszych wisienką na torcie był kawałek ziemi czy koń, dla bogatszych koneksje, duże pieniądze czy wstęp na salony. Nie było miejsca na miłość, przynajmniej na początku związku. Chyba że kogoś naprawdę było na to stać.

A potem przyszedł wiek romantyzmu i miłość wkroczyła na ślubne kobierce. Niektórzy twierdzą, że to ona zabiła małżeństwo, bo pomieszała priorytety i wymagania.

Nie powiedziałabym, że zabiła, ale na pewno miłość jest jednym z wrogów trwałych związków. Głównie dlatego, że samo jej pojmowanie zmieniało się na przestrzeni lat. Kiedyś małżeństwa, nawet te, w których partnerzy bardzo się kochali, oparte były na założeniu, że mężczyzna i kobieta są przeciwieństwami. Uważano, że mają różne emocjonalne i fizyczne potrzeby, role społeczne oraz intelektualne i życiowe możliwości. W tym zestawieniu kobiety były na minusie. Miałyśmy mniej praw, a więcej obowiązków, musiałyśmy dostosowywać się do wymagań mężczyzny. Jakkolwiek okropnie to wyglądało, jedna rzecz była prosta: obie strony wiedziały, na co się piszą.

W którym momencie małżeństwo stało się kontraktem dwóch pełnoprawnych członków społeczeństwa?

W latach 60. ubiegłego wieku, chociaż oczywiście w niektórych częściach świata doszło do tego później albo nie doszło wcale.

Dzisiaj coraz mniej młodych ludzi wkracza w związki małżeńskie. Mamy bardziej rynkowe podejście do związków, patrzymy na bilans zysków i strat, oceniamy, czy to się opłaca?

Coś, co media okrzyknęły kryzysem małżeństwa, to efekt podwyższonego średniego wieku wstępowania w związki małżeńskie (co bierze się z dostępu do edukacji, emancypacji kobiet itp.), a także większej kulturowej akceptacji mieszkania razem bez ślubu.

W Polsce nazywamy to życiem na kocią łapę.

Ciekawe. Koty są indywidualistami, małżeństwo takich jednostek rzeczywiście mogłoby być trudne. (śmiech)

A tak poważnie: świat odkochał się w małżeństwie?

Nie jest tak źle. W większości krajów rozwiniętych ludzie będący w związkach nieformalnych najczęściej w końcu się pobierają, tylko robią to w późniejszym wieku niż ich rodzice i dziadkowie. Małżeństwo wciąż ma dla wielu obiektywną wartość, ale wraz ze zmieniającymi się społeczno-kulturowymi warunkami mamy coraz większe oczekiwania co do miłości, wierności, sprawiedliwości i wzajemności w związku. Nie chcemy się ustatkować, jeśli chociaż część z naszych warunków nie zostanie spełniona.

Nie chcemy czy nie musimy?

Jest tu rzeczywiście element mniejszej konieczności. Kobiety pracują, są więc dziś w stanie same się utrzymać, i to na bardzo dobrym poziomie. Podobnie mężczyźni - potrafią gotować i prać, posiadanie żony nie jest dla nich konieczne do przetrwania.

Tak dzieje się np. w Japonii. Tam kobiety, przez socjologów nazywane "mięsożernymi", więcej zarabiają, szybciej się usamodzielniają i nie chcą ślubu z facetami-mięczakami, których złośliwie przezwały "roślinożercami".

W Japonii, gdzie męska, zwłaszcza starsza, część społeczeństwa wciąż odrzuca idee równościowe, wiele kobiet odmawia zamążpójścia, o ile nie ma gwarancji, że dostanie od związku to, czego chce, a nie tylko pakiet obowiązków i społecznych restrykcji. Historia małżeństwa jako instytucji społecznej pokazuje, że uwarunkowania kulturowe są bardzo ważne, bo ustawiają małżeńskie cele i definiują wartości. Dziś na świecie dominuje ideał pobierania się z miłości, ale coraz więcej jest też w tych miłosnych manewrach pragmatyzmu.

Czyli tradycja miesza się z nowoczesnością.

Dokładnie tak. W Indiach większość małżeństw wciąż jest aranżowanych, ale młodzi ludzie dużo częściej mają odwagę, żeby odrzucać wybory rodziców. Z kolei w Afryce kiedyś uważano, że namiętne uczucie przeszkadza w budowaniu trwałych więzi i rodzin. Dziś coraz popularniejsze są tam portale randkowe, gdzie ludzie szukają swoich drugich połówek. Nawet Arabia Saudyjska w 2005 r. zdelegalizowała praktykę zmuszania córek do zamążpójścia, którą wielu ojców uważało za coś normalnego.

Krytycy mówią o końcu małżeństwa, ale dyskusje i emocje, jakie budzą małżeństwa osób tej samej płci, to dowód, że dla wielu przysięga "na dobre i na złe" jest ogromnie ważna. To paradoks?

Niekoniecznie. Dla mnie to dwie strony tego samego medalu. Ewolucja małżeństwa sprawiła, że teraz ludzie wstępują w nie dobrowolnie, na zasadach, które sami uznają za sprawiedliwe. Zresztą zauważalne jest, że w wielu krajach liczba rozwodów maleje. Dotyczy to zwłaszcza par dobrze wykształconych. Dlaczego? Bo coraz lepiej dopasowujemy się do egalitarnej natury nowoczesnych małżeństw. Poza tym ludzie decydują się na małżeństwo później, więc wybierają mądrzej i dojrzalej. Potwierdzają to amerykańskie statystyki. Kobieta, która wychodzi za mąż w wieku trzydziestu lat lub później, bardzo zmniejsza swoje szanse na rozwód.

To ciekawe, bo akurat w Polsce rozwodów przybywa, a liczba ślubów z roku na rok maleje.

W Stanach najwięcej rozwodów dotyczy ludzi powyżej 50. roku życia. Jedna trzecia z nich inicjowana jest przez kobiety - to pokłosie emancypacji, ale też tego, że żyjemy dłużej, więc mamy więcej możliwości. Badania pokazują, że najlepszym sposobem na zmniejszenie odsetka rozwodów w czasach, kiedy ludzie nie muszą tkwić w nieszczęśliwych małżeństwach, jest równe wsparcie obu płci. Poprzez zwiększenie możliwości edukacyjnych i zawodowych dla kobiet oraz przekonanie mężczyzn do przyjęcia bardziej egalitarnych poglądów i zachowań, zwłaszcza w kontekście dzielenia się pracą w domu czy opieką nad dziećmi.

A może kryzys małżeństwa wynika z tego, że znudziła nam się monogamia?

Jestem historykiem, z reguły trzymam się z daleka od hipotez, które miałyby wskazywać, że ludzie są zaprogramowani do pewnych zachowań przez ewolucyjną przeszłość. Dla mnie najważniejszą korzyścią ewolucji jest nasza umiejętność dostosowywania się do zmieniających się impulsów i reakcji. Każdy z nas ma i monogamiczne, i poligamiczne skłonności. Różni nas to, co z nimi robimy, oraz to, jak reagujemy, kiedy ktoś łamie pewne ustalenia, np. dotyczące małżeńskiej wierności. Historia pokazuje, że nawet w krajach z ideałem małżeństwa monogamicznego, społeczeństwa zdawały się przymykać oko na zdrady w wykonaniu mężczyzn. W innych kulturach seks pozamałżeński był akceptowany - i to dla obu płci. Dzisiaj znów mamy pewien paradoks - z jednej strony współczesna kultura zachęca do seksualnej otwartości i eksperymentów przedmałżeńskich, ale po ślubie na pary nakładane są wysokie oczekiwania co do monogamii. Złamanie przysięgi wierności to przyczyna wielu nieszczęść w związkach. Jedne pary sobie z tym radzą, inne nie, niektórzy wyznają politykę "dont ask, dont tell" (nie pytaj, nie mów). Nie ma reguł.

Kilka tysięcy lat ludzkości to na pewno niezła próba badawcza. Odkryła już pani sekret udanych związków?

Nie ma jednego wzoru małżeństwa idealnego, ale jest wiele recept i pomysłów, które częściowo zależą od warunków społeczno-kulturowych, w jakich żyjemy, a także od naszych indywidualnych wartości. W wielu badaniach powtarza się jeden wniosek: w zamożnych i rozwiniętych demokracjach dla szczęśliwości rodzin ogromnie ważna jest elastyczność ról społecznych i egalitaryzm. Psychologowie dawno zauważyli, że mężczyźni i kobiety szukają w małżeństwie czegoś innego - panowie oczekują świętego spokoju i dużo seksu, a panie wsparcia emocjonalnego i pomocy w obowiązkach domowych. Czy te oczekiwania się wykluczają? Ależ nie. Bo mężczyźni wspierający swoje kobiety w obowiązkach domowych otrzymują od nich dużo więcej miłości, a co za tym idzie - seksu, dostają też swój upragniony święty spokój. A kobiety czują się najbardziej kochane, kiedy partner dzieli z nimi pracę w domu. To prosta wymiana.

A kiedy już sprawiedliwie dzielimy się obowiązkami, jaka jest gwarancja, że uczucie się nie wypali?

Nie ma żadnej. Ale na poziomie indywidualnym tak samo jak gorąca miłość istotne jest lubienie partnera, bo z tym wiąże się szacunek dla jego osiągnięć, wsparcie, a także przyjemność ze wspólnie spędzanego czasu. Profesor John Gottman, wybitny amerykański psycholog od lat badający stabilność związków, twierdzi, że w małżeństwie potrzebny jest balans - innymi słowy, na każdą negatywną interakcję przynajmniej pięć pozytywnych. W pewnym sensie, a badacze lubią teraz wszystko porównywać do ekonomii, to jakby prowadzić bankowy rachunek emocji. Ważne jest robienie regularnych przelewów, żeby pokrywać bieżące wydatki i nie tworzyć debetu. Takie małżeńskie zarządzanie aktywami.

Przewiduje pani koniec małżeństwa czy może początek jego nowej wersji?

I początek, i koniec. Koniec trwania nieudanych małżeństw i początek dobrych, świadomych związków. Ale nie oszukujmy się. Na rynku jest teraz dużo więcej możliwości i układów miłosnych, a formalny papierek i obrączki to tylko jedna z nich.

Aleksandra Kaniewska, analityk ds. polityki zagranicznej w Instytucie Obywatelskim, zajmuje się społeczeństwem obywatelskim i gender

Mężczyźni i kobiety szukają w małżeństwie czegoś innego - panowie oczekują świętego spokoju i dużo seksu, a panie wsparcia emocjonalnego i pomocy w obowiązkach domowych. Czy te oczekiwania się wykluczają? Ależ nie

@RY1@i02/2013/178/i02.2013.178.000001200.804.jpg@RY2@

materiały prasowe

Stephanie Coontz, historyczka i badaczka studiów nad rodziną w Evergreen State College w Waszyngtonie, dyrektorka Council on Contemporary Families przy University of Illinois w Chicago. Autorka książek na temat małżeństwa, m.in. "American Families: A Multicultural Reader" (2008), "Marriage, A History: From Obedience to Intimacy, or How Love Conquered Marriage" (2005), "The Way We Never Were" (1992).

@RY1@i02/2013/178/i02.2013.178.000001200.805.jpg@RY2@

Getty Images/Flash Press Media

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.