Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Pracodawcy największy związek zawodowy

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 54 minuty

Jaki kraj, taki kapitalizm. Jaki kapitalizm, takie związki zawodowe. A że żyjemy w Polsce, tej dziwnej krainie nad Wisłą, dziś rolę najważniejszych związków zawodowych przejęły na siebie organizacje pracodawców

Pracodawcy RP, Konfederacja Lewiatan, Business Centre Club (BCC), Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) - to ich głos słychać dziś w publicznej debacie, to z ich think tanków wypływają rozwiązania, nad którymi będą debatować politycy, to oni wreszcie nadają ton rozmowie o rynku pracy - nie tylko w kontekście własnych korzyści, lecz także zabezpieczeń pracowniczych. Wykształceni ludzie w dobrze skrojonych garniturach czy garsonkach zastąpili krzykliwych facetów pod wąsem w kraciastych koszulach - jak do dziś wyobrażamy sobie lidera związków zawodowych pracobiorców. Z pracodawcami liczy się władza, bywają na salonach, mają realny wpływ na rzeczywistość. Związki zawodowe pracowników wydają się dziś być w sytuacji dinozaurów na pięć minut przed ostateczną zagładą. Jeszcze słychać ich porykiwania, jeszcze bywają groźne, ale wszystko wskazuje na to, że ich epoka właśnie przemija. Ale żeby była jasność: to bardzo źle, gdyż burzy równowagę w ekosystemie, nad odbudowaniem której długo nam przyjdzie pracować. Żaden z krajów dojrzałej demokracji nie pozwolił na coś takiego. Jednak jeśli dinozaury nie miały wpływu na to, co im się przydarzyło (niezależnie od tego, czy było to uderzenie planetoidy, czy wybuchy wulkanów), to wydaje się, że związkowcy są głównymi autorami swojej klęski. Przez ostatnie 25 lat pracowali na swoją zgubę. Teraz się skarżą, że mają zły PR, że prawo ich dyskryminuje, a media nie lubią. Ale natura jest nieubłagana: słabi i za mało inteligentni giną. Na ich miejsce wchodzą nowi.

MSP wchodzą w rolę proletariatu

Jak tłumaczy mi jeden z przedstawicieli pracodawców, sytuacja na naszym rynku jest specyficzna. Związki zawodowe pracowników, ich idea i sposoby działania - jest ich w Polsce tylko nieco mniej niż sto - zostały wymyślone i zbudowane na okoliczności, które dziś już nie istnieją. Bo też miejsce wielkich, państwowych zakładów pracy zatrudniających tysiące ludzi na etatach zajęły prywatne firmy. Głównie te mikro, małe i średnie - to one wytwarzają ponad 60 proc. PKB i tworzą ponad 70 proc. miejsc pracy. Jak łatwo policzyć, niemal 3/4 Polaków znajduje w nich zatrudnienie. Trudno się więc spodziewać, że będą walczyć z kapitalizmem, na co zaprogramowane są związki pracowników. Podcinałyby gałąź, na której siedzą. No i jeszcze jedna sprawa: zakładający przedsiębiorstwo często stają w pozycji ongisiejszego proletariatu: kto może, rzuca im kłody pod nogi. Starają się jakoś bronić.

- Zawsze byliśmy gromadą przyjaciół i staraliśmy się wzajemnie wspierać. Wiadomo, w kupie raźniej - opowiada Cezary Kaźmierczak, prezes i jeden z założycieli Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, najmłodszej organizacji tego typu w Polsce (jest także członkiem Pracodawców RP i blisko z nimi współpracuje). On prowadził firmę szkoleniową i zajmującą się HR, koledzy działali w różnych branżach. Myśleli nawet, żeby tę ich współpracę zinstytucjonalizować, ale jakoś tak schodziło. Tymczasem, jak mówi, sytuacja na rynku i otoczenie gospodarcze się pogarszały, trzeba było się nieźle naboksować, żeby nie zginąć. Ale pewnie by się jeszcze zastanawiali, gdyby nie wydarzenie, które wstrząsnęło ich światem. - Pewnego dnia do drzwi naszego kolegi, Marcina Nowackiego, biznesmena z Łodzi, zapukało ABW. Była 6 rano - wspomina Kaźmierczak. Mężczyzna został w widowiskowy sposób zabrany z domu, aresztowany. To scenariusz, który ludziom prowadzącym interesy w Polsce śni się po nocach w postaci powracającego, nocnego koszmaru. Zwłaszcza że jest duże prawdopodobieństwo, aby nocna mara przemieniła się w rzeczywistość. Czasem na jawie ludzie szczypią się w ramię, chcąc się obudzić. Ale okazuje się, że nie śpią. Tak było w przypadku Nowackiego, który został oskarżony o to, że sporządził fikcyjną umowę na analizę rynku inwestycyjnego w Łodzi dla obywatela Kataru. A w dodatku ten Katarczyk nie istnieje. Za tę umowę z duchem Nowacki miał skasować astronomiczną kwotę 6 tys. zł. Dostał zarzuty. Jak opowiada prezes ZPP, dwa lata trwało udowadnianie, że zajmujący się właśnie kwestiami rozwoju inwestycji bezpośrednich biznesmen nie jest oszustem i złodziejem. - Były e-maile, billingi, ale funkcjonariuszom i prokuratorom to nie wystarczało. Na propozycję, żeby zadzwonili do Katarczyka, odpowiadali, że nie mają pieniędzy na takie zagraniczne rozmowy - relacjonuje Kaźmierczak. Sprawa się zakończyła, kiedy udało się sprowadzić Katarczyka do Polski i postawić go przed śledczymi. Koledzy się złożyli na jego bilet i pobyt - kosztowało to 18 tys. zł. Po dwóch latach przedsiębiorca został oczyszczony z zarzutów.

Niby drobna sprawa, drobna kwota, nie to co sprawa Romana Kluski z 2002 r. (b. właściciel Optimusa został oskarżony o oszustwa na VAT za komputery wartości 30 mln zł, uniewinniony, dostał 5 tys. zł zadośćuczynienia za niesłuszne zatrzymanie), ale takich niby-drobnych spraw jest mnóstwo. - Postanowiliśmy się bronić - kwituje Kaźmierczak. W 2010 r. założyli więc ZPP - organizację skupiającą małe i średnie firmy, zatrudniające do 250 pracowników. Nie byli pierwsi na rynku. Najstarszym stowarzyszeniem są Pracodawcy RP działający już od samego początku transformacji, czyli 1989 r. Dziś reprezentują 10 tys. firm, które zatrudniają ok. 5 mln pracowników. 85 proc. ich członków to firmy prywatne, duże (np. Coca Cola) i małe. Ale są i państwowe koncerny, choćby Jastrzębska Spółka Węglowa. Następne w kolejności - 1991 r. - było BCC, 250 członków, oraz Konfederacja Lewiatan - 1999 r. - z 3,9 tys. członków. Wszystkie mają na swoich sztandarach wspieranie przedsiębiorczości, działania na rzecz poprawy prawa, walkę z biurokracją. A także dialog społeczny, dążenie do harmonii na linii pracodawca - pracownik. Bo, jak zauważa Cezary Kaźmierczak, zwłaszcza właściciele prywatnych firm zdają sobie świetnie sprawę, że bez dobrych, zaangażowanych pracowników ich przedsięwzięcie skazane jest na klęskę. - Nie są tylko chciwymi chamami, jak lubią ich przedstawiać liderzy związków pracowniczych - śmieje się. A w każdym razie nie bardziej niż gdzie indziej na świecie, a już na pewno nie wszyscy. Jednak to nie oznacza, że mają ulegać wszystkim żądaniom załogi, kiedy wiedzą, że może to ich firmę doprowadzić do ruiny. I jako przykład podaje historię z lat 90. dotyczącą warszawskiej firmy, która produkowała części do popularnego wówczas jeszcze samochodu rosyjskiej produkcji marki Łada. Historię ekstremalną może, ale wymowną. - W pewnym momencie Rosjanie skończyli produkować te samochody i na koniec zalali rynek częściami z magazynów. Dyrektor spotkał się z załogą i zaczął tłumaczyć, że muszą się przebranżowić - opowiada prezes ZPP. Zakrzyczeli go, przekonując, że produkcja części do tego samochodu to jest to, na czym się znają najlepiej. Uległ. I potem była piękna katastrofa. Firmy już nie ma. Kilkudziesięciu pracowników musiało poszukać sobie innego miejsca na rozwój zawodowy i znaleźć inny sposób na zarabianie pieniędzy.

Narracja rządzi umysłami

26 czerwca minął rok od czasu, kiedy zerwane zostały rozmowy w Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych (TK). To takie ciało, które skupia przedstawicieli pracodawców, pracobiorców oraz przedstawicieli władz. Celem takiej komórki jest dialog - rozmowa o tym, jak urządzić przestrzeń prawną i społeczną, aby wszyscy - w każdym razie mniej więcej - byli zadowoleni. Przedsiębiorcy zarabiali, pracownicy także, a budżet państwa się domykał. Związki pracowników wyszły z TK, gdyż uznały, że nowelizacja prawa wprowadzająca dłuższy czas pracy do emerytury (67 lat) oraz zapisy mówiące o elastycznym czasie pracy są dla nich nie do zaakceptowania. I co? No właśnie nic. Ludzie nie wyszli w proteście na ulice, zakłady pracy nie stanęły. I tak jakoś do dziś się to wszystko toczy, że komisja trójstronna nie działa, ale wszystko poza nią - owszem. A jednocześnie w debacie publicznej górę bierze narracja, która daje wielki handicap pracodawcom, zaś pracobiorcy zostali w niej sprowadzeni do roli męczących krzykaczy. Facetów w kraciastych koszulach o czerwonych twarzach właśnie, którzy wprawdzie bywają głośni, ale nie mają niczego istotnego do powiedzenia. Podział jest mniej więcej taki, jak w życiu politycznym: nasi kontra wasi. Pracodawcy, zwłaszcza mali i średni przedsiebiorcy, to są ci, którzy pracują na wzrost gospodarczy, tworzą miejsca pracy, dbają o kraj. A związki pracobiorców zatrzymały się w rozwoju. Mentalnie, intelektualnie utkwiły ćwierć wieku temu, w epoce socjalizmu. Mówią o redystrybucji dochodów, o prawach pracowniczych, grożą protestami. Ale jakoś nie widać, żeby ktoś ich słuchał. - Są mało elastyczni i nieżyciowi - ocenia prof. Radosław Markowski, socjolog z SWPS. Jakby żyli nie w tym realnym świecie. Weźmy choćby powody, dla których zbojkotowali obrady w TK: reformy emerytalnej się już nie cofnie, sprawa przyklepana. A przynajmniej tysiąc firm skorzystało z 12-miesięcznego okresu rozliczeniowego, jeśli chodzi o czas pracy. Gospodarka się rozwija, nikt nie strajkuje. Więc o co chodzi? - pyta profesor. No właśnie.

Stephane Portet, ekonomista, założyciel S.Partner, polskiej filii z Grupy Syndex doradzającej w kilku krajach Unii Europejskiej organizacjom pracobiorców, przyznaje, że polski ruch pracowniczy znalazł się w klinczu. - Mam wrażenie, że rząd i w ogóle elity faktycznie bardziej słuchają pracodawców, ich przekaz jest silniejszy i lepiej odbierany - mówi. Na taką sytuację złożyło się kilka okoliczności. Od lepszego przełożenia pracodawców na media, poprzez bardziej atrakcyjny w odbiorze przekaz idei - bo jeśli ktoś haruje na miejsca pracy dla wszystkich, to z założenia jest lepszy od tego, który ma tylko żądania i nie wiadomo, co może dać od siebie. I to nawet, jeśli to mit. Do tego dochodzą tak delikatne sprawy, jak osobiste sympatie i antypatie. - Po ostatnim posiedzeniu komisji trójstronnej w czerwcu zeszłego roku padło wiele ostrych słów. A wyraźnie premier Donald Tusk potraktował to bardzo osobiście - ocenia Portet.

Choć, rzecz jasna, rzeczywistość jest bardziej zbalansowana. Rozmowy jednak się toczą. Kiedy w agendzie rządowej znalazł się temat bezpieczeństwa energetycznego, premier znalazł sposobność i czas, aby spotkać się ze związkami branży górniczej. Ale odbyło się to na zasadach narzuconych przez stronę rządową, a związkowcy - choć w ten sposób docenieni i uhonorowani - odegrali rolę statystów w tym politycznym przedstawieniu.

Inna sprawa jest taka, że choć związki zawodowe pracowników - obok Kościoła katolickiego (bo partii z założenia lewicowych nie ma tutaj co brać pod uwagę) - pozostają dziś jedynymi nieliberalnymi organizacjami, to dają się rozgrywać reszcie towarzystwa. I choć - jak wynika z badań opinii publicznej - społeczeństwo ma ambiwalentne podejście do grupy biznesmenów (jak zamożny, to pewnie ukradł), na plan pierwszy przebija się opinia, iż ci ze związków pracowniczych to roszczeniowcy i ludzie demolki. Nie mają nic sensownego do zaproponowania. Strajk? - Ludzie pracy, jak już mają chwilę wolną, wolą iść na ryby, rozpalić grilla, pobiegać albo pooglądać telewizję - kwituje Cezary Kaźmierczak.

Jest też trochę tak, jak zauważa Stephan Portet, że w grę wchodzą kwestie - nazwijmy je, choć to niepopularne - klasowe. Biznesmenom bliżej do polityków, często należą do tego samego grona towarzyskiego, spotykają się w tych samych miejscach, jedzą lunche w tych samych knajpach. Na przykład Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP, sam swojego czasu robił w polityce: był, jak wynika to z jego noty biograficznej na stronie związku, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Handlu Wewnętrznego i Usług oraz podsekretarzem stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. W 1996 r. pełnił funkcję pełnomocnika do spraw organizacji Ministerstwa Gospodarki, w którym został potem sekretarzem stanu. Był posłem na Sejm, wiceprzewodniczącym komisji stosunków gospodarczych z zagranicą i tak dalej. - Takie doświadczenie bardzo się przydaje i pozwala obserwować rzeczywistość z kilku punktów widzenia - przyznaje. Lobbing? Tak, jak najbardziej. Po to się zorganizowali. Cezary Kaźmierczak także nie kryje, że nie ma większych problemów, aby dotrzeć do osób związanych z władzą i przedstawić im swój punkt widzenia. - Choć skutki tego są często mało wymierne - wzdycha. Politycy kiwają głowami, zgadzają się, obiecują zajęcie się sprawą. A potem sprawa utyka tam, gdzie się zaczęła. Ale nie zawsze. Bo najważniejsze to być w toku wydarzeń. I nie odpuszczać. Portet wskazuje, że pracodawcy są na tyle blisko władzy, że mogą realnie wpływać na jej decyzje. Na przykład Lewiatan ma swoich ludzi w bliskim otoczeniu premiera. Jak chociażby Jacek Piotr Męcina, który od 2012 r. pełni obowiązki wiceministra pracy i polityki społecznej. Ale nie tylko o takie związki chodzi. Czasem wystarczą dwa zdania, błysk zrozumienia w oczach, przetasowanie w myślach zysków i strat. Ale żeby tak się stało, trzeba się spotkać, choćby na chwilę. Na forum ekonomicznym w Krynicy. Albo innej imprezie organizowanej przez pracodawców. Przy whisky, winie, papierosie lub cygarach. Na wiecu się nie pogada. Pracodawcy bardzo o takie okazje do spotkań dbają. Pod ich egidą odbywa się wiele imprez, na których zderza się świat biznesu ze światem polityki. Organizatorem prestiżowego spotkania EFNI (Europejskie Forum Nowych Idei) jest Lewiatan, polski kongres gospodarczy to dzieło Pracodawców RP, tak samo jak bardzo ważny Polsko-Niemiecki Szczyt Energetyczny w Berlinie. BCC ma swój gabinet cieni, a ZPP przyznaje swoje nagrody gospodarcze. - Nasza organizacja jest jedyną w kraju, która reprezentuje polski biznes w pracach B20, międzynarodowego forum biznesu wspierającego i tworzącego rekomendacje dla najbogatszych państw świata z grupy G20. Jesteśmy też członkiem Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego, organu doradczego najważniejszych instytucji Unii Europejskiej - chwali się, nie bez powodów, Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Jednak jeden z wiceprezesów BCC oburza się na takie stawianie sprawy. - U Sowy nie bywam, a do restauracji chodzę prywatnie, zwykle z żoną albo swoimi dziećmi - powiada. Niemniej jednak takie nieformalne kontakty działają. A jeśli jeszcze ma się coś konkretnego do zaproponowania, tym lepiej. A nie da się ukryć, że pracodawcy mają. Zwłaszcza że każda z ich organizacji dysponuje ekspertami z najwyższej półki. Finansują think tanki - jak choćby Warsaw Enterprise Institute najmłodszego z tych związków, czyli ZPP. Organizują liczące się w kraju konkursy, jak choćby Wektory przyznawane przez Pracodawców RP. To są imprezy, na których stawiają się najważniejsi politycy, od prezydenta RP poczynając.

I nie chodzi tutaj tylko o dobrze skrojone garnitury, lecz także o całościową propozycję tego, jak powinien wyglądać ład gospodarczy w naszym kraju. Adwersarze pracodawców są tutaj na straconej pozycji. Nie tylko i nie przede wszystkim z powodu kraciastych koszul słabo pasujących do eleganckiego towarzystwa spotykającego się na kongresach i towarzyszących im bankietach. - Brakuje im dobrego przekazu, tej narracji, która jest w stanie porwać tłumy - przyznaje Stephane Portet. Do kwestii płacowych typu tu i teraz powinni dodać nową ideę i postarać się ją sprzedać społeczeństwu. Jest wiele kwestii, które wymagają szybkiego rozwiązania. Jak chociażby problem młodych ludzi zatrudnianych na umowy śmieciowe, jak godność pracowników, którzy powinni czuć się gospodarzami w swoich zakładach pracy poprzez promowanie idei nowej demokracji społecznej, jak powrót do solidaryzmu społecznego, o którym zapomnieliśmy w pogoni za wzrostem gospodarczym i w chęci dorównania bogatszym gospodarkom tej części świata. A tego ze strony związków pracowników dziś jeszcze bardzo brakuje - opowiada. - Nawet jeśli ostatnio zrobili postępy w tym kierunku.

Wprawdzie Piotr Szumlewicz z OPZZ zapewnia, że bardzo zwracają uwagę na to, żeby być w nurcie nowoczesnych idei, ale chyba za bardzo im to nie wychodzi. Bo powołanie pełnomocnika ds. LGBT to zbyt mało, aby zyskać popularność w narodzie. Wystarczy porównać dzienny przekaz (z środy), jaki płynął z różnych centrali związkowych. "30 czerwca na antenie TVP 1 został wyemitowany mecz Algieria - Niemcy. Podczas transmisji relacjonujący mecz Jacek Laskowski (w przerwie między drugą połową meczu a dogrywką) powiedział na temat reprezentacji Algierii: »Te cwane zwierzęta z pustyni potrafią tutaj napsuć dużo krwi reprezentacji Niemiec«. W mojej opinii powyższa wypowiedź stanowi przykład naruszenia art. 18 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji, zgodnie z którym »audycje lub inne przekazy nie mogą propagować działań sprzecznych z prawem, z polską racją stanu oraz postaw i poglądów sprzecznych z moralnością i dobrem społecznym« - rozesłał do mediów swój komunikat Piotr Szumlewicz. "Gospodarczy Gabinet Cieni BCC ocenił działania ministrów w II kwartale i wyznaczył priorytety dla rządu na III kw. 2014" - donosił z kolei Emil Muciński z BCC. A Cezary Kaźmierczak z ZPP kolportował swój list do prezydenta Bronisława Komorowskiego o niepodpisywanie ustawy o informowaniu o cenach towarów i usług, która zdaniem związku - z powodu niewspółmiernie wysokich kar za błędy w cenie towarów (od 20 do 40 tys. zł) - doprowadzić może do upadku małych sklepów. No cóż, są rzeczy ważne i ważniejsze.

Co prawda według zeszłorocznego Europejskiego Indeksu Zaufania Pracowników (GI Group Academy) postrzeganie związków zawodowych pracobiorców w Polsce nie odbiega od europejskiej średniej, jednak zdaniem ekspertów w znikomym stopniu przekłada się to na rzeczywistość. Bo życie sobie, a one sobie, bez szczególnego przełożenia. Aby być skutecznym, trzeba wiedzieć, co jest istotne dla funkcjonowania dużych grup ludzi.

Kto ma przywileje, czyli wzajemne żale

Zwłaszcza że aby być wysłuchanym, nie wystarczy dziś zorganizowanie masówki w zakładzie pracy. Ani wysłanie kilku e-maili. Liderzy związków pracowniczych często skarżą się na niechęć prasy, brak oddźwięku dla swoich działań w mediach. Ale sami sobie są winni. Taki drobny, choć osobisty przykład na kiepskie działanie PR-owskie liderów pracobiorców. Kiedy w zeszły piątek zwróciłam się do rzecznika Solidarności z prośbą o kontakt do ich ekspertów, którzy mogliby porozmawiać na temat kondycji ruchu związkowego w Polsce, usłyszałam, że ten właśnie idzie na urlop. I nie gwarantuje, że ktoś się do mnie odezwie, gdyż cała para w "S" idzie w nadchodzące wybory, więc eksperci nie mają czasu. I faktycznie - nikt go nie znalazł, aby choćby grzecznościowo odpowiedzieć na wysyłane do centrali "S" e-maile. Tymczasem Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP, zaczepiony SMS-em na wczasach we Włoszech, znalazł czas i sposobność, żeby porozmawiać. I nie chodzi mi o zdradzanie dziennikarskiej kuchni, tylko o ocenę skuteczności przekazu. W tej rozgrywce wyszło na korzyść pracodawców: duże 1 do wielkiego 0.

Prócz instynktu, nazwijmy to - medialnego, na korzyść pracodawców przemawia także i to, że mają dostęp do ekspertów z najwyższej półki. Raz z powodu tego, ile im są w stanie płacić, dwa, że występowanie po stronie biznesu jest w naszych realiach sprawą prestiżową. Bo związki zawodowe pracowników kojarzą się niesłusznie z obciachem i wiochą mentalną. - W grę wchodzi także i ta kwestia, że wybitni fachowcy obawiają się zemsty pracodawców, tego, iż nie dostaną od nich zleceń - podnosi Portet. I zaraz dodaje, iż są wyjątki od tej reguły: choćby dr hab. Marcin Zieleniecki, prawnik Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność", który reprezentował związek przed Trybunałem Konstytucyjnym w sprawie święta Trzech Króli i wygrał. Ale takich jak on jest niewielu. Powodów takiego stanu rzeczy jest przynajmniej kilka. Najważniejszy to brak dopływu świeżej, młodej - i co najważniejsze - wartościowej krwi do pracobiorców. Jak zauważa Portet, pracę czy choćby wolontariat w takiej organizacji związkowej młody Niemiec z radością wpisze do swojego CV i zostanie to dobrze przyjęte przez dział HR w firmie, w której stara się o etat. U nas byłoby to często dyskwalifikujące.

Kolejna sprawa to taka, że pracobiorcy narzekają na swoje upośledzenie wobec obowiązującego prawa. Taka drobna, acz ważna rzecz: pracodawcy mogą odliczać składki odprowadzane na rzecz swoich stowarzyszeń od dochodu, więc de facto jest to ulga podatkowa, bo pracobiorcy tego zrobić nie mogą. Pracodawcy podnoszą z kolei, że tamci związkowcy cieszą się przywilejami, o których oni nawet nie marzą. - Dlaczego pracodawca ma zbierać składki na ich ruch związkowy? Dlaczego posady ich liderów są nie do ruszenia? Czemu mamy zapewniać im biura, etaty, za swoje musimy płacić sobie sami - irytuje się Kaźmierczak. I dodaje, że jego zdaniem tamte związki to hamulce polskiej gospodarki. - Nie dążę do ich likwidacji, lecz do pozbawienia nieuzasadnionych przywilejów - zapowiada. Ale na to, podobnie zresztą jak na wyprostowanie ścieżek w polskim dialogu społecznym, się nie zanosi. Przynajmniej nie zaraz. I nieprędko.

Jak dogadują się inni

Polska to dziwny kraj. Bo choć konflikt interesów pomiędzy pracodawcami a pracobiorcami jest naturalnym procesem, to nigdzie indziej w cywilizowanych krajach Zachodu nie przybiera takiej formy, jak u nas. Generalnie rzecz biorąc, związki pracownicze wszędzie traktowane są jako jeden z filarów demokracji, ważny głos społeczeństwa w formowaniu zasad nowoczesnej gospodarki. Choć, jak podnosi prof. Radosław Markowski, demokracja i kapitalizm różnią się, w zależności od warunków i historii danego kraju, ale w większości z nich udaje się w tej trójcy: rząd - pracownicy - pracodawcy, jakoś dogadać. - Kiedy w Niemczech uzgadnia się, że płace nie będą rosły przez kolejne trzy lata więcej niż o 0,2 proc., to wszyscy się tego twardo trzymają - zauważa. Nam, po ''89 roku zabrakło właśnie takiego okrągłego stołu, przy którym wszyscy uczestnicy dialogu społecznego mogliby usiąść i się dogadać: czy jak w Skandynawii stawiamy na równość, czy jak w USA na wolność gospodarczą. Wydaje się, że teraz jest na to za późno. I być może przyjdzie nam poczekać jako społeczeństwu na to, aż obecne pokolenie odejdzie w niebyt: ci goście w kraciastych koszulach, którzy nie rozumieją, że na rzeczywistość można wpływać inaczej, niż tylko działając na zasadzie strachu i paraliżu. Oraz panowie z cygarami, którzy nie do końca wierzą w to, że z ludem pracy można się dogadać inaczej, niż stawiając go przed faktem dokonanym. Jedno jest pewne. Nie da się dziś, jak to deklarował jeden z liderów pracobiorców, zamykać oczu i zatykać uszu na to, co się dzieje w gospodarce. Mówił: a co mnie obchodzi PKB, czy ktoś się nim naje? Otóż samym tym wskaźnikiem nie zapełnimy garnków, ale jeśli o niego nie zadbamy, będziemy gotować same plewy. I skończymy jak dinozaury. Nie wiedząc, kto nas tak załatwił i dlaczego.

Związki zawodowe pracowników wydają się dziś być w sytuacji dinozaurów na pięć minut przed ostateczną zagładą. Jeszcze słychać ich porykiwania, jeszcze bywają groźne, ale wszystko wskazuje na to, że ich epoka właśnie przemija

@RY1@i02/2014/128/i02.2014.128.000001000.803.jpg@RY2@

ADAM GUZ/REPORTER

Spotkanie pracodawców z prezydentem Bronisławem Komorowskim

Mira Suchodolska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.