Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Trzecie miejsce

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 39 minut

Praca, dom; dom, praca. I tak w kółko. Czyżby? W ten dwubiegunowy model wdziera się nowy element. Potrzeba bycia w przestrzeni publicznej

W filmie "Adwokat diabła" bogaty nowojorski prawnik John Milton (grany przez Ala Pacino) podróżuje po mieście metrem, choć byłoby go stać nie tylko na prywatną limuzynę, ale i na przeloty helikopterem. Robi to w jednym celu: chce w czasie podróży, często w tłoku i na stojąco, czuć się jak przeciętny Amerykanin. Chce wiedzieć, jak się żyje bez majątku i z dnia na dzień. Dzięki temu ma szansę lepiej rozumieć zwykłych ludzi.

Dla Miltona nowojorskie metro jest rodzajem trzeciego miejsca, przestrzeni między domem a biurem. Miejscem, gdzie choćby na jakiś czas wyrównują się społeczne przepaście, nie mają znaczenia różnice majątkowe ani statutowe. Gdzie, przynajmniej teoretycznie, wszyscy są równi, bo znajdują się w tym samym tłoku.

- W Polsce do tej równości również zaczęliśmy przywiązywać wagę. Nawet jeśli jest ona fragmentaryczna, nawet jeśli bywa ulotna i iluzoryczna. Stajemy się znacznie bardziej świadomi niż jeszcze kilka lat temu. Wiemy już, że ważniejsze od bycia w pracy albo bycia zamurowanym w mieszkaniu na kredyt jest bycie ze sobą. Wspólne, na ulicy, w parku, w kawiarni, w centrum handlowym - tłumaczy Bogna Świątkowska, szefowa Fundacji Bęc Zmiana badającej transformacje społeczne.

Nie zatracać się w pracy

Czym jest to trzecie miejsce i dlaczego w sytych, zamożnych społeczeństwach staje się tak istotne? Teorię na ten temat opracował w latach 80. Ray Oldenburg. Według amerykańskiego socjologa to przestrzeń inna niż dom (pierwsze miejsce) i praca lub szkoła (drugie miejsce). Jej celem jest stworzenie atmosfery, w której można odpocząć od obowiązków rodzinnych i zawodowych, spędzić czas przyjemnie i w komfortowych warunkach, spotykając się z przyjaciółmi lub nieznajomymi. W ten sposób wzmacnia się własne poczucie przynależności do lokalnej lub środowiskowej społeczności. Teoria Oldenburga powstała 30 lat temu i wówczas odnosiła się do tradycyjnych miejsc spotkań, np. kawiarni. Dzisiaj w znacznie większym stopniu dotyczy także przestrzeni wirtualnych, forów internetowych i portali społecznościowych.

Fred Gooltz, amerykański specjalista ds. komunikacji społecznej, opracował podstawowe założenia skuteczności trzeciego miejsca. Musi być położone w szeroko pojętym centrum miasta lub ośrodka skupiającego ludzi, musi być dostępne za darmo lub za symboliczną opłatą, a jeśli jest restauracją lub kawiarnią, musi serwować produkty spożywcze w przystępnych cenach - tak aby nawet najmniej zamożni konsumenci byli w stanie zostawić tu trochę pieniędzy. Optymalnie, jeśli jest dostępne dla niepełnosprawnych i można do niego dojść pieszo, nie używając żadnych innych form komunikacji. Wszyscy goście powinni czuć się tu dobrze, obsługa powinna przyjmować ich z uśmiechem, a lokal powinien być dość obszerny i wygodny. Gooltz w swoim katalogu cech idealnego trzeciego miejsca zaznacza też, że celem wizyt w tego typu obiektach ma być zarówno spotykanie znajomych, których już się ma, jak i ludzi, których dopiero poznajemy.

"Chodzi w dużym stopniu o tworzenie takich przestrzeni w miejscach, które do tej pory nie były w żaden sensowny sposób wykorzystywane, ale ich lokalizacja jednoznacznie predestynuje je do bycia motorem społecznym, siłą napędową cementującą istniejące i budującą nowe relacje" - pisze Gooltz na swoim blogu na stronie Advomatic.com.

Doktor Katarzyna Kajdanek, socjolog miasta, autorka książki "Suburbanizacja po polsku", dodaje: - Najlepsze miejsca trzecie mają swoich stałych bywalców, osoby, które nadają mu charakter i nieustannie je uspołeczniają.

Jak tłumaczy Gooltz, trzecie miejsca są na całym świecie, w niektórych krajach są zresztą dość charakterystyczne. We Francji to przyuliczne kawiarnie z wystawionymi stolikami i krzesłami skierowanymi siedziskiem w stronę ulicy, w Niemczech to głównie tradycyjne imprezy piwne, we Włoszech małe place, w których zbiegają się ulice najstarszych części miast. W Anglii i Irlandii puby, w Japonii herbaciarnie. Najróżnorodniej jest według Gooltza w Stanach Zjednoczonych: tu rolę trzeciego miejsca pełni wiele różnorodnych punktów - od fontann w parkach, przez studia fryzjerskie, po lokalne sklepy i kameralne księgarnie, gdzie wybieranie książki może się przerodzić w długą pogawędkę na dowolny temat.

Wydaje się, że duża część Polaków dojrzała już do tego, żeby nie poświęcać na pracę więcej niż ośmiu godzin dziennie, jak dzieje się w dojrzałych, rozwiniętych społeczeństwach, więc trzecie miejsca powinny radykalnie zyskiwać na znaczeniu. Zrozumieliśmy, że korpożycie nie ma głębszego sensu i że warto więcej czasu poświęcać sobie niż swojej firmie. Jeszcze nie jesteśmy tak świadomi jak Szwedzi, gdzie zaczęto testować 6-godzinny dzień pracy - w Goeteborgu pracownikom budżetówki skrócono właśnie czas codziennego wykonywania obowiązków, przez co zdaniem władz miasta będą mniej chorować i rzadziej brać zwolnienia lekarskie, a także wzrośnie ich wydajność - ale i tak zaczęliśmy się bardziej kontrolować i przestaliśmy zatracać w pracy.

To, że przestaliśmy żyć jedynie życiem zawodowym, potwierdzają niedawne ustalenia CBOS ("Aktywności i doświadczenia Polaków w 2013 r."). Nasze pozasłużbowe aktywności znacznie częściej niż w latach 90. i po 2000 r. stają się na tyle istotne, że równoważą się z zarabianiem. Z internetu w celach niezwiązanych z pracą korzysta niemal dwie trzecie dorosłych (63 proc.), przy czym większość (55 proc.) robi to regularnie. Niemal połowa badanych (47 proc.) była w tym okresie w kinie, a co trzeci (36 proc.) nawet kilkakrotnie. Jak podkreśla CBOS, to najwyższy odsetek badanych od początku prowadzonych przez pracownię badań, czyli od 1987 r. Czterech na dziesięciu badanych (40 proc.) było w minionym roku na imprezie sportowej. Dzisiaj deklarujemy znacznie częstsze niż w latach 90. zainteresowanie tego typu wydarzeniami. Niemal dwie piąte ankietowanych (37 proc.) było na koncercie, a ponad jedna czwarta (28 proc.) na wystawie w muzeum lub w galerii. Osoby, które były w teatrze, stanowią jedną piątą badanych (20 proc.). To również najwyższy odsetek w ciągu ostatnich 26 lat.

Pozasłużbowe, indywidualne aktywności w miejscach trzecich cenią głównie ludzie dobrze wykształceni. Uczestnictwo we wszystkich wyżej wymienionych formach spędzania wolnego czasu jest bardzo silnie powiązane z odebraniem starannego wykształcenia. Im lepsze, tym częstsze deklaracje zaangażowania.

Pełny egalitaryzm

Zdaniem prof. Henryka Domańskiego z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk trzecie miejsca, nawet jeśli nie są źródłem kultury najwyższej, odpowiadają przede wszystkim na ludzką potrzebę obcowania ze zjawiskami, jakkolwiek patetycznie by to zabrzmiało, wzbogacającymi naszą duchowość. Po 1989 r. potrzeba ta zastąpiła w sposób masowy wcześniej najistotniejszą, czyli potrzebę produkcji, którą realizowano w zakładach pracy (miejscach drugich), siłą rzeczy początkowo powoli, dzisiaj już dość dynamicznie kreując popyt na projektowanie i organizowanie miejsc trzecich.

- Trzecie miejsca odpowiadają obecnie za następujący proces społeczny: najpierw klasy wyższe, wyznaczające kierunki - także te związane ze sposobami spędzania czasu wolnego - określają, co jest obecnie modne i jaki rodzaj trzecich miejsc powinien się cieszyć wzięciem. Może to być modna przestrzeń nad Wisłą, stadion piłkarski, wernisaż czy obecność w określonej przestrzeni wirtualnej - tłumaczy prof. Domański. - Kiedy już ten katalog zostanie opracowany i rozpropagowany, przestaje być własnością elit, staje się dobrem uniwersalnym, które jest w zasięgu klas niższych. To one, podglądając liderów opinii, naśladują ich, ucząc się, co jest modne, a co nie. Potem starają się, zwykle z niezłym skutkiem, doszlusować do standardów wyznaczanych przez klasy wyższe w tym kontekście. Elity społeczne, zauważając to, po pewnym czasie podnoszą poprzeczkę i kreują kolejne mody. Stawiają na nowe symbole odróżniania się od innych, które wcale niekoniecznie zawsze są bezpośrednią pochodną ich statusu materialnego, a raczej potencjału intelektualnego. I tak w nieskończoność - ocenia prof. Domański.

Ale z tej pogoni za trendami wynikają również zjawiska pozytywne. Jak przekonuje Bogna Świątkowska, powstają jednolite przestrzenie, gdzie mogą funkcjonować ludzie z zupełnie różnych bajek, tacy, którzy nie mają szans spotkać się na przykład zawodowo, bo cechują się kompletnie różnym poziomem kompetencji. I nawet jeśli to funkcjonowanie nie likwiduje trwale swoistej nowoczesnej kastowości, to powoduje, że przynajmniej czasowo statusy społeczny i materialny przestają być kluczowymi kryteriami definiującymi nasze role i możliwości życiowe.

- Otwartość takich miejsc powoduje, że dążymy w stronę egalitaryzmu, społeczeństwa ocierającego się o ideał w zakresie wyrównywania nierówności, choć do tego ideału jeszcze wiele brakuje. Pocieszające jest to, że sami czujemy coraz większą potrzebę tworzenia podobnych przestrzeni i aktywnego uczestniczenia w ich ofercie - diagnozuje szefowa Fundacji Bęc Zmiana.

- Pełny egalitaryzm nie jest możliwy w żadnym społeczeństwie, ale możliwość współistnienia w jednym miejscu i w jednym czasie przedstawicieli odmiennych światopoglądów i grup stępia ostrze potencjalnych konfliktów społecznych. A to już sporo - dodaje prof. Domański.

Psycholog Izabela Kielczyk jest z kolei pewna, że nasza aktywność poza domem i pracą pozwala nam z roku na rok coraz trwalej walczyć ze stereotypami i otwierać się na poglądy, które nigdy nie były nasze. I z których istnienia czasem nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy.

Aktywność, o której wspomina Bogna Świątkowska, może być kluczem do zrozumienia fenomenu trzecich miejsc.

- Rzeczywistość, która nas otacza, zmienia nasze potrzeby. Tak jak do pewnego momentu modelem numer jeden, marzeniem niemal powszechnym było posiadanie mieszkania na zamkniętym osiedlu, tak też istotą zabawy były zamknięte kurorty, nawet położone na zupełnym pustkowiu, ogrodzone wysokim płotem, przypominające koszary, ale wewnętrznie samowystarczalne, wyposażone w niezbędną infrastrukturę. W spędzaniu wolnego czasu dominowała logika pasywności 3S (sun, sand, sea, czyli słońce, piasek i morze). Dziś - i przez to miasta stały się atrakcyjne także w czasie wakacji - dominuje logika aktywności 3E (education, entertainment, excitement, czyli nauka, rozrywka i ekscytacja). W efekcie przestrzenie, które taki rodzaj atrakcji dostarczają, stały się bardzo popularne. Dodatkowo, co istotne na fali negacji konsumpcjonizmu wśród coraz większej liczby świadomych konsumentów, miejsca te są modne nie dlatego, że są drogie, ale dlatego, że mają różnorodnych i różnobarwnych klientów - wyjaśnia Jarosław Makowski, dyrektor Instytutu Obywatelskiego.

Zła przestrzeń

Instytut pokazał niedawno na konkretnych przykładach, na czym opiera się realizacja idei trzeciego miejsca w praktyce. Profesor Tomasz Nawrocki, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego, napisał na łamach "Lupy" (pismo IO) tak: "Kiedy na wykładach przychodzi tłumaczyć studentom, czym są tezy amerykańskiego socjologa Raya Oldenburga, opowieść ilustruję dwoma zdjęciami. Na jednym jest neon »Kato Baru«, miejsca instytucji, na drugiej zaś patio Centrum Nauki i Edukacji Muzycznej (w Katowicach - red.). Zestawienie tych dwóch zdjęć pokazuje pewne problemy, które związane są z pojęciem miejsca trzeciego. Zgodnie z intencją Oldenburga miejsce trzecie to nie tylko przestrzeń, w której bywamy poza domem i pracą. To przede wszystkim przestrzeń, w której jesteśmy z innymi ludźmi, wchodzimy z nimi w relacje, tworzymy grupę. Często posługujemy się pojęciem miejsca trzeciego dla oznaczenia przestrzeni, w których po prostu spędzamy czas wolny poza domem. Ta definicja nie podkreśla jednak ważnej roli tych miejsc, które służą zaspokajaniu potrzeby bycia we wspólnocie. Niezwykłe w swej architektonicznej urodzie Centrum Nauki i Edukacji Muzycznej, zaprojektowane przez Tomasza Koniora, przyciąga klimatem. Jednak to pozornie surowe, wyłożone płytami OSB wnętrze »Kato Baru« tworzy społeczność bywalców tego miejsca. Tu, na ul. Mariacką, trafiają młodzi katowiccy mieszczanie i ci starsi, dla których to miasto jest czymś ważnym. Tu można się dowiedzieć, co dzieje się w mieście, jakie akcje są planowane, co pojawi się w lokalnej prasie. I to właśnie chodzi".

Na koniec nie unikniemy jednak łyżki dziegciu. Mogłoby się wydawać, że skoro coraz większą potrzebą mieszkańców miast jest regularne, a nie jedynie od wielkiego dzwonu przebywanie w miejscu trzecim, administracja będzie ich rozwojowi sprzyjać. Eksperci mają jednak wątpliwości. Doktor Katarzyna Kajdanek ocenia, że pod względem dopasowywania urbanistyki do ludzkich potrzeb nasz kraj jest raczej antywzorem niż przykładem do naśladowania.

- Dzieje się tak dlatego, że system planowania przestrzennego wiele lat temu został skutecznie rozmontowany. Decyzje o tym, co i gdzie budować, są wydawane w trybie administracyjnym, często w oparciu o zupełnie niejasne, nielogiczne kryteria. Urbanistyka jako sztuka planowania miast z uwzględnieniem potrzeb ludzkich - tak jak ma to miejsce we Włoszech, Francji, w Wielkiej Brytanii - właściwie u nas nie istnieje. Kolejny powód jest taki, że rozwojem obszarów zurbanizowanych sterują urzędnicy oczarowani wizją miasta jako produktu, który należy sprzedać klientom zewnętrznym. A logika planowania przestrzennego jest podporządkowana interesom deweloperów - punktuje dr Kajdanek.

W takiej sytuacji pozostaje, wzorem Jacka Kuronia, który prosił, by nie palić istniejących komunistycznych komitetów, ale zakładać własne i niezależne, tworzyć własne trzecie miejsca. Same na pewno się nie stworzą.

@RY1@i02/2014/128/i02.2014.128.000000600.802.jpg@RY2@

KRYSTIAN MAJ/FORUM

Marcin Hadaj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.