Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Polski slalom przez rzeczywistość

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 27 minut

Nie kombinujesz, nie jedziesz. To stwierdzenie tak samo nasze jak "Marsz, marsz, Dąbrowski"

Państwo nas kosi jak może, my będziemy kosić państwo. Ten zakorzeniony głębiej niż tysiącletni dąb, polski światopogląd jest najtrwalszą z przyczyn naszego wrodzonego kombinatorstwa.

Jest z nami jak w tym żarcie: po serii zwycięstw Roberta Kubicy w wyścigach Formuły 1 kierownictwo BMW zdecydowało się przetestować polskich mechaników. Niestety Polacy nie przeszli testów. Mimo że wymienili opony o 2 sekundy szybciej niż Niemcy, kierownictwu nie spodobało się to, że jednocześnie przemalowali bolid i przebili numery silnika.

Parafrazując przekaz jednej z reklam, można dzisiaj bez żadnego ryzyka stwierdzić, że "my, Polacy, tak mamy, lubimy zakombinować". Jeśli coś jest proste, od A do Z, wydaje nam się tak nienaturalne, że aż podejrzane. Nie umiemy iść prostą linią, musimy robić zakosy. To nam wychodzi perfekcyjnie jak żadna inna skomplikowana kalkulacja. Omijamy w ten sposób przeszkody, które bardzo często sami tworzymy we własnych głowach. Bo tak naprawdę zwykle ich nie ma. Ale bywa też tak, że do wszelkich możliwych kombinacji zmuszają nas okoliczności zewnętrzne.

- Nie umiemy budować, nikt nas tego nie nauczył - ocenia Leszek Mellibruda, psycholog, trener rozwoju osobistego, właściciel Business Active Mind. - Umiemy pokonywać problemy, ale gdy ich nie ma, nie wiemy, co się dzieje. Sytuacje ekstremalne są naszym żywiołem. Dobrze czujemy się jedynie na drodze wyboistej. A kiedy winda jedzie do celu, niemal się w niej gubimy - przerysowuje nieco ekspert.

Chyba tylko my potrafimy także jednocześnie być uczciwi i nieuczciwi. Z jednej strony potwierdzać przywiązanie do uczciwości jako wartości cementującej nasze życie i wyznaczającej strategiczne kierunki jego rozwoju, co deklaruje w badaniu CBOS z czerwca 2010 r. 95 proc. Polaków, a z drugiej oficjalnie przyznawać - w tym samym badaniu - że deklaracje deklaracjami, ale w praktyce kierujemy się uczciwością w naszym życiu znacznie rzadziej (tylko w nieco ponad 20 proc. przypadków). Tacy właśnie jesteśmy - trochę uczciwi, trochę nie - zależy jak akurat wieje wiatr. To idealne podglebie do kultywowania kombinatorstwa jako naszej głównej cechy narodowej.

Zasilanie szarej strefy

Paweł już dawno doszedł do wniosku, że będzie uczciwy tylko dla siebie. Ponieważ polskie państwo oprócz darmowego wykształcenia do matury (bo za studia płacił, ukończył wprawdzie państwową szkołę wyższą, ale na kierunku zaocznym) nic mu nie dało, to on będzie robił wszystko, aby nic nie dawać państwu. Dla zasady. Dlatego od chwili, gdy ma własne auto, a w tym roku mija już 7 lat, legalne paliwo kupił może pięć, a może osiem razy, przy czym rocznie pokonuje między 20 a 30 tys. km, trochę więcej niż standardowy kierowca.

- Stale, regularnie kupuję benzynę z przemytu. Zwykle z Białorusi. Wbrew wielu doniesieniom: po pierwsze takich transportów wchodzą do Polski rocznie setki, po drugie nikt szczególnie w tym procederze nie przeszkadza i go nie kontroluje. Może po prostu tak ma być - opowiada Paweł. - Litr paliwa na stacji, obciążony podatkami kosztuje ponad 5 zł, ja płacę bez podatków ok. 3 zł za litr. Zwykle za jednym zamachem kupuję ok. 300 litrów, wystarcza prawie na dwa miesiące. Wiem, że pompuję w ten sposób szarą strefę, ale dla mnie ma znaczenie tylko to, że płacę mniej. Interes państwa mnie nie interesuje, tak jak państwo nie interesuje się tym, czy będę miał z czego żyć, czy nie.

Akurat na paliwie lody kręci wielu z nas. Jak ocenia Polska Organizacja Przemysłu i Handlu Naftowego, już co szósty litr oleju napędowego sprzedawany jest w szarej strefie. Budżet państwa tylko w 2013 r. stracił na obrocie lewym surowcem ponad 4 mld zł. Dzieje się to mimo spadających cena stacjach: litr najpopularniejszej benzyny 95-oktanowej kosztował w 2013 r. średnio 5,49 zł, o 22 grosze mniej niż rok wcześniej. Średnia cena oleju napędowego spadła o 19 groszy w stosunku do 2012 r. A więc nie cena jest kryterium pchającym nas ku kombinacjom. Częściej to nasza wewnętrzna, silna potrzeba, nad którą nie panujemy, bo nie widzimy takiej potrzeby.

Agata z kolei ma dość duże mieszkanie. Na tyle, że ponieważ jest zapracowana, nie ma czasu solidnie go sprzątać. Co tydzień w piątek zatem przychodzi do niej sprzątaczka. Ola jest tania, bo urodziła się na Ukrainie. Do tego jest młoda, ma 22 lata, nie ma dzieci, więc jej celem jest zarobić jedynie na własne potrzeby. Za prasowanie, odkurzanie, mycie okien (to akurat tylko raz na miesiąc), mycie podłóg i zmywanie dostaje co tydzień 100 zł. Oczywiście prosto do ręki. Inaczej zresztą nie mogłaby zarabiać, bo w Polsce jest "turystycznie" i pozwolenia na pracę nie ma. Jak tysiące jej rodaczek. Biznes jest opłacalny dla obydwu stron - Agata ma czysto, a dodatkowo nie musi płacić podatku za usługę sprzątania, a Ola za zarobione pieniądze kupuje dolary i oszczędza. Kiedy wraca do siebie, by odnowić wizę - oczywiście turystyczną - stać ją niemal na luksusy. Zresztą w Polsce w ten sposób pracują od lat jej matka, dwie siostry i kuzynka. Niedługo mają przyjechać dwie bliskie koleżanki. I jest niemal pewne, że dla każdej znajdzie się nielegalne zatrudnienie.

W układzie Agata - Ola o wzmacnianiu szarej strefy decydują względy typowo praktyczne: gdyby Agata chciała legalnie zatrudnić Olę, musiałaby przejść skomplikowaną, długotrwałą procedurę legalizacji jej pobytu i zatrudnienia. Wcale niekoniecznie zakończoną powodzeniem, bo na ostatniej prostej anonimowy urzędnik mógłby zdecydować, że pozwolenia na stały pobyt i pracę nie będzie, bo nie. Wcześniej musiałaby wziąć na siebie część odpowiedzialności za ewentualne problemy, jakie obecność Oli w Polsce mogłaby wywołać. Nie uniknęłaby również poświęcenia swojego czasu na załatwienie urzędowych formalności dających Oli szansę na zalegalizowanie dłuższego pobytu i prawo do legalnego zarabiania. Potem musiałaby podpisać z nią umowę, objąć przynajmniej ograniczoną ochroną pracowniczą, wyliczać należny państwu podatek i odprowadzać go na czas na konto skarbówki. A jakby się spóźniła, zapłacić karne odsetki. Więc po co jej te wszystkie kłopoty? Oczywiście, że nigdy z Olą nie będzie rozliczać się legalnie.

Jest wreszcie Marek, trener tenisa z 20-letnim stażem. Gdy ma dobry miesiąc, zarabia nawet 10 tys. zł. Godzina kosztuje u niego ok. 100 zł. Ale gdyby płacił podatki, musiałaby kosztować więcej o jego PIT i VAT należny państwu za usługę. Nie płaci, choć zarabia. Można nawet powiedzieć: nie płaci, więc zarabia. Jemu to odpowiada, bo ma więcej klientów, klientom też, bo gdyby gra z Markiem była droższa, mniej więcej co piąta godzina treningu odpadałaby im właśnie ze względów podatkowych. O emeryturę Marek zbytnio się nie martwi, ma zabezpieczenie w postaci nieruchomości po rodzicach, którą chce w odpowiednim momencie spieniężyć. Teraz jeszcze nie - po pierwsze nie potrzebuje, po drugie ceny obecnie niezbyt interesujące dla sprzedających. Dodatkowo opłaca prywatny fundusz emerytalny, który zgodnie z prognozami ma mu zagwarantować jednorazową rentę w wysokości ponad 200 tys. zł po osiągnięciu 65. roku życia. W przypadku Marka kluczowe jest obniżenie kosztów działalności, które ponoszą klienci. Im większe koszty, tym ryzyko, że będą grać rzadziej, większe. - Nie ma zatem potrzeby intensyfikować ryzyka, skoro można je obniżać - uważa Marek.

Paweł, Agata i Marek są polskimi kombinatorami, realnymi twórcami polskiej szarej strefy. Ludzi takich jako oni, omijających obowiązek oddawania cesarzowi co cesarskie są dzisiaj nad Wisłą setki tysięcy, a może miliony. Nawet jeśli się do tego nie przyznajemy, nieraz każdemu z nas zdarzyło się zasilić szarą strefę. Wszystkie statystyki pokazują, że strefa ta trzyma się wyjątkowo mocno.

Przecież działamy legalnie

Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową oszacował, że w 2014 r. ok. 19,5 proc. polskiego PKB zostanie wytworzone półlegalnie właśnie w szarej strefie. Jeśli spojrzeć na dane z 2012 r., sytuacja minimalnie się poprawia. Jest jednak bardzo daleka od ideału.

Według badań dr. Friedricha Schneidera, ekonomisty z uniwersytetu w Linzu, szara strefa w Polsce stanowiła dwa lata temu blisko 25 proc. PKB. W 2003 r. jej udział ten sam naukowiec szacował aż na 27,7 proc. W 2012 r. szarostrefowa średnia unijna wyniosła 19,2 proc. Zgodnie z tym badaniem problem występował w najmniejszym natężeniu w Austrii - 7,9 proc., Luksemburgu - 8,2 proc. i Holandii - 9,8 proc, a w największym w Bułgarii - 32,3 proc., Rumunii - 29,6 proc. i w Chorwacji - 29,5 proc. IBnGR w swoich analizach ujął szacunki dochodów z działalności typowo przestępczej, takiej jak prostytucja, przemyt i handel narkotykami, oraz z innych rodzajów działalności pozaprawnej: nielegalnej sprzedaży paliw, nieksięgowanego handlu przygranicznego, nielegalnego hazardu, drobnej działalności edukacyjnej (udzielanie korepetycji i domowych lekcji), wynajmu lokali czy opieki nad dziećmi i osobami starszymi. Oszacował również dochody z nierejestrowanej pracy cudzoziemców w Polsce. Ponieważ we wszystkich kategoriach kombinujemy, jak się da, polskie wskaźniki sytuują się powyżej średniej UE. Nic też nie wskazuje, by miały w najbliższej przyszłości zmaleć. Bo i czynników powodujących, że z niewyczerpaną konsekwencją pielęgnujemy swoje cwaniactwo jest wciąż sporo.

Według ustaleń prof. Bogdana Mroza z Zakładu Badań Zachowań Konsumentów Szkoły Głównej Handlowej najważniejsze przyczyny rozwoju kombinatorstwa mają źródło w polskich słabościach systemowych, głównie w różnych rodzajach niewydolności organizmu państwowego oraz rachityczności strefy publicznej.

I tak, powodem zatrudniania się Polaków w szarej strefie są niewystarczające dochody z pracy legalnej (o ile ona w ogóle w danym przypadku jest), brak możliwości znalezienia legalnego zatrudnienia z uposażeniem, które nawet słabo wykształconym i niedoświadczonym pracownikom pozwala godnie żyć, wysokie podatki i koszty pracy (w tym wysokie składki ZUS, które w imieniu pracowników musi odprowadzać pracodawca) czy wreszcie wyższe dochody niż w przypadku umowy o pracę, co łączy się bezpośrednio z absurdalnie wysokim pozapodatkowym kosztem etatu.

Paradoksalnie, jak zauważa prof. Mróz, znaczna część obrotów szarej strefy w Polsce przypada na legalnie działające przedsiębiorstwa. - Firmy te ukrywają część przychodów i nie rejestrują zatrudnienia części pracowników. Zaniżanie zobowiązań podatkowych w Polsce najczęściej polega na ukrywaniu części przychodów, sztucznym zawyżaniu kosztów produkcji lub uzyskania przychodu, naliczaniu amortyzacji od nieistniejących środków trwałych, niepłaceniu podatków odjętych jednak od wynagrodzenia pracowników oraz korzystaniu z luk i niejasności w prawie podatkowym - wylicza profesor.

Młodzi zachowują czujność

Doktor Bogna Gawrońska-Nowak, makroekonomistka z Uczelni Łazarskiego, ocenia wprost: do przyczyn występowania szarej strefy można zaliczyć te, które należy łączyć z nadmiernym fiskalizmem państwa. Oznacza to, że firmy nie są skłonne ponosić wysokich obciążeń podatkowych i innych nałożonych na nie obowiązków płatniczych, w związku z czym uciekają ze swoją aktywnością do szarej strefy. Ale kombinatorstwu sprzyjają również inne plagi współczesnego państwa - biurokracja, zbyt duża uznaniowość regulacyjna, korupcja oraz słaby system prawny.

- Wiele osób sądzi, że nasze zamiłowanie do szalbierstwa jest uwarunkowane historycznie - tłumaczy psycholog Leszek Mellibruda. - Najpierw 123 lata zaborów. Potem własne dość słabe i krótko trwające państwo, które, mimo że niepodległe, nie było wolne od wielu patologii. W końcu ponad 40 lat nasiąkania skrajnie szkodliwą mentalnością sowiecką, która piętnowała wszystko co obywatelskie, promując to, co nienormalne. Ale to tylko część prawdy. Dzisiaj głównym źródłem polskiego upodobania do matactw jest wzajemna relacja państwo polskie - obywatel. Wciąż, po 25 latach od pierwszych wolnych wyborów, ogromna grupa Polaków uważa państwo za swojego głównego, opresyjnego i bezlitosnego wroga. Niestety bywa również wiele sytuacji, w których państwo za głównego wroga uważa zwykłego Polaka, zarzucając mu wszystko, co tylko zarzucić może. I tak z tej obopólnej niechęci rodzi się polski geszeft - dodaje ekspert.

W branży remontowej i napraw budowlano-instalacyjnych pracuje 129 tys. osób, a przy pracach ogrodniczo-rolnych 160 tys. osób. Ktoś mógłby zapytać - tak mało? Wcale nie mało jednak, bo czasownik "pracuje" w tym wypadku nie łączy się z przysłówkiem "legalnie".

GUS wyliczył nawet wysokość dochodów uzyskiwanych z nieformalnej pracy. Mężczyźni zarabiają lepiej - średnio ok. 820 zł, kobiety sporo gorzej - tylko 540 zł. Mowa oczywiście o zarobkach miesięcznych.

Szara strefa jest przyjaznym, czasem naturalnym, środowiskiem głównie dla ludzi młodych. Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych w badaniu "Przyczyny pracy nierejestrowej w Polsce" wskazuje jednoznacznie, że to właśnie młodzi, przed trzydziestym rokiem życia najchętniej podejmują się zadań półoficjalnych. Nie przeszkadza im bowiem, tak jak pracownikom starszym, że taka forma "zatrudnienia" jest pozbawiona ochrony socjalno-emerytalnej. Jak przekonują, w razie czego mogą wciąż liczyć na pomoc rodziny lub krewnych. Dodatkowo, jak ustalili specjaliści CASE, młodym odpowiada to, że w nierejestrowanej pracy łatwiej o elastyczność - np. ruchome godziny czy wykonywanie obowiązków w niepełnym wymiarze czasu. Taka praca pozwala im też zachować "otwartą czujność": w każdej chwili nieformalne, niezalegalizowane zatrudnienie mogą porzucić i z marszu, bez zachowania okresów wypowiedzeń i dopełniania kłopotliwych obowiązków pracowniczych rozpocząć pracę na umowę. Bo mimo że na półlegalne zajęcia przesadnie nie narzekają, zdają sobie sprawę z ich tymczasowości. Dążą do znalezienia stałej pracy z zapleczem przywilejów pracowniczych, które w pełni gwarantuje jedynie etat. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy na zmianę charakteru zatrudnienia przez wiele lat nie mają szansy.

Spadanie na cztery łapy

O ile prof. Bogdan Mróz z SGH celnie, choć nieco teoretycznie, ex cathedra wyznaczył kluczowe przyczyny rozwoju szarej strefy, tak GUS w praktyce w 2010 r. prześledził i opracował katalog czynników, które są podstawowymi przyczynami polskiego kombinatorstwa w zakresie pracy. 52 proc. pracujących nielegalnie deklaruje, że taka forma zatrudnienia jest jedyną, jaką kiedykolwiek otrzymali - nikt nigdy nie proponował im zatrudnienia na umowę, oni również takiej pracy nie szukali. 38 proc. chciało w ten sposób zapewnić sobie wyższe dochody, w przypadku 28 proc. to pracodawca zaproponował im atrakcyjniejsze pensje pod warunkiem nierejestrowania umowy o pracę. Dla ponad 30 proc. kluczowe są obciążenia ubezpieczeniowo-fiskalne, zbyt wysokie, by mogli sobie pozwolić na legalną pracę.

- Polska jest krajem zamykających się możliwości, blokuje rozwój ludziom, którzy chcieliby się rozwijać. Państwo bywa skrajnie niewydolne, a ludzie żyją tak jak mogą. Trudno ich za to winić - ocenia Andrzej Sadowski, wiceprezes Centrum im. Adama Smitha.

- Przeciwdziałanie szarej strefie w gospodarce przypomina kwadraturę koła. Nigdzie nie da się wyeliminować półlegalnego obrotu towarami i usługami. W Polsce też nigdy nie będzie to możliwe - przewiduje dr Joanna Konieczna-Sałamatin z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Na pocieszenie pozostaje jedynie fakt, że choć szara strefa jest obecna w większości rozwiniętych państw świata, to Polacy dzięki swojej wrodzonej umiejętności kociego spadania na cztery łapy i wychodzenia cało z większości nawet poważnych opresji, przekuli słabość w moc. Zgodnie z zaczerpniętą od mistrzów kombinacji zasadą "Tisze jediesz, dalsze budiesz" robią swoje, nie oglądając się zbyt intensywnie na państwo, pracodawcę, kolegów czy sąsiadów. Może nie w piłce nożnej, nie w kreowaniu nowych technologii, nie w zdobywaniu Nagród Nobla, ale przynajmniej w slalomie przez rzeczywistość jesteśmy mistrzami świata. Tego spokojnie możemy sobie pogratulować.

@RY1@i02/2014/083/i02.2014.083.000007200.802.jpg@RY2@

GETTY IMAGES

Marcin Hadaj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.