Dziennik Gazeta Prawana logo

Dzieci szczęścia nie dają

28 czerwca 2018

Ich wpływ na poczucie zadowolenia w rodzinie jest niewielki. Jeśli już, to raczej negatywny

Zdarza mi się, że wzdycham z rozmarzeniem, gdy pomyślę, na ile to rzeczy byłoby mnie stać, gdyby nie trójka dzieci. Kiedy podliczam wydatki, wychodzi, że wydajemy 4-5 tys. zł miesięcznie: przedszkole, niania, szkoła, zajęcia dodatkowe, wyjazdy, ubrania, jedzenie... Wystarczyłoby odkładać te pieniądze przez rok - wychodzi lekką ręką 50 tys. zł - żeby kupić dobry samochód lub pojechać w podróż dookoła świata. Oburzające? Przecież wiadomo, że nie zamieniłabym dzieci na auto. A każdy dobrze wie, że nie liczą się pieniądze, tylko radość, którą nam dają. I to, że będzie miał nam kto na starość "podać szklankę wody". W takim w każdym razie przekonaniu żyłam do tej pory. Dlatego zamarłam, kiedy kilka dni temu natrafiłam na artykuł amerykańskiej dziennikarki Jennifer Senior w "New York Magazine". Wywraca w nim wszystkie potocznie przyjmowane tezy, udowadniając, że dzieci szczęścia nie dają. I przytacza niezliczone badania, które zgodnie wskazują, iż rodzice nie przepadają za swoją rolą - by nie powiedzieć dosadniej, że jej nie cierpią - a posiadanie potomstwa wcale nie przynosi satysfakcji życiowej. I choć takie twierdzenie kłóci się z tym, co powszechnie myślimy o rodzicielstwie, materiał dowodowy jest mocny.

Plotkowanie lepsze od dzieci

- To, że każdy chce mieć dzieci, a posiadanie ich zwiększa poczucie szczęścia, było założeniem, na którym bardzo często opierano w naukach społecznych prace badawcze poświęcone m.in. przyczynom spadku płodności - przyznaje demograf Anna Matysiak, doktor z Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, autorka badań analizujących dzietność Polaków.

Jak się okazuje, od takich założeń w świecie akademickim już się jednak odeszło. Obecnie naukowcy coraz częściej zadają pytanie, czy aby na pewno poczucie satysfakcji rośnie wraz powiększeniem się rodziny. I sprawdzają coś, co przez długie lata przyjmowano jako oczywistość - właśnie poczucie szczęścia związanego z rodzicielstwem. Wyniki zaś są jednoznaczne: wielu rodziców, a przede wszystkim potencjalnych rodziców, żyje w błędzie. Po pojawieniu się dziecka ich życie się zmieni, ale na gorsze.

Dziesięć lat temu Daniel Kahneman, noblista z dziedziny ekonomii, doszedł do zaskakujących wniosków. Kiedy przepytał około tysiąca pracujących Amerykanek z Teksasu o to, jakie czynności sprawiają im największą przyjemność, okazało się, że opieka nad dzieckiem znalazła się na szesnastym miejscu z dziewiętnastu możliwych. Zamiast zajmować się synem czy córką, kobiety wolały poświęcić się przygotowywaniu jedzenia, oglądaniu telewizji, uprawianiu sportu czy też rozmawianiu przez telefon.

Opinia, że osoby z dziećmi wcale nie mają większej frajdy z życia niż bezdzietni, zaczęła zdobywać popularność w kręgach naukowych, wraz z kolejnymi dowodami płynącymi ze studiów nad szczęściem. Dlatego niemałe poruszenie wywołały ustalenia młodego naukowca z Glasgow University, które zaprzeczały tym tezom, opublikowane w 2009 r. w "Journal of Happiness Studies". Luis Angeles pisał: "Wbrew literaturze nasze analizy wykazują, iż posiadanie dzieci ma pozytywny wpływ na poczucie satysfakcji i rośnie wraz z liczbą dzieci w rodzinie". Te spostrzeżenia zostały nawet odnotowane w polskich artykułach ("Małżeństwo i dzieci - klucz do szczęścia?"). Cała teoria legła jednak w gruzach, kiedy kilka dni później biedny naukowiec zamieścił w magazynie sprostowanie. "Już po publikacji mojego artykułu »Dzieci a życiowa satysfakcja« odkryłem błąd, który popełniłem podczas kodowania. Po jego poprawieniu okazało się, że dotychczasowe wyniki są nieaktualne. Wpływ dzieci na poczucie szczęścia w rodzinie jest niewielki, a jeżeli już, to raczej negatywny" - pisał skruszony ekonomista. I dodawał, że bardzo przeprasza za ten niefortunny błąd. Naukowcy zaś odetchnęli z ulgą, otrzymując kolejne potwierdzenie wyników dotychczasowych badań.

Im więcej, tym gorzej

Profesor Janusz Czapiński przyznaje, że potencjalni rodzice ulegają złudzeniu, iż dzieci zmienią ich życie na lepsze. Poczucie szczęścia Polaków bada już od 12 lat, przeprowadzając pogłębioną diagnozę społeczną. I wychodzi mu, że największe zadowolenie deklarowały pary, które dopiero co podjęły decyzję o powiększeniu rodziny, ale jeszcze nie zrealizowały swoich planów. - Bo dziecko psuje też niestety relacje między rodzicami - mówi prof. Czapiński.

Te właśnie stosunki badały Jean M. Twenge z Uniwersytetu w San Diego i W. Keith Campbell z University of Georgia, które wzięły pod lupę szczęście małżeńskie 91 par. W artykule podsumowującym wyniki przypominają, że ludowa mądrość głosi, iż dziecko zbliża małżonków, a niektóre pary właśnie dlatego decydują się na powiększenie rodziny, by zacieśnić więzy i odnaleźć bliskość. Ich badania doszczętnie burzą tę teorię. Okazuje się, że 62 proc. bezdzietnych kobiet odczuwa większą satysfakcję z małżeństwa (tylko 38 proc. kobiet z dziećmi). W przypadku par dotyczy to 55 proc. tych bez dzieci i 45 proc. rodziców. Tę ostatnią różnicę autorki tłumaczą tym, że to na matki zazwyczaj spada gros obowiązków po pojawieniu się syna lub córki. A więc to one dużo bardziej odczuwają zmianę. Badania stwierdzają również pogorszenie relacji seksualnej, co niewątpliwie nie poprawia jakości życia w związku. - Trudno o romantyzm, kiedy w domu tłoczno od dzieci - śmieje się prof. Czapiński.

Z analiz amerykańskich badaczek wynika również, że brak szczęścia jest tym większy, im wyższy jest status ekonomiczno-społeczny danej rodziny. Zdaniem autorek wytłumaczenie jest proste - to grupa, w której, szczególnie dla kobiet, dziecko staje się większym ograniczeniem wolności. Utrudnia robienie kariery i szeroko pojętą samorealizację.

Poza tym okazuje się, że im więcej dzieci, tym bardziej spada poczucie szczęścia w małżeństwie. Co potwierdzają badania robione półtora roku temu w Max Planck Institute w Rostocku. Mikko Myrskylä i Rachel Margolis w "Szczęście: przed i po narodzeniu dziecka", piszą co prawda, że nie można aż tak demonizować dzieci, bo jest widoczny minimalny wzrost szczęścia po narodzinach pierwszego potomka. Przyznają jednak, iż po narodzinach trzeciego bez wątpienia spada.

Załóż buty, proszę

"Mam czteroletnią córkę, która jest niezłym gnojkiem (org. fucking asshole). Naprawdę. Nie żartuję. Mówię załóż buty, załóż buty, załóż buty. I powtarzam to w nieskończoność, ale ile razy można mówić to samo zdanie. Wyobraźcie sobie grupę przyjaciół, która próbuje wyjść, ale nie może, po prostu nie może, bo jedna z osób odmawia założenia butów?" - tak zaczyna się występ jednego z amerykańskich komików Louisa C.K. Aktor przeklina jak szewc, ale po każdym jego słowie sala wybucha gromkim śmiechem. "Dzieci to niezłe g..." - nie patyczkuje się komik. I nikt nie wątpi, że kocha swoją córkę, ale też, że zdaje sobie sprawę z pułapek zastawionych przez życie. Sama zaśmiewałam się, oglądając to na YouTube. Przypominałam sobie, jak kiedyś po długiej walce, zziajana i spóźniona do pracy, zamykałam drzwi. Jeszcze przez chwilę żyłam w przekonaniu, że ta runda ostatecznie skończyła się wynikiem jeden zero dla mnie. Ale kiedy się odwróciłam i zobaczyłam, że buty, które zakładałam mojej córce przez ostatnie 20 minut, leżą na podłodze, a ona ucieka w skarpetkach na schody, zrozumiałam, że przegrałam z kretesem. Moja trzylatka uważała, że w zimie lepiej chodzić w sandałach niż zakładać śniegowce.

Większość rodziców zna te niby drobne, acz liczne sytuacje dnia codziennego, które mogą wyprowadzić z równowagi nawet najspokojniejszą osobę. Strefą zaminowaną bywa wspomniane zakładanie butów lub innej części garderoby, mycie zębów, jedzenie, wsadzanie do krzesełka samochodowego - to u młodszych. U starszych powodem do frustracji jest czas grania na komputerze, godzina powrotu do domu z imprezy, odrabianie lekcji itd., itd. Lista może być bardzo długa.

Jennifer Senior pisze w swoim artykule o syndromie "liczenia do trzech". Przywołuje filmik, który stał się podstawą analiz zajmującym się codziennym życiem rodzin naukowców z Center on the Everyday Lives of Families na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles (UCLA). Na wideo widać, jak matka po całym dniu spędzonym w pracy przygotowuje jedzenie, a w tym czasie próbuje namówić ośmioletniego syna do odrobienia lekcji. Jej frustracja rośnie, gdy napotyka brak reakcji ze strony chłopca. A kiedy zaczyna (wierząc, jak większość rodziców, w magiczną moc tych słów) mówić "liczę do trzech", widać, że zaraz wybuchnie. Syn dyskutuje - "zaraz, poczekaj". Matka stanowczo protestuje. Syn ciągnie swoje "jeszcze chwilka". Sytuacja kończy się agresywnym wybuchem matki. To zdaniem badaczy z UCLA pokazuje, jak bardzo stresujące, ale też bolesne, jest nieustanne zmuszanie dzieci do pewnych czynności. Na tym zaś polega codzienne życie w rodzinie i żmudny proces wychowawczy.

Nic zatem dziwnego, że kiedy E.E. LeMasters, profesor nauk społecznych na Uniwersytecie w Wisconsin, analizował samopoczucie rodziców, wśród wymienianych, zwłaszcza przez matki, stanów emocjonalnych przewijały się przede wszystkim takie jak chroniczne zmęczenie, poczucie winy, że nie jest się dobrym rodzicem, oraz brak satysfakcji z własnego wyglądu. A to tylko przy małych dzieciach. - Przy starszych dochodzi zmaganie się z humorami nastolatków, przeżywanie za nich porażek, chęć uchronienia przed używkami czy złym towarzystwem - dodaje prof. Czapiński.

Zły stan psychiczny w połączeniu z obciążeniem finansowym i poczuciem odpowiedzialności za życie innych - to wszystko razem tłumaczy zdaniem naukowców brak widocznego wzrostu satysfakcji, kiedy człowiek staje się rodzicem. Posiadanie dziecka zwiększa radykalnie liczbę obowiązków i poziom stresu. Daje też mnóstwo radości. Ale nie oznacza to, że obowiązkowo ich rodzice stają się szczęśliwsi.

Glutojad, czyli jak porzucić dziecko

Jennifer Senior, która wydała w tym roku książkę pod wymownym tytułem "All Joy and No Fun" (Sama radość, zero frajdy) uważa, że problem jest jeszcze inny. Winni są sami współcześni rodzice, którzy wpadli we własne sidła "rodzicielstwa". Chcą jak najwięcej zapewnić dzieciom: pod względem wykształcenia, podejścia do życia, startu finansowego. Sięgają po różne metody wychowawcze. I nie są w stanie się wyluzować. Chcą być perfekcyjni w każdej z dziedzin, to zaś nie sprzyja poczuciu szczęścia.

W Polsce zaś pułapką rodzicielstwa jest mit matki Polki, który - jak przekonuje prof. Czapiński - dużo silniej niż na Zachodzie wymaga traktowania dzieci jako bezwzględnej wartości. Dlatego mało kto przyzna się wprost, że odrzuca go rodzicielstwo. Deklaracja o świadomej rezygnacji z macierzyństwa jest określana jako przejaw samolubstwa. Zaś przyznanie się do braku czerpania radości z macierzyństwa jest traktowane jak faux pas.

Kiedy niecałe trzy lata temu pojawiło się internetowe pismo Bachor.pl, w którym dziennikarki i matki zarazem z dystansem i wielką dawką ironii pokazywały macierzyństwo w krzywym zwierciadle, wywołały małe zamieszanie. "Darmozjad, drący mordę smarkacz, sraluch czy gluciarz" - to niektóre z określeń, które były synonimem słowa "dziecko" oraz tak często pojawiających się w pismach kobiecych określeń "maluch, pociecha, maleństwo, słodycz". Tytuły niektórych artykułów były w podobnym stylu np. "Jak nie zatłuc bachora" czy "Porzucać po ludzku". Przez niektórych autorki były oskarżone o nawoływanie do przemocy wobec dzieci i zarzucano im bezduszność - pomimo że wyraźnie zaznaczały, że "Bachor" powstał dla żartu. Jak tłumaczyły "pierwszy numer pojawił się jako dowcip inspirowany kolejną denną okładką głupiego pisemka dla idealnych rodziców. Jako uszczypliwa odpowiedź na sztuczną rzeczywistość wykreowaną na stronach takowego - rzeczywistość, w której »małe fasolki kwilą czasem więcej«, podczas gdy przeciętny rodzic po kilku miesiącach zdaje sobie sprawę, że dostał towar wybrakowany, który kwilić nie umie, za to doskonale się drze. Zwłaszcza gdy rodzic jest już wykończony spełnianiem wszystkich oczekiwań lub ktoś tu nie mówi całej prawdy".

Polacy wydają się bardziej tradycyjnie nastawieni do roli rodzica. Z analiz CBOS wynika, że 4 proc. badanych świadomie deklaruje, że nie chce mieć dziecka. Zaś z badań Anny Matysiak i Anny Baranowskiej z SGH dotyczących poczucia szczęścia Polaków związanego z rodzicielstwem (z 2013 r.) wynika jednak, że pierwsze dziecko podnosi poczucie szczęścia zarówno matki, jak i ojca dziecka. "Rodzice z dwójką dzieci lub z jeszcze liczniejszą rodziną są szczęśliwsi niż osoby nieposiadające dzieci, jednak »korzyści« z posiadania kolejnego dziecka są niewielkie - narodziny każdego kolejnego dziecka nie zwiększają poczucia szczęścia w stopniu porównywalnym z przyjściem na świat pierwszego potomka" - przekonują autorki.

Kiedy pytam o to prof. Janusza Czapińskiego, mówi krótko. - Tak, dzieci przynoszą szczęście. Ale tylko do 6. roku życia. Diagnoza społeczna jego współautorstwa pokazuje, jak powszechny jest mit, że dzieci zwiększają szczęście. Tak rzeczywiście deklarujemy, ale jeśli przeanalizujemy nie tylko odpowiedzi na zadane wprost pytanie o samopoczucie, lecz zbadamy korelację między liczbą dzieci a poczuciem szczęścia, widać coś innego. - Choć dzieci są przez Polaków wymieniane na drugim miejscu jako warunek udanego i szczęśliwego życia, to w praktyce te oczekiwania się nie sprawdzają, co szczególnie jest widoczne, kiedy dziecko rośnie - mówi socjolog. (Co wynika też z badania z Max Planck Institute - tam krzywa szczęścia rodziców radykalnie spadała po ukończeniu przez dziecko kilku lat).

Szklanka wody

Kiedyś przy powiększaniu rodziny nikt o szczęście nie pytał. Czynnik ekonomiczno-praktyczny był na pierwszym miejscu: na wsi była potrzebna każda para rąk do pracy. W wielu miejskich rodzinach liczyło się przekazanie biznesu rodzinnego na kolejne pokolenie. A dużo silniejsze relacje rodzinne powodowały, że z czasem role się odwracały: dzieci w naturalny sposób zwracały to, co wcześniej same otrzymały, opiekując się starzejącymi się rodzicami.

Te tezy przewijają się również w badaniach robionych w połowie XX wieku. Wynikało z nich, że argumentem przemawiającym za posiadaniem dzieci są korzyści emocjonalne, wzrost statusu społecznego, wzmocnienie relacji z krewnymi, poczucie posiadania osiągnięć życiowych (Hoffmann & Hoffmann, 1973 r.). Silna jest teoria ewolucyjna, czyli chęć przedłużenia życia przez przekazanie swoich genów. Liczy się także zabezpieczenie potrzeb w zaawansowanym wieku (Leibenstein, 1957 r.). Te ostatnie argumenty wydają się przekonujące. Ale prof. Czapiński rozwiewa resztki moich nadziei. - To akurat największe złudzenie, że warto mieć dzieci, bo wesprą finansowo i pomogą na starość. To rodzice najczęściej pomagają, nawet dorosłym, dzieciom - mówi socjolog. I dodaje, że przejęcie opieki nad rodzicem na starość się może jeszcze sprawdza w kulturze azjatyckiej. Rzeczywiście - pamiętam historię znajomej, której mąż pochodzi z jednego z państw azjatyckich. Kiedy jego rodzice przeszli na emeryturę, to za wypłacone przez państwo im pieniądze kupili dom w Polsce i przyjechali żyć na rachunek syna i jego rodziny. Dla nich było naturalne, że syn oddaje im zarobki, a oni wydzielają jego rodzinie kieszonkowe. Oddać pensję rodzicom? To w Europie byłoby nie do wyobrażenia. Ale również i coraz mniej oczywiste staje się to, że dzieci przejmą - nie tyle finansową, ile fizyczną - opiekę nad rodzicami.

Dlaczego zatem ktoś decyduje się na dziecko? Szukanie wytłumaczenia w szczęściu, jakie ma być związane z rodzicielstwem, to zdaniem prof. Czapińskiego błąd. - Dzieci dają bardzo wiele, ale nie musi to iść ramię w ramię z zadowoleniem - tłumaczy. Amerykański psycholog z Harvardu Daniel Gilbert, którego słowa przytacza Jennifer Senior w swoim artykule w "New York Magazine", uważa, że dzieci tak naprawdę zapewniają swego rodzaju przeżycia transcedentalne. Ale to nie znaczy, że muszą koniecznie pozytywnie wpływać na dobre samopoczucie rodziców.

Współcześni rodzice wpadli we własne sidła rodzicielstwa. Chcą jak najwięcej zapewnić dzieciom. I nie są w stanie się wyluzować

@RY1@i02/2014/031/i02.2014.031.00000040c.803.jpg@RY2@

Getty Images

Klara Klinger

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.