Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

ZbLatowani

29 czerwca 2018

Kto rządzi dzisiaj polską piłką? PZPN, Ekstraklasa SA czy może właściciele najsilniejszych klubów, np. Legii lub Lecha? A może platforma nc+, właściciel telewizyjnych praw do najwyższej klasy rozgrywek? Nic z tego. Piłką rządzą kibolskie gangi, którym kluby jedzą z ręki

Prawe przedramię Bogusława Leśnodorskiego, prezesa i współwłaściciela Legii Warszawa - która w ubiegły weekend na stulecie istnienia klubu zdobyła piłkarskie mistrzostwo Polski, a 2 maja Puchar Polski - zdobi tatuaż. Może byłby on zwykłą fanaberią znanego prawnika (ma udziały w firmie LSW Leśnodorski Ślusarek i Wspólnicy), gdyby nie okoliczności, w których powstał, i wizerunek, który pokazuje. Rysunek, co jest tajemnicą poliszynela, miał wykonać Piotr Staruchowicz "Staruch" (dzisiaj używa formalnie innego nazwiska), pracujący m.in. jako tatuażysta, uniewinniony ostatnio od zarzutu handlu narkotykami. To stadionowy zapiewajło z Łazienkowskiej 3, nadający rytm dopingowi na Żylecie, trybunie, na której zbierają się najbardziej radykalni kibice. Drugim smaczkiem jest postać zdobiąca rękę szefa klubu z Powiśla. To Don Vito Corleone, filmowy bohater "Ojca chrzestnego", mityczny król wszystkich gangsterów. "Staruch" miał lekko zmodyfikować filmową postać i umieścić czarną elkę (znak Legii) na spince do koszuli Don Vita. Leśnodorski i "Staruch" to dzisiaj bardzo dobrzy koledzy, choć prezes Legii zapytany przez nas, czy to prawda, że autorem tatuażu jest Staruchowicz, odpowiedział: to moja prywatna sprawa. Woli udawać. Zresztą nie tylko on obrał taką strategię na trwanie w polskiej piłce.

Wielkie udawanie

Udawanie w tym biznesie od lat jest na najwyższym poziomie. Udaje prawie każdy i prawie wszystko. Każde z tych udawań ma swoje znaczenie. Udają piłkarze, że grają, choć najczęściej zwyczajnie obijają się i symulują kontuzje. Udawać choć trochę muszą, aby jak najdłużej zarabiać krocie - w najlepszych klubach nawet za grzanie ławki rezerwowych po 100 tys. zł co miesiąc. Właściciele klubów udają, że zależy im na radości kibiców, a nie na milionach z transferów. Że mają niezłych zawodników, oczywiście jak na polskie warunki, ale za to zawsze ambitnych, chętnych do walki na boisku, wiernych klubowym barwom. Udają także, że zależy im na fantastycznym dopingu najwierniejszych z wiernych, czyli radykalnych przedstawicieli grup kibicowskich. Dzisiaj właściciele i prezesi dają im - właściwie we wszystkich klubach - nie tylko palec, ale na własne życzenie pół ręki. Poklepują się z nimi, przybijają piątki, pożyczają pieniądze, popijają wspólnie, chodzą do bukmacherów, zapraszają i goszczą.

Udają wreszcie widzowie na trybunach. Że wszystkie rozstrzygnięcia na pewno są uczciwe i że poziom gry jest całkiem wysoki. Nie chcą przyjmować do wiadomości, że piłka w wydaniu polskim jest zupełnie nieistotna, że nawet najsilniejsze kluby z Ekstraklasy nie liczą się nie tylko w Lidze Mistrzów, ale nawet w Lidze Europy. Tam w tym sezonie zagra Manchester United. Ten sam, który podpisał z Adidasem kontrakt sponsorski wart 750 mln funtów, podczas gdy budżet najbogatszego polskiego klubu, czyli Legii, wynosi około 100 mln zł rocznie. Nasze kluby nie mają nawet szans w starciach z lepszymi klubami z Ukrainy (Szachtar Donieck i Dynamo Kijów), Czech (Sparta Praga) czy Rumunii (Steaua Bukareszt). Po prostu są europejskim nieudacznikiem.

Dzień dobry, witamy gangstera

Ale udawaniem nie da się ukryć futbolowej plagi, czyli nieformalnego zblatowania szefów klubów z chuliganerką. Udającą zaangażowanie w życie Legii, Lecha, Wisły, Widzewa, Górnika Zabrze, a tak naprawdę martwiącą się tylko o strefę wpływów i interesy. Na przykład, by na "własnej trybunie" nikt nie wtrącał się w jej sprawy. Aby monitoring nie pokazywał, jak handlują narkotykami i piją alkohol w czasie meczów. Jak zasłaniają twarze, zapalają racę i odbezpieczają hukowe petardy. I jak terroryzują tych, którym nie chce się dopingować z całych sił przez cały mecz. Zwykle nikt się nie wtrąca. Prezesi teatralnie łapią się za głowy, że nie mieli pojęcia, iż kibice wchodzą w miejsca niedozwolone albo wnoszą środki pirotechniczne. W czasie ostatniego meczu w Warszawie kilkanaście osób z Żylety nagle wybiegło i zniknęło, aby odnaleźć się po kwadransie z racami na rampie okalającej dach stadionu. Oczywiście zrobili to zupełnie na własną rękę. Seweryn Dmowski, odpowiedzialny za komunikację piłkarskiego mistrza Polski 2016, broni się: - To nieprawda, że prezes jest wcześniej informowany, czy race zostaną odpalone. Władze Legii włożyły dużo pracy, by zminimalizować liczbę incydentów związanych z pirotechniką. To efekt dialogu z kibicami. Robimy wszystko, by maksymalnie ucywilizować te kwestie.

Jawnie tolerowane są chuligańskie porządki na stadionach, do VIP-owskich lóż zaprasza się przedstawicieli radykalnych odłamów struktur kibicowskich, karmi się ich i poi, niejako społecznie awansuje i uwiarygodnia. Klub sprzedaje im tańsze bilety na mecze, czasami zatrudnia. Przykłady? Legia przygarnęła i zatrudniła Macieja Dobrowolskiego. W 2012 r. został on zatrzymany pod zarzutem handlu narkotykami, konkretnie przemytu marihuany z Holandii do Polski. Obciążyły go zeznania Marka H. ps. Hanior, kiedyś stadionowego chuligana z Legii, dziś mającego status świadka koronnego. Fakt, że Dobrowolski spędził w areszcie trzy lata z uwagi na "ryzyko mataczenia", co jest kompromitacją polskiego wymiaru sprawiedliwości. Będzie odpowiadał przed sądem z wolnej stopy. Wciąż jednak jest podejrzany o popełnienie poważnego przestępstwa. Ale dla prezesa Leśnodorskiego, przypomnijmy: prawnika, nie jest to żadna kontrowersja.

Tak się dziwnie składa, że kluby piłkarskie przyciągają także największych gangsterów. W sierpniu 2013 r. z więzienia przy Rakowieckiej w Warszawie wyszedł po odsiedzeniu wszystkich wyroków Andrzej Z. ps. Słowik, obok "Pershinga" i "Dziada" najsłynniejszy polski gangster, były szef "Pruszkowa". Jak pisał dziennikarz śledczy "Gazety Wyborczej" Wojciech Czuchnowski, "grupa pruszkowska handlowała nielegalnym alkoholem, narkotykami, napadała na tiry, konwoje z pieniędzmi, handlowała przemycanymi papierosami, sprzętem elektronicznym, bronią, ściągała haracze z agencji towarzyskich, restauracji, pubów, dyskotek i hurtowni. Pruszkowiacy mieli wpływ na rynek gier na automatach, wymuszali też haracze za skradzione samochody. W rozprawach z przeciwnikami gangsterzy uciekali się do zabójstw i porwań. Gang kontrolował przemyt amfetaminy do Skandynawii i Niemiec. Miał też kontakty z mafią południowoamerykańską". Jeden z pierwszych obiadów, jakie zjadł "Słowik" na wolności z kilkoma starymi kolegami, miał miejsce w Sports Bar & Restaurant, czyli w klubowym pubie na stadionie Legii. Wybierał między indykiem w curry faszerowanym marchwią i porem, glazurowanymi żeberkami, penne carbonara i hitem tego miejsca, czyli rogalem Deyny nadziewanym wołowiną, boczkiem, salami i czosnkiem. W klubach Silver i Gold, czyli miejscach o reglamentowanym dostępie, z dobrym widokiem na płytę boiska, pojawia się do dziś regularnie niejaki "Preslej". To jeden ze znajomych "Słowika", podobnie jak Andrzej F. ps. Florek, kiedyś kierowca "Pershinga", dzisiaj zapalony kibic drużyny z Łazienkowskiej. Prezes Leśnodorski zapewnił nas, że nie zna ani "Słowika", ani "Presleja". O "Florka" już nawet nie pytaliśmy.

Prezes Legii zna za to zapewne członków zarządu TVN SA, z którymi klub uzgadniał produkcję specjalnej serii filmów dokumentalnych pod tytułem "(L)egenda". Przygotowano je specjalnie na stulecie klubu z Łazienkowskiej. Serial powstał i był udostępniany na platformie Player.pl. Kiedy jednak w czasie meczu Legia - Piast Gliwice kibole wywiesili na Żylecie słynny już transparent grożący śmiercią m.in. Monice Olejnik, TVN współpracę zerwał. Sugerując jednoznacznie, że odpowiedzialność ponosi także zarząd klubu, który jedynie pozornie potępiał osoby, które plakat wywiesiły. Ale Legia, zamiast pilnować kiboli, nie dopuścić do ekscesów i nie kryć autorów obraźliwych haseł, klasycznie odwróciła kota ogonem. Wydała oświadczenie, w którym czytamy: "Władze Legii Warszawa informują, że w związku z działaniami TVN SA, które godzą w dobre imię Klubu, rezygnują z dalszej współpracy przy serialu dokumentalnym (L)egenda". Można postawić rzeczywistość na głowie? Można.

Można też udawać, że na stadionie w drogich lożach kibice są tylko przypadkowi i tylko tacy, którzy za bilety płacą. Legia przyznaje, że drogie miejsca zajmują osoby związane ze Stowarzyszeniem Kibiców Legii Warszawa, jedną z radykalnych grup, roszczącą sobie od lat prawo do wpływania na działania zarządów klubu. Zaraz dodaje jednak, że SKLW to partner klubu i oficjalny reprezentant środowiska ultras. A więc to normalne, że utrzymuje z nimi stałe relacje. Nic za to klubowi nie wiadomo o tym, że wśród tych osób pojawiają się członkowie grupy Teddy Boys95, bojówki jeżdżącej na ustawki, czyli regularne bijatyki z ultrasami innych drużyn. - Przynależność do takich grup nie jest sformalizowana, więc nie jesteśmy w stanie określić, czy osoby z nimi związane pojawiają się w sektorach biznesowych - odpowiada Seweryn Dmowski z klubu.

SKLW, ale także członkowie innych grup kibiców mają również prawo do latania z piłkarzami wyczarterowanymi samolotami na mecze zagraniczne. Leci zazwyczaj 10-20 osób, ale, jak zapewnia klub, grupa pokrywa część kosztów wynajmu samolotu. - Te kilkanaście osób to osoby, które z przyczyn organizacyjnych muszą być na miejscu odpowiednio wcześnie, by m.in. zorganizować elementy techniczne i logistyczne związane np. z dopingiem - przekonuje klub.

Pieniążek do puszki, raz, raz

Na innych stadionach zblatowanie też ma się wyśmienicie. Od Ekstraklasy do III ligi, a nawet B-klasy. Lech Poznań i Wisła Kraków, do niedawna również Widzew Łódź i ŁKS, tolerują zbiórki pieniędzy na stadionach. Teoretycznie w całości przeznaczane są one na oprawy meczów, czyli dekoracje na trybunach. W praktyce najwyżej połowa pieniędzy trafia na ten cel. Pozostałe zasilają kieszenie hersztów kibolstwa, którzy uzurpują sobie prawo do nazywania się prawdziwym Lechem, prawdziwą Wisłą czy prawdziwym Widzewem. W czasie meczu, który przyciąga około 20 tys. kibiców (w Warszawie regularnie, w Krakowie do niedawna też, w Poznaniu nawet dwa razy więcej), do puszek trafia nawet 60-70 tys. zł. Co najmniej 30 tys. staje się nielegalnym, nieopodatkowanym zarobkiem grup kontrolujących sytuację na stadionie.

Zbiórki prowadzone są zwykle na każdym meczu na własnym stadionie, czyli średnio dwa razy w miesiącu. Prezesi klubów, szczególnie z mniejszych miast, zwyczajnie boją się tępych osiłków w szalikach, więc mają cichy układ z kibolskimi przywódcami. Tolerują ten proceder lub go celowo nie zauważają, w zamian oczekując bezpieczeństwa na trybunach oraz bezpieczeństwa dla piłkarzy. Zwłaszcza gdy ci przegrywają kilka meczów z rzędu, "hańbiąc klubowe barwy".

Bywa też i tak, że zarządy klubów mniej lub bardziej oficjalnie opłacają szalikowców. Ci z kolei od czasu do czasu muszą coś zniszczyć lub kogoś pobić, by kluby nie zapomniały, że spokój jest warunkowy i że tak naprawdę to właśnie chuligani mają zawsze ostatnie słowo.

W Lechu Poznań stadionowym cateringiem zajmuje się rodzina Krzysztofa Markowicza ps. Litar. To jeden z liderów Wiary Lecha, stowarzyszenia fanatyków Kolejorza. Litar zasłynął pobiciem i opluciem rodziny, która przyszła na stadion w Poznaniu i nie zachowywała się jego zdaniem odpowiednio - nie miała barw Lecha, ubrana była w stroje biało-czerwone. Co ciekawe, to był mecz reprezentacji Polski. Klub Lech Poznań nie chciał oficjalnie odpowiedzieć, dlaczego taki stan rzeczy mu nie przeszkadza.

Z kolei zarząd Wisły Kraków przez lata tolerował porozumienie, jakie zawarli kibole z organizacji Wisła Sharks z przedstawicielami rzymskiego klubu Lazio. Miało ono dotyczyć "czystości rasy" fanatycznych kibiców i odwoływało się do najgorszych historycznych wzorców. Właścicielowi klubu z Krakowa nie przeszkadzało także obrzucanie przez szalikowców piłkarzy przyjezdnych drużyn niebezpiecznymi przedmiotami. Do czasu, gdy w głowę jednego z piłkarzy nie trafił nóż rzucony z trybun. Bandyta za to odpowiedzialny został skazany, ale klub nie wykazał wcześniej szczególnej konsekwencji w piętnowaniu podobnych postaw. Zapytana przez nas oficjalnie Wisła nie odniosła się do sprawy.

Lechia Gdańsk od lat nie reaguje na funkcjonowanie oficjalnego sklepu z artykułami sygnowanymi znakiem towarowym gdańskiego klubu. Prowadzi go kibolskie stowarzyszenie Lwy Północy, niemające formalnie nic wspólnego z klubem. Lwy sprzedają także tzw. repliki, czyli podrobione koszulki piłkarskie Lechii. To piractwo również nie jest uważane przez klub za szkodliwe.

W niższych ligach porozumienia z ultrasami są codziennością. Bilety na stadion trzecioligowej Chełmianki Chełm kosztują dla wszystkich 10 zł, ale dla zblatowanych z zarządem klubu tylko złotówkę. Zdarza się też darmowe piwo albo inny alkohol. W zamian kibolstwo zapewnia doping, oczywiście na miarę skali klubu, miasta i możliwości. Bez zniżek dopingu by nie było, a na mecze nie przychodziłoby 4-6 tys. osób, przez co właściciele nie zarabialiby tyle, ile planowali.

Nie tylko my

Niejasne i kontrowersyjne związki między zorganizowanymi grupami kibiców a właścicielami klubów nie są jednak wyłącznie polską specyfiką. Podobna sytuacja jest zwłaszcza we Włoszech. To tam najbardziej rozwinął się ruch ultrasów, czyli zorganizowanych grup tworzących oprawy meczowe i prowadzących doping. We Włoszech kibice nie są właścicielami czy współwłaścicielami klubów, jak to ma miejsce w niektórych krajach, niemniej mają spory wpływ na ich funkcjonowanie. Właściciele już dawno temu dostrzegli, że puste stadiony oznaczają straty, a oprawy meczowe i żywiołowy doping przyciągają zwykłych kibiców. Wielu dawało ultrasom darmowe bilety, a nawet prawo do dystrybucji gadżetów klubowych. Tak było w Lazio Rzym. Inne przymykały oko na to, że na trybunach pojawiają się kontrowersyjne flagi czy hasła. Kibice Lazio z grupy Irriducibili nie ukrywają swoich mocno prawicowych poglądów i często odwołują się do symboliki włoskiego faszyzmu. W mniejszym stopniu robią to także Hellas Werona czy Inter Mediolan. Z kolei na meczach Livorno zawsze obecne są symbole komunistyczne. Właściciele ograniczają się do rutynowego potępienia poważniejszych incydentów. Żaden włoski klub nie próbował rugować ze stadionów ultrasów ani z powodu przemocy, ani politycznych haseł.

Gdy w 1986 r. Silvio Berlusconi próbował przejąć podupadający wówczas AC Milan, transakcję ułatwiły protesty kiboli tego klubu przeciwko dotychczasowemu właścicielowi. Gdy w 2005 r. rzymskiemu Lazio groziła karna degradacja z powodu ogromnych długów wobec skarbówki, jego kibice zorganizowali przed ministerstwem finansów protest, który sparaliżował komunikację w Rzymie. Odniósł skutek, spłata zadłużenia została rozłożona na wiele lat. Z kolei Gianluca Vialli, słynny na przełomie lat 80. i 90. włoski napastnik, a później trener, mówił, że gdy jakiś właściciel chciał się pozbyć trenera, najpierw rozmawiał z ultrasami, by stworzyli wokół niego negatywną atmosferę. To ułatwiało zwolnienie albo jego samego skłaniało do dymisji. Tym samym uwalniając właściciela od zapłaty odszkodowania.

Czasami włoscy ultrasi mają więcej do powiedzenia niż właściciele. Gdy w 2006 r. Claudio Lotito, właściciel i prezydent Lazio, chciał odebrać część przywilejów dla Irriducibili, do klubowego biura wysłano bombę. W 2012 r. fani Genoi rzucanymi racami doprowadzili do przerwania meczu ze Sieną. Następnie weszli na boisko i kazali własnym piłkarzom zdjąć klubowe koszulki, uznając, iż nie są ich godni. Po tym meczu część piłkarzy Genoi wystąpiła o to, by mogli grać domowe mecze przy pustych trybunach. Ich prośba nie została przyjęta.

Przez wiele lat władze FC Barcelony utrzymywały bardzo zażyłe związki z najbardziej aktywną grupą ultrasów - Boixos Nois. Założona w 1981 r. grupa miała początkowo orientację lewicowo-separatystyczną, ale od połowy lat 80. przejęli ją skinheadzi i stała się prawicowo-separatystyczna, a nawet neonazistowska. W miarę jak Boixos Nois zyskiwali na znaczeniu, ich związki z władzami klubu się zacieśniały. Klub dawał im darmowe bilety, pomagał w transporcie i instalowaniu flag na stadionie, pozwalał na swobodne poruszanie się po nim. Jej członkowie, zainspirowani angielskimi chuliganami, stali się z czasem coraz bardziej agresywni. Byli odpowiedzialni za kilka pobić ze skutkiem śmiertelnym, zajmowali się wymuszeniami i handlem narkotykami. Nie przeszkadzało to jednak kolejnym prezydentom klubu mniej lub bardziej otwarcie wyrażać poparcia dla Boixos Nois. Joan Gaspart zadeklarował nawet, że po ustąpieniu z funkcji wstąpi do grupy. Te związki próbował przeciąć jego następca Joan Laporta. W 2003 r. wycofał przywileje, a nawet zakazał grupie wstępu na stadion. Jej członkowie zagrozili mu śmiercią, a raz nawet fizycznie go zaatakowali. Mimo formalnego zakazu Boixos Nois nadal przychodzą na mecze.

Bardziej skuteczny okazał się odwieczny rywal Barcelony, czyli Real Madryt. W grudniu 2013 r. zakazał wstępu na stadion członkom Ultras Sur, zaś zajmowaną przez nich trybunę przeznaczył dla młodych kibiców. Nie zmienia to faktu, że do czasu prezydentury Florentino Pereza istniejąca od 1980 r. grupa - o bardzo prawicowej orientacji i odwołująca się do nazistowskiej symboliki - była przez kolejne władze klubu co najmniej tolerowana.

Inaczej natomiast wygląda sytuacja w Anglii, w której ruch ultrasów się nie przyjął. Powstające od lat 70. gangi chuligańskie, tzw. firmy, jak Chelsea Headhunters czy Millwall Bushwackers, nie miały żadnego wsparcia ze strony klubów. Po części dlatego, że działali głównie poza stadionami, a po części dlatego, że w Anglii w latach 80. problem chuligaństwa towarzyszącego meczom piłkarskim był znacznie poważniejszy niż obraźliwe transparenty czy rzucanie rac na boisko. W walkach kibiców były ofiary śmiertelne. Na początku lat 90., gdy w angielskiej piłce pojawiły się naprawdę wielkie pieniądze, chuligaństwo zostało wykorzenione. Chuligańskie firmy nadal istnieją, ale są tylko cieniem siebie samych. A ponieważ na frekwencję w Anglii nie można narzekać, kluby tym bardziej nie mają żadnego interesu, by utrzymywać z nimi jakiekolwiek związki. Inaczej niż w Polsce.

Współpraca Damian Furmańczyk

Udawaniem nie da się ukryć futbolowej plagi, czyli nieformalnego zblatowania szefów klubów z chuliganerką udającą zaangażowanie w życie Legii, Lecha, Wisły, Widzewa, Górnika Zabrze

@RY1@i02/2016/097/i02.2016.097.000001400.101.jpg@RY2@

Piotr Kucza/Newspix.pL

Bartłomiej Niedziński

Marek Pomarański

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.