Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Cisi bohaterowie

1 sierpnia 2017

Nigdy nie przysięgali "być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej, stać na straży jej honoru i o wyzwolenie jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił, aż do ofiary mego życia". Ale walczyli na różne sposoby i wielu złożyło ofiarę życia

Ludność cywilna już we wrześniu 1939 r. wykazała się ogromną odwagą, była czynnym wsparciem walczącej armii. Mężczyźni pomagali przy kopaniu rowów przeciwlotniczych, gaszeniu pożarów, ratowaniu zasypanych. Kobiety pomagały w szpitalach, prowadziły kuchnie dla walczących, przygarniały osierocone dzieci.

Po powstaniu Podziemnego Państwa Polskiego ludność cywilna nie składała przysięgi. Ci, którzy nie mogli brać czynnego udziału w konspiracji, a później w walce, stali jednak mężnie na drugiej linii. Byli najaktywniejszym, najbardziej wiernym i oddanym zapleczem.

Dzieci i młodzież na tajnych kompletach zdobywały wiedzę, której okupant chciał pozbawić polski naród. Tych, którzy zostali przyłapani na tym "przestępstwie", czekała surowa kara, najczęściej obóz koncentracyjny. Komplety często zabezpieczane były przez ojców i matki. Nawet w najmroźniejsze dni spacerowali pod oknami, by ostrzec w razie zagrożenia.

Po wybuchu powstania najważniejszym elementem umundurowania były biało-czerwone opaski. Nie brakło ich dla nikogo. Szyły je polskie kobiety, narażając życie swoje i swoich bliskich.

Mamy żołnierzy

Wzruszające historie o swoich matkach opowiadają okupacyjne dzieci. Trzynastoletni wówczas Zbigniew Galperyn i jego o dwa lata starszy brat działali w konspiracji. Rodzice drżeli o chłopców, ale godzili się i jak mogli, tak ich wspierali. W mieszkaniu był punkt kontaktowy. Łączniczki przynosiły i zabierały meldunki. Takie wizyty, czasem bezcelowe, bo nie było nic do odebrania, mogły wzbudzić czyjąś ciekawość i ściągnąć zagrożenie. Matka zaczęła więc stawiać na oknie kwiatek, który dla łączniczki był znakiem, że może bezpiecznie wchodzić.

Urszula Korzeniowska wspomina, że jej niezaprzysiężeni rodzice wiele razy udostępniali mieszkanie konspiratorom. Matka przyrządzała skromne posiłki, a ojciec dbał, żeby nikt nie zakłócił ważnej narady. Kiedyś do jej domu przywieziono paczki z mundurami niemieckimi, które jej mama przeszywała dla żołnierzy AK. Potem sama odwoziła je w wyznaczone miejsce. Duża paczka wzbudzała mniejsze podejrzenia, kiedy jej właścicielka trzymała za rękę kilkuletnią dziewczynkę. W czasie jednej z łapanek tylko ogromna odwaga i zimna krew matki ocaliły je obie.

Leonia Gutowska była żoną polskiego oficera. 2 września 1939 r. wychodząc z domu, w słowach pożegnania zostawił jej i córkom swój testament - mają służyć ojczyźnie jak na żołnierzy przystało. On został zamordowany w Starobielsku, a one wypełniły jego słowa. Córki, Janina i Wanda, złożyły przysięgę żołnierską. Leonia była "cywilnym zapleczem". Ich willa przy ulicy Felińskiego stała się małą warszawską twierdzą. Spotykali się tam konspiratorzy, odbywały się zajęcia tajnej podchorążówki. Był magazyn broni. Ukrywali się: cichociemny i Żydzi - kobieta i dziecko. Leonia stworzyła im ciepły i jak na warunki okupacyjne bezpieczny dom. Po powstaniu szczęśliwie wyprowadzając ich z Warszawy, wykazała się niebywałą odwagą.

Wola przetrwania

W powstaniu ludność cywilna poniosła największe ofiary. Nie sposób podać dokładnej liczby osób, które straciły życie. W przybliżeniu podaje się, że zginęło 150-180 tys. ludzi, w tym ok. 65 tys. na Woli. Większość to wymordowani w czasie rzezi Woli.

Czesława Janowska w czasie okupacji została sama z trojgiem dzieci. Jej mąż wyszedł z domu i nie wrócił. Różnymi drogami próbowała trafić na jakiś jego ślad. Nie udało się. Wtedy ludzie często wychodzili i nie wracali. Rozpacz była wielka, ale musiała każdego dnia walczyć o życie swoich dzieci. Była troskliwa i zaradna. Mieszkali na Woli. W domu było ubogo, ale nikt nie był głodny. Pomagała jeszcze uboższym sąsiadom.

Najgorsze chwile przeżyli w czasie rzezi Woli. Ze wspomnień jej dzieci Janiny Janowskiej Mańkowskiej i Jerzego Janowskiego: "5 sierpnia około południa pod nasz dom przy ulicy Sowińskiego przyszło kilkudziesięciu żołnierzy. Byli w mundurach niemieckich, ale w większości byli to Ukraińcy i Rosjanie. Obwieszeni amunicją i granatami. Wpadli do domu, strasznie wrzeszczeli. Plądrowali mieszkania. Nie ma takich słów, które byłyby w stanie przekazać nasz strach i przerażenie. Zaczęli strzelać, wrzaskiem nakazując opuszczenie budynku. Wszyscy rzucili się do wyjścia. Zatrzymali nas karabinami, kazali unieść ręce do góry. Mama chwyciła nas za dłonie. Wyprowadzili wszystkich przed budynek od strony ulicy. Ustawili przodem do ściany. Tuliliśmy się do mamy, chociaż było to trudne, bo trzymaliśmy ciągle ręce w górze. Obok nas stali sąsiedzi. Niektórzy się modlili, niektórzy błagali o litość. Padły jakieś komendy. Usłyszeliśmy repetowaną broń. Nawet my dzieci wiedzieliśmy, że to już koniec... Nagle coś zaczęło się dziać za naszymi plecami. Z oddali słychać było jakieś krzyki i pojedyncze strzały". Uratował ich szczęśliwy przypadek.

Śmierć po trzykroć

Na Marymoncie tragedia spotkała rodzinę Aleksandry i Stefana Stańskich. Wspomnienie córki Janiny Stańskiej, obecnie siostry urszulanki: "14 września rozpoczął się straszliwy niemiecki atak na Marymont. Ukryliśmy się we wcześniej przygotowanym głębokim rowie, nakrytym gałęziami i plandekami. Szybko nas namierzyli. Z jednej strony naszego "schronu" stanął własowiec z karabinem maszynowym, z drugiej - Niemiec z miotaczem ognia skierowanym w naszą stronę. Po kilku chwilach miałyśmy kompletnie spalone włosy. Mama chciała nas osłonić od ognia i paliła się żywcem. Miała popalone dłonie i nogi od kolan po kostki. Próbowaliśmy ratować się ucieczką. Kilku osobom udało się. Moja siostra Basia dostała w nogę. Pamiętam jej krzyk: - Mamo, moja noga. Przysiadła i wtedy dostała w głowę. Zginęła skulona, na siedząco".

W środku nocy, kiedy trochę się uspokoiło, Stefan Stański przeprowadził żonę i dwie ocalałe córki do piwnicy znajomego, gdzie ukrywały się już trzy osoby. Sam wyszedł przysypać dokładnie wejście piaskiem, żeby było niewidoczne. Kobieta z dziewczynkami wyszła z kryjówki dopiero w listopadzie. Do stycznia 1945 r. przebywały w Grodzisku.

Aleksandra pojechała do Warszawy jednym z pierwszych transportów. Pobiegła do miejsca, gdzie się ukrywała z córkami, z nadzieją znalezienia jakiegoś śladu po mężu. W drugiej piwnicy, pod kuchnią, znalazła jego zwłoki. Był nie do rozpoznania, ale na palcu miał obrączkę z datą ślubu i z jej monogramem. Był duży mróz, nie miała możliwości pogrzebania ani jego, ani córki, której ciało zastała w takiej pozycji, jak zginęła. Udało jej się ułożyć zwęglone zwłoki męża obok dziecka i przysypać piachem z piwnicy.

Po raz kolejny przeżywała śmierć swoich najbliższych późną wiosną, kiedy można było już ekshumować i pogrzebać zwłoki na cmentarzu.

Pantofle do ślubu

Po podpisaniu kapitulacji ludność cywilna żegnała Powstańców, swoje dzieci - córki i synów. Szczęśliwi ci, których dzieci ocalały.

Wanda Czapska jak wiele innych matek i ojców do końca swoich dni niosła ciężar śmierci dziecka. Tragedię swojej matki wspomina ocalała córka Maria Czapska-Pajzderska: "Przez wszystkie tygodnie walki o życie mojej siostry Danusi (była sanitariuszką i została ciężko poparzona po wybuchu zapalającego pocisku z "krowy" w Śródmieściu - red.) była z nią nasza matka. Były też buciki z wężowej skórki, niesione cały czas przez zrozpaczoną mamę. Resztki nadziei i szczęścia. Miały być założone w dniu ślubu. Dla mnie te pantofelki to symbol tragicznego losu naszej rodziny. Kiedy dotarłam do szpitala, mama z lekkim uśmiechem pokazała mi te pantofelki i coś powiedziała. Nie pamiętam co. To nie było ważne, czułam się, jakbym dotykała tragedii. Dla mamy w tym momencie pantofelki były kołem ratunkowym. Wyrażały wszystko: niewiarygodne poświęcenie, cieniutką nić nadziei".

@RY1@i02/2017/147/i02.2017.147.21400050e.101(c).jpg@RY2@

Rodzeństwo Janowskich: Janka (od lewej) i Jerzy - cudem ocaleni z egzekucji

@RY1@i02/2017/147/i02.2017.147.21400050e.102(c).jpg@RY2@

Janina Janowska (Mańkowska) i Jerzy Janowski w czasie uroczystości upamiętniających Rzeź Woli, 2014 r.

@RY1@i02/2017/147/i02.2017.147.21400050e.103(c).jpg@RY2@

Basia (pierwsza od lewej) i Janina Stańskie, zdjęcie przedwojenne

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.