Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Są rzeczy na tym świecie, o których się algorytmom nie śniło

26 listopada 2020
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

R o k 2020 zasłużenie już dogorywa, ale wciąż jeszcze potrafi zaskoczyć nawet jak na własne, wyśrubowane standardy. Mnie na przykład zaskoczyła wypowiedź ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, który w audycji Rozgłośni Katolickich „Poranek Siódma 9” miał powiedzieć (cytuję za PAP): „Zasadą jest, że wyroki Trybunału Konstytucyjnego są publikowane, i od tej zasady nie ma wyjątku”. W normalnym kraju normalny minister wypowiada właśnie takie normalne słowa. W końcu to tak, jakby powiedział: „Zasadą jest, że słońce wchodzi na wschodzie i zachodzi na zachodzie, i od tej zasady nie ma wyjątku”.

Dlaczego mnie to zdziwiło? Bo ten sam Zbigniew Ziobro i – co ważne – z tego samego punktu siedzenia jeszcze niedawno mówił coś zupełnie innego. Kiedy rząd Beaty Szydło nie publikował wyroków wydanych przez TK Andrzeja Rzeplińskiego, minister taki pryncypialny nie był. Czyżby dlatego, że wtedy osobą odpowiedzialną za publikację była jego partyjna koleżanka z Solidarnej Polski Beata Kempa?

Okazuje się jednak, że jak pogrzebać głębiej, to minister sprawiedliwości w 2016 i w 2020 r. to wciąż ten sam Ziobro. Otóż wtedy mówił m.in.: „W konstytucji nie ma żadnego przepisu, który stanowi, że kancelaria premiera ma obowiązek publikacji nieważnych orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego”. Teraz natomiast twierdząc, że orzeczenia należy publikować bez wyjątku, zastrzega, że owszem, ale te „legalne”. Czyli nie było obowiązku publikowania orzeczeń nieważnych ani wyjątku od zasady publikacji orzeczeń legalnych. Czego tu nie rozumieć? Tyle że orzeczenia TK są z zasady ostateczne i nie ma trybu kontroli ich legalności. Nawet więc gdyby się okazało, że połowa orzekających sędziów została przekupiona, a przewodniczącym składu nie był sędzia, lecz np. jego koń (o konia teraz trudno, więc powiedzmy kot), to i tak taki wyrok jest ostateczny. Musi zostać opublikowany i nie ma procedury, w której można byłoby go kwestionować. I to wcale nie świadczy o słabości tego systemu, pod warunkiem oczywiście, że sędziów do TK wybiera się z klucza kompetencji a nie politycznego – bo po zapobiega zapędom władzy ustawodawczej, albo wykonawczej, to wybieranie sobie które rozstrzygnięcia konstytucyjnego sądu im pasują, a które nie. Rozwiązanie, w którym Sejm mógł większością 2/3 głosów odrzucić wyrok TK było już ćwiczone w historii i sprawdzało się słabo. Nie mam wątpliwości, że przy obecnym poziomie parlamentaryzmu sprawowałoby się jeszcze gorzej, nie mówiąc już o tym, że z trójpodziałem władzy miałoby to niewiele wspólnego. A tu proszę, minister sprawiedliwości ex cathedra ogłasza bez żadnego trybu, który wyrok jest legalny, a który nie. Abstrahując już od tego, że w przypadku ostatniego wyroku TK w sprawie aborcji powodów, które świadczą o tym, że nie był to wcale wyrok, akurat jest całkiem sporo, takie indywidualne osądzanie, kto ma prawo i do czego, jest ostatnio modne.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.