Zbędny raczej resort
K rytycy byłego szefa MSZ Jacka Czaputowicza przekonują, że pierwszą decyzją, którą podjął, wprowadzając się do gabinetu po Witoldzie Waszczykowskim w al. Szucha, było przywrócenie prenumeraty „Gazety Wyborczej”. W tym sensie nowy szef polskiej dyplomacji okazał się twardzielem. Jak sam zresztą mówi w pierwszym zdaniu pożegnalnego wywiadu, którego udzielił „Rzeczpospolitej”: „trudno mu się zgodzić” z tezą, że pozostawał ministrem – jak to się mówi – malowanym.
Ten paradoksalny początek jest najmniej kuriozalnym wątkiem rozmowy. Nie było jeszcze sytuacji, w której ktoś tak otwartym tekstem i z taką szczerością opowiadał o słabościach swojego urzędu i o swoich własnych oraz ustawiał się w roli ni to ofiary, ni to tajemniczego – działającego pod przykryciem – reformatora z gatunku Wallenrodów. Albo co najmniej zatroskanego o dobro polskiej polityki zagranicznej profesora, który poległ na bezwładnościach trudnej do opanowania organizacji, gdzie trwa wieczna wojna o temperówki, ołówki, gumki i długopisy.
Doceniając tę bezbrzeżną szczerość, nie sposób nie zauważyć w tym wszystkim bardzo słabego człowieka, który nie wiedzieć czemu, przez ponad dwa lata trwał na jednym z kluczowych dla państwa polskiego stanowisk.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.