Tonący Turka się chwyta
Ostentacyjna przyjaźń z Turcją, budowana wtedy, gdy Ankara jest coraz bardziej skłócona z USA i wieloma członkami NATO. Gesty pod adresem Chin i sojusze z europejską skrajną prawicą. Nasza polityka zagraniczna znalazła się na wyjątkowo niebezpiecznym zakręcie
Dopóki w USA rządził Donald Trump, nasza polityka zagraniczna polegała z grubsza na bezrefleksyjnym podążaniu za sojusznikiem, w nadziei, że ten wiernopoddaństwo doceni i, oprócz zapewnienia bezpieczeństwa militarnego, od czasu do czasu rzuci nam jeszcze jakiś inny kąsek. Na przykład wyznaczy nam rolę hubu, dystrybuującego amerykański gaz skroplony dla Europy Środkowo-Wschodniej, dzięki czemu wyrobimy sobie pozycję regionalnego mocarstwa. Albo przynajmniej informację o tym „dealu” dobrze sprzedamy na paskach w TVP Info.
Niewiele z marzeń wyszło. Za to skłóciliśmy się z większością partnerów w Unii Europejskiej, którzy (słusznie lub nie) podchodzili do polityki Trumpa znacznie bardziej krytycznie, a w dodatku w przeciwieństwie do lokatora Białego Domu nie byli skłonni akceptować wielu działań naszej większości parlamentarnej, które uznawali za naruszające standardy demokracji. W międzyczasie nie zbudowaliśmy niczego w polityce bałtyckiej, choć eksperci do znudzenia powtarzają zdania o wadze tego regionu, wielu wspólnych interesach (obrona przed agresywną Rosją, ale też ekologia), potencjale ekonomicznym, technologicznym i kulturowym państw skandynawskich itd. Współpraca regionalna w formule wyszehradzkiej de facto ograniczyła się do karesów z Viktorem Orbánem – trochę na złość UE, a trochę z ludzkiej potrzeby usłyszenia od czasu do czasu paru ciepłych słów pod swoim adresem. Za to z Czechami i Słowakami jest dużo gorzej.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.