Prawdziwe tabu polskiej polityki: szpitale
P rawo aborcyjne? Rządowi nie przeszkodziła nawet pandemia, żeby je zmienić. Podatki? Przewalamy cały system, co tam wyborcy. Podniesienie składki zdrowotnej? Nie ma problemu. Szpitale? Od nich proszę się trzymać z dala. To gorący kartofel, którym nie chcą się sparzyć ani politycy rządzący, ani opozycja. Prawdziwy temat tabu.
Ochronie zdrowia przyglądam się od dekady. I właściwie jednym z głównych wątków, który powtarza się jak mantra przy każdej analizie działania systemu jest ten, że mamy za dużo szpitali. Po cichu mówi to polityk każdej barwy politycznej, głośno niewielu. Taka wypowiedź grozi hejtem.
Dodatkowo kłopotem jest to, że cały system jest postawiony na głowie: zaburzona jest tzw. piramida świadczeń. Najwięcej „ładuje” się w leczenie szpitalne. Tymczasem ciężar opieki nad pacjentami powinien być przesunięty na lekarzy rodzinnych specjalistów oraz jednodniowe leczenie. O tym, że to problem – już można mówić głośno. Ale co z tego, jak rok w rok budżet, z którego finansowane jest niemal całe leczenie, przeznacza ponad połowę środków na szpitale. A system siłą inercji działa tak, że to tu trafiają pacjenci z bólem oka, ucha, silną gorączką czy potrzebą pilnego USG brzucha. Te przypadki absolutnie nie wymagają hospitalizacji i problemy medyczne tych pacjentów mogłyby być – ups, przepraszam – powinny być załatwione na wcześniejszych etapach. Długi czas oczekiwania to skutecznie blokuje.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.